Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współdziałanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współdziałanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 maja 2021

Wydajemy płytę od dzieci dla dzieci

Fundacja Braci Golec, w której pracuję, chce pomóc spełnić marzenia swoich podopiecznych i wydać płytę z góralskimi melodiami. I to będą melodie od dzieci dla dzieci.

Nasi uczniowie chcą wydać płytę! 📀





A Wy razem z nami możecie spełnić marzenie dzieciaków i młodzieży z Beskidu Żywieckiego! Zakończyliśmy już nagrania do nowej płyty, na której znajdą się tradycyjne melodie dziecięce i wyliczanki. 🎻




Teraz zbieramy fundusze na jej wydanie. A tu możecie dołożyć swoją cegiełkę:


Wspierając nasz projekt pomagacie zrealizować wielkie dziecięce marzenie. Możecie mieć w tym swój udział. Dołożyć cegiełkę nie tylko do realizacji tego projektu, ale dopingować dzieciaki w ich muzycznej pasji i zarażaniu nią innych. Bo ta płyta będzie od dzieci dla dzieci.

 


środa, 10 lutego 2016

Odbudować relacje

Czasami bywa tak, że rodzeństwo ma ze sobą nie po drodze. Kłócą się, sprzeczają, szturchają, obrażają, a możne nawet biją. Dla nas dorosłych staje się to uciążliwe, bo chcemy by między nimi była zgoda, by panowała harmonia i wzajemny szacunek, no przynajmniej tak w 80%. Zaczynamy się zastanawiać co się dzieje, co sprawia, że akurat teraz jest im trudniej się dogadać. Chcemy im pomóc odzyskać wzajemne bliskie relacje, obudować między nimi kontakt.



Nie, nie tak

Nawykowo więc sięgamy po upominanie, krytykowanie jednego czy drugiego, nakazujemy, by zachowywały się tak jak my chcemy, czyli jak to według nas powinno wyglądać. Cel zaczyna uświęcać środki.Zapominamy, że mamy do czynienia z człowiekiem i wrzucamy go w schemat niemądrego, niedoświadczonego dziecka, które nie wie jak się zachować, dlatego my mądrzejsi rodzice mu powiemy i wyegzekwujemy co trzeba. No i to nie działa. Dzieci kłócą się jeszcze bardziej i w dodatku tracą kontakt z rodzicami, zostają na polu bitwy same, niewysłuchane, niedostrzeżone, nieakceptowane, bezradne.

 
To jak?

Odpowiedź jest prosta i zaraz ją podam. Jednocześnie dodam, że dla mnie samej bywa trudna do zrealizowanie. Trudna, ale wykonalna. Wypróbowałam takie działanie wiele razy i za każdym razem pomogło, co oczywiście i niestety nie skasowało dziecięcych kłótni raz na zawsze. Szkoda! Takie życie - wymaga od rodziców nieustannej kreatywności, która możliwa jest tylko i wyłącznie wówczas, kiedy rodzic potrafi o siebie samego się troszczyć, dbać i nie odstawia siebie i swoich potrzeb na szary koniec.

A więc to, co nam pomaga to zwyczajne słuchanie każdego uczestnika konfliktu. Bycie mediatorem, albo cierpliwym słuchaczem tych awantur. Jasne, że wkraczam gdy dochodzi do rękoczynów. Rozdzielam z troską i miłością, a nie złością, bijące się rodzeństwo. Taki ideał - komu się uda, temu lżej na sercu. Trening czyni mistrza, ale mistrz nie może iść na emeryturę i zakończyć kariery. Nic z tego.

Rodzic mediator

Rodzic mediator powie:

"widzę, że macie jakiś problem. Co się dzieje?"
i słucha jak to jeden przez drugiego wykrzykuje swoje bóle, że:
  • on to zawsze...
  • a ona to nigdy...
  • bo on mnie nigdy nie słucha
  • a ona to zawsze mnie bije
  • to oni na mnie cały czas krzyczą i dlatego ja teraz nie podam jej tego plecaka itd, itp.
Czasami mediator/słuchacz dodaje:

  • aha, jesteś wściekły
  • jest Ci smutno, bo chcesz, żeby Ci pomagano
  • jesteś zły, bo chcesz, żeby mówiono do Ciebie spokojnie
Czekam i słucham, aż wyraźnie się dzieciaki rozluźnią. Zobaczę uchodzące z ciała napięcie, a nawet usłyszę "uff"czy dostrzegę ulgę, bo na przykład zaczną się uśmiechać.

Inny sposób

Zauważyłam, że bardzo pomocne w radzeniu sobie z rodzeństwem bywa wysłuchanie i danie empatii każdemu dziecku z osobna. Znajduję odpowiedni czas i miejsce zapewniające prywatność, by w 100% wsłuchać się w trudne emocje, jakie dzieciaki noszą w sobie i przeżywają w związku z relacjami z bratem czy siostrą. Bywa, że wtedy "wychodzą na jaw" i inne niełatwe sprawy związane na przykład ze szkołą, z kontaktami z kolegami czy inne. Takie wysłuchanie i pozwolenie dziecku na wypłynięcie jak z wulkanu nagromadzonych uczuć i spróbowanie poszukania potrzeb jakie za tymi emocjami są, bardzo wzmacnia dziecko, uspakaja je, daje siłę do pokonywania życiowych trudności. Wówczas kłótnie z rodzeństwem są jakby łagodniejsze. Może nie znikną od razu, ale nie chodzi o to, by zniknęły, choć jest to może marzenie niejednego rodzica, ale o to, by umieć je konstruktywnie rozwiązywać.

Tak więc, to co mogę dziecku dać to:
  1. empatia, słuchanie, akceptacja trudnych uczuć
  2. wspólne poszukanie potrzeb, znalezienie tego, o co dziecku chodzi (czy może chce umieć się z rodzeństwem dogadać, chce, by oni czasami go wysłuchali, pomagali mu itp.)
  3. zainspirowanie do znalezienia sposobu na otrzymanie tego, czego dziecko potrzebuje (no. pytając dziecko czy teraz ma jakiś pomysł co zrobić, a jeśli nie, to można zapytać "a co Ty na to, by ...." i tu dopiero zaproponować nasze rozwiązanie, pamiętając, że dziecko ma prawo go nie zrealizować
 Najważniejsza jest moja obecność i szczera chęć wysłuchania, nawet jeśli nie znajdziemy od razu rozwiązania, to dziecko wie, że jest dla mnie ważne ze wszystkim co czuje i czego potrzebuje. Samo dostrzeżenie jego przeżyć i potrzeb jest bardzo dla niego ważne. Na dany moment ważniejsze niż konkretne rozwiązanie. Na sposoby i strategie może przyjść czas ciut później.

piątek, 23 października 2015

Spontanicznie i z głębi serca na ratunek rowerzyście!



Chciałabym Wam opowiedzieć pewną poruszającą moje serce historię. Nie byłam jednak jej świadkiem, więc pewne szczegóły zapewne mi umknęły. Jednocześnie to, co wydaje mi się najważniejsze pozostało w pamięci. 

A więc: zapamiętałam opis jego oczu, które tak niesamowicie spoglądały na osobę niosącą pomoc. On tylko patrzył, ten wzrok był taki niesamowity. A ja sobie myślę, że to było spojrzenie Miłości, takiej życzliwości prosto z serca, z czułością i wzruszeniem, jakiego doznawał człowiek, mężczyzna, powalony na ziemię po zderzeniu z murem, leżący bezradnie, z rozciętą głową i łagodnie poddający się opiece młodej kobiety. Ona troskliwie opatrzyła jego ranę. Pobiegła do pobliskiej knajpki po czyste ręczniki papierowe. Zdezynfekowała rozbitą głowę, zakleiła plastrem, który zawsze przy sobie nosi, ponieważ, jak to sama o sobie mówi „mnie to zawsze się coś wydarzy, więc plaster zawsze mam w torebce”, a na koniec umyła zakrwawione ręce. 

Zaimponowała wszystkim dookoła: sparaliżowanym lekko koleżankom, zdziwionej obsłudze baru, do którego pobiegła po ręczniki i w końcu personelowi medycznemu, który błyskawicznie przyjechał na miejsce wypadku. Ratownicy byli jej pracą zachwyceni i nic nie poprawiali, co najwyżej podpięli choremu kroplówkę. Ale opatrzenie rany okazało się idealne! I to ta, co mówi o sobie „niezdara”. 

Sama opowiadała, że w ogóle się nie zastanawiała co ma robić. Po prostu wszystko szło odruchowo, z głębi serca, w wielkiej empatii i współczuciu. A i jeszcze pomyślała o rowerze tego mężczyzny. Zaprowadziła go do baru i poprosiła o przechowanie, do czasu aż rowerzysta będzie mógł sam go sobie odebrać. Dziewczyna pomyślała o wszystkim. Kelnerka bardzo się wzruszyła i mówiąc do dziewczyny, że jest kochana zapytała, czy może ją uściskać.

Dziewczyna, która spotyka na swojej drodze Miłość

Tyle Miłości! Od obcych, nieznajomych ludzi. Przypadkowy rowerzysta, kelnerka, ratownicy, no i w sumie znajome koleżanki – pełne zachwytu i podziwu dla spontanicznego niesienia pomocy. Jego oczy – patrzące na nią, podczas pośpiesznego zabiegania, by jak najmniej cierpiał, by zatamować krew.
Kelnerka, która chce ją przytulić, by w ten sposób okazać jej radość i poruszenie serca.  Ta sobie myślę, że to Miłość w ten dzień się zatroszczyła o tą dziewczynę, która na co dzień nie ma zbyt dużo okazji do bycia przytulaną, docenianą, zauważaną.

Co za wieczór! Jak cudownie było tego posłuchać. Dziękuję Ci kochana, że się tym ze mną podzieliłaś. Chciałabym to zachować w sercu i pamięci na długo i móc skorzystać z Twojego doświadczenia, w chwili, gdy przyjdzie mi spontanicznie reagować.


niedziela, 11 stycznia 2015

"Tak się wściekłam, że wyszłam z siebie."

Jak wytrzymać z marudzącym, narzekającym i płaczącym dzieckiem, które czegoś od nas chce, my się bardzo staramy, robimy to, o co ono nas prosi, a jednocześnie to wymaga czasu i cierpliwości.

Taka sytuacja:

Dziecko chce oglądać bajkę, a TV nie działa. Przychodzimy, próbujemy coś zrobić a w tym czasie nasza pociecha zawodzi, pospiesza nas i płacze.

Nam to absolutnie nie pomaga. Przecież bardzo się staramy. Aby naprawić TV potrzebujemy czasu, z pięć, może dziesięć minut. A córka lub syn w tym czasie płaczą, krzyczą, narzekają. Co gorsza, by naprawić usterkę, konieczne jest skupienie, chwila namysłu. No i to, co nie jest od nas zależne - naprawa wymaga czasu, czasami np. chodzi o zresetowanie dekodera lub internetu. Przecież naprawiam, a tu za uszami wciąż płacz. Już się ciśnie na usta: "No przecież robię, co mogę, nie widzisz, że naprawiam. Twój płacz tylko mi przeszkadza."

DWA SPOJRZENIA

1. Ja się staram, naprawiam, zaczynają mi już nerwy puszczać, a tu ten płacz, no skupić się nie idzie. No za chwilę wykipię. Nie wspomnę już o tym, że sama w tym czasie oglądałam ciekawy film, że siedziałam na wygodnej kanapiei ja też, tak jak dziecko, nie mogę oglądać. No lekko nie jest.

2. Dziecko też czuje złość, bo nie może oglądać swojej ulubionej bajki. Ono samo próbowało coś zrobić, poprosiło o pomoc, a tu, nawet rodzic, nie wie o co chodzi. Bajka nadal nie idzie. No aż się płakać chce. No i płacze. Z bezsilności, z bezradności, z nerwów, ze złości.

Te uczucia nie pochodzą ze złości na mamę czy tatę. One są, bo po prostu bajki nie da się oglądać, a dziecko tak bardzo chciało. Może ono się boi, że straci coś ciekawego. Jest już okąpane,leży w ciepłym łóżeczku, chciało tylko jeszcze przed snem coś obejrzeć, a tu nic. Tylko płacz pozostaje.
No tak, tylko, że nawet popłakać sobie nie można, bo denerwuje się rodziców. A przecież dziecko wcale nie po to płacze, by mnie złościć, by mi przeszkadzać. To jemu zależy na szybkim załatwieniu sprawy. Ok, może nie wie, że płacz mi przeszkadza.

Może warto by powiedzieć:

"miśku, słyszę, że się wściekasz i trudno jest Ci się doczekać na to, aż w końcu się to uruchomi. Przez to, aż płaczesz. Jednocześnie ja teraz potrzebuję pomyśleć w ciszy. Możesz mi pomóc i na chwilę być cichutko?"

Dziecko w takim zdaniu dostaje zrozumienie, uwagę i akceptację tego, że jest mu naprawdę trudno.
Dostaje też komunikat, że zarówno ono jak i rodzic są OBOJE WAŻNI, oboje są brani pod uwagę.

Weź głęboki oddech, dostrzeż swoją frustrację, zdenerwowanie tym, że przyjście do dziecka przerywa Ci spokojny wieczór. Pomyśl, też o nim, że i jemu jest trudno, i ono ma przerwany wieczór. Nie trać czasu na wściekanie się.

Może warto powiedzieć:

"wiesz, ja też tak jak Ty mam dość tego popsutego telewizora. Ty nie możesz oglądać bajki, a ja filmu. To może strasznie złościć"

Choć myślę sobie, że może to być trudne, kiedy i ja i dziecko kipimy emocjami. Wtedy tak ciężko jest myśleć logicznie.

Jeśli pomimo wszystko uda się złapać oddech to ten zepsuty telewizor to okazja do krótkiego bycia chwilę i na prawdę z dzieckiem i sobą. Z tym co czujecie, i Ty i dziecko. Z tym co chcecie robić, a czego się nie da. Z tym co możecie zrobić razem. Ty naprawiasz i pytasz, czy ono ma jakiś pomysł, czy Ci pomoże, choćby tym, by na chwilę było cichutko.

Można też zwyczajnie nie brać płaczu jako ataku na siebie, nie traktować go jako naruszanie autorytetu, a jako wyraz smutku, żalu, niezadowolenia.To, co człowiek czuje musi mieć ujście. A więc dziecko płacze. A ty mówisz/myślisz, ok, jest mu strasznie smuto, wścieka się, no i to w te sposób wyraża. To jest zupełnie naturalne i ja to akceptuję. Człowiek musi dać upust emocjom i w trakcie ich trwania nie jest w stanie normalnie myśleć.

Znacie to powiedzenie:

"Tak się wściekłam, że wyszłam z siebie." Dokładnie tak jest - zalała mnie złość i odjęło mi logiczne myślenie. Jestem w stanie tylko się wściekać, złościć, krzyczeć, tupać nogami, machać rękoma itp. Dopiero jak to minie to zaczynam myśleć i widzę wszystko w innych kolorach.

DZIECI TEŻ TAK MAJĄ i warto o tym pamiętać. Kiedy targają nimi silne emocje nie ma sensu ich pouczać, dyskutować, upominać, czasami nawet trudno o cokolwiek prosić, bo i tak nie usłyszą. Niech wyrażą te emocje w bezpieczny sposób, w przyjaznej przestrzeni i bądź z nimi przy tym. Dzieci potrzebują być widziane, nawet w trudnych chwilach. Pozwól im popłakać, a potem mów.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

ZATRZYMAĆ SIĘ, pomyśleć

Co skłania dzieci do współpracy?

Przychodzi mi do głowy wiele sposobów na to, by skłonić dzieci czy też innych do współpracy. Nie mam zamiaru dziś ich podawać, nie chcę nikomu dawać rad, bo nie czuję się na siłach. Nie mam patentu na to, co działa w relacjach z drugim człowiekiem. Mogę jedynie opowiedzieć o sobie. O tym, co mnie ostatnio skłoniło do współpracy i co przyszło mi z ogromną łatwością, czyli to ja tego chciałam, to wyszło z głębi mojego serca.

Mogę więc śmiało powiedzieć, że nikt mnie do niczego nie skłonił.

Czułam totalną wolność w podejmowaniu decyzji i mam przekonanie, że to wyszło ode mnie i decyzja o współdziałaniu została podjęta przeze mnie zanim padło pytanie od drugiego człowieka, czy chcę się w to włączyć.

Ja więc odnalazłam w swoim sercu chęć działania. Poczułam się wolna w podejmowaniu decyzji, bo to tylko w mojej głowie rodzą się ograniczenia. Bo nikt nie może być odpowiedzialny za to, co tam się dzieje, tylko ja sama.
Potem przyszła propozycja i w konsekwencji został podjęty pierwszy krok.

Co więc było tym kluczem do podjęcia działania.

100% WOLNOŚĆ

"WIELKIE MYŚLI RODZĄ SIĘ W SERCU"


Przekładając to na relację z moimi dziećmi, to czasami się zdarza, że w mojej głowie są myśli, które wyrażają zgodę na odmowę. One są TYLKO W GŁOWIE, nie w sercu. Wiem, że warto założyć, że ktoś nie chce zrobić tego, co ja akurat teraz chcę. Jednocześnie wiem, że w sercu nie zawsze daję im zgodę na odmowę. Nie daję im więc wolności. Moje serce tak bardzo chce ich skłonić, bo ja potrzebuję ich pomocy, bo nie widzę innej drogi, innego sposobu, bo są myśli typu "warto by pomagali, by to zrobili, bo to jest ważne, bo chcę im coś przekazać, czegoś nauczyć, bo chcę by wykorzystywali swoje talenty itp.Bo mam już gotowy obraz na to jacy inni mają być. I to powoduje, że intencja przekazu jest inna niż komunikat.

Mówię im: "jak chcesz to pomóż" i na poziomie świadomym daję im wolną rękę.
Moja intencja jest jednak inna. Nie potrafię jej ukryć. W głębi serca chcę czegoś zupełnie innego. Sama siebie oszukuję, a oni to wyczuwają, instynktownie, podświadomie i nie spełniają mojej prośby.

BO W SERCU NIE BYŁO WOLNOŚCI i zgody na odmowę. Nie zrobiłam tego świadomie. Uświadomiłam sobie to po fakcie. Niestety często mi się to zdarza. Widzę to zazwyczaj wtedy, kiedy brakuje współpracy, kiedy kontakt się sypie, kiedy dziecko mówi "nie chce", zatyka uszy i zamyka serca. Odpowiada tym, co dostał ode mnie. To ja zamknęłam swoje serce, nie będąc szczerą wobec siebie, nie zaglądając w prawdzie w to, czego potrzebuję i udając coś. No bo jak tu nie udawać, skoro się nie wie, o co nam chodzi.

Takie sytuacje są dla mnie po to, by się ZATRZYMAĆ, pomyśleć, pobyć z samą sobą. Oczywiście stawanie w prawdzie nie jest przyjemne.Zobaczenie swojej drogi, która nie doprowadziła mnie tam, gdzie zdążałam powoduje smutek. To,co mi pomaga nie utonąć w poczuciu winy, to myśl, że to doświadczenie jest darem, który mnie wzbogaca i sprawia, że życie staje się lepsze, zarówno dla mnie jak i ludzi będących obok mnie. Mogę się więc, po chwili refleksji, czasami otoczonej smutkiem i łzami, na prawdę cieszyć i iść dalej do przodu z zaufaniem i wiarą na lepsze jutro. I to nie koniec mojej zmiany. Życie trwa i czeka mnie mnóstwo niespodzianek pod tytułem: jest inaczej niż myślisz. Może nawet pisząc to też jestem w błędzie. Jeśli tak, to ok, to mam nadzieję, że będzie okazja to kiedyś zobaczyć i zmienić.

Dzięki wdzięczności i radości z trudnych doświadczeń uczę się ufności. Ona daje mi wewnętrzny pokój i wiarę w to, że cokolwiek się stanie dzieje się w ostateczności dla mojego najwyższego dobra.

Jeśli mam w sobie zaufanie, że znajdę sposób, że znajdę inne rozwiązanie, wówczas mogę dać WOLNOŚĆ sobie i drugiemu.

I dzieciom też rodzą się W SERCU WIELKIE MYŚLI jeśli tylko obdarzymy ich Z SERCA WOLNOŚCIĄ! 

Jeśli one czują tą wolność w swoim sercu, bo mnie się może wydawać, że daję wolność, a odbiór może być inny. Ja mogę oczywiście powiedzieć trudno, nie mam na to wpływu. Mogę też podjąć rozmowę z dzieckiem. Mogę się o niego zatroszczyć, dostrzec to, co dziecko czuje, zastanowić się dlaczego wybrał takie a nie inne zachowanie. Bo odmowa, bo "NIE", wcale nie oznacza końca. To może być dla mnie początek dialogu, jeśli chcę, mam siłę, czas i przestrzeń do wejścia w dialog. Nie zawsze jest to możliwe. Czasami po prostu wybieram coś innego, co też zaspakaja jakieś potrzeby. Dziś coraz częściej mam w sobie zaufanie, że znajdę jakieś inne rozwiązanie i dzięki temu łatwiej jest mi z serca z siebie na jakiś czas zrezygnować, odłożyć to, czego potrzebuję na później i nie bać się, że to jest całkowita rezygnacja. Nie muszę się już denerwować, że jestem na samym końcu.

Myślę sobie jednocześnie, że to nie jest takie łatwe, że czasami się zdarz, że ludzie miewają tak trudne sytuacje, że zwyczajnie nie mają już na nic siły, nie widzą nadziei i ogarnia ich bezsilność. Takie więc moje pisanie i dzielenie się tym, jak ja to widzę może bywać denerwujące.

Czasami sobie myślę, że pewno nie mam pojęcia o tym, jak to innym może być niesamowicie ciężko. I czuję smutek, bo zwyczajnie fajnie by było, by każdy znalazł pomoc, mógł odzyskać nadzieję i czuć się wspieranym. By nikt nie czuł się samotnym. Hmmm....

środa, 20 listopada 2013

W mojej Strefie Mamy nadchodzą zmiany-tatusia i męża do dzieła zapraszamy!




Kilka dni temu padł mi komputer. Na szczęście mój mąż sprawił, że już mam na czym pracować i jestem mu za to bardzo wdzięczna. Cały dzień nad tym siedział i starał się, bym mogła pracować na sprzęcie, który chodzi szybciej niż ślimak. No i chodzi znacznie szybciej niż winniczek.

Ta awaria dała mi do myślenia. Otworzyło oczy na sprawy, które mogę załatwić bez używania komputera i tak odhaczyłam ze swojej listy "do zrobienia" masę zaległych spraw, co dało mi wielką radość. Z różnych powodów odkładam coś na później i tak dochodzi do sytuacji, w której nawarstwia się masę zaległości.
Dziś mam już zaspokojoną potrzebę efektywności, choć była rozciągnięta w czasie

Takie nieoczekiwanie zdarzenia powodują, że człowiek ma okazję "przejrzeć na oczy".

Przejrzałam i zobaczyłam, że mój mąż to gość, który naprawi wszystko. No niby to wszyscy wiemy, bo jak się zabawka zepsuje, to tatuś naprawi, sklei, skręci. Jak serwisant nawala, to mąż poprawia. Zupełnie nie nakręcamy gospodarki, od lat ten sam piec CO, ta sama zmywarka, kuchenka, no ok, może pralkę mamy nową, ale za naście lat dopiero drugą. To tylko taki maleńki wycinek z życia taty. To co robi na co dzień, choć zapewne powiedziałby, że nie zauważalne przeze mnie, jest dla mnie ważne, jest tego cała masa drobnych spraw, gestów, czynów. Kurcze, szkoda, że nie umiem darzyć uznaniem, okazać wdzięczność za każdym razem, gdy się pojawi okazja. Ale dość użalania się nad sobą.

Teraz już wiem, co można zmienić.

chcę częściej mówić mojej drugiej połówce, że darzę go uznaniem, że jestem mu wdzięczna, że go potrzebuję, że chcę być blisko niego i że go po prostu KOCHAM,
KOCHAM BO JEST.

To jest blog, który z tytułu nawet sugeruje, że będzie o mamach, dzieciach i już. No i tak chyba do tej pory było. Na szczęście to początki i okazja do pisania o tacie, tatusiach, mężach, partnerach i ich roli w życiu rodziny, jeszcze będzie.

Dziś tylko dodam, że kiedy mój mąż ostatnio wyprawiał naszą czeladkę do szkoły, to okazało się, że to co ja mozolnie osiągam w 40 minut on załatwił w 20! Okazało się, że dzieci potrafią samodzielnie wykonać wiele czynności, tak trudnych chociażby jak uczesanie sobie samej dwóch kucyków (dziewczę ma 8 lat). Ok a może to nie takie trudne, a ja mamuśka myślę, że beze mnie to moja familja zginie?!

OK! oddaję trochę odpowiedzialności za siebie samego moim dzieciom i mojemu mężowi i dzielę się z nim naszymi dziećmi. O nie, nawet mówię o MOICH dzieciach! Przecież one nie są ani moje, ani nasze (no szybciej nasze niż moje). One po prostu SĄ!

A I CO NAJWAŻNIEJSZE:     BIORĘ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SIEBIE.

To będzie trudne:
  1. nagle przyznać, że beze mnie świat się nie zawali, a co gorsza, może będzie lepiej funkcjonował ;)
  2. że ja sama jestem odpowiedzialna za siebie samą i ponoszę z tego tytułu wszelkie konsekwencje
No to trzymajcie kciuki czy też módlcie się za mnie proszę, jeśli chcecie wspierajcie. Bo tak jak już wyżej wspomniałam, to i tak ja jestem ODPOWIEDZIALNA, więc modlić się będę za siebie sama też.


sobota, 28 września 2013

Współdziałanie i autonomia.

Potrzeba autonomii, potrzeba wyboru swoich wartości, marzeń, celów. Wybór sposobu ich realizowania. Czy to jest powszechna znana nam wolność?
To ja człowiek decyduję: co i kiedy chcę robić i dlaczego, także wtedy, kiedy jestem małym człowiekiem, dzieckiem. Jeśli ktoś, coś narusza moją autonomię czuję strach, złość, niepokój, obawę.
Chcę więc zadbać o siebie i mówię NIE. To moje NIE dla drugiego człowieka jest zgodą dla mnie, jest za nim ukryte TAK dla czegoś innego, czego ja teraz potrzebuję.

Kiedy nie spełniam prośby? Wtedy, gdy prośba jest żądaniem, gdy nie widzę innego wyjścia jak się zgodzić i to nawet kosztem swojego dobra, rezygnacji z tego, czego potrzebuję. Czasem wydaje się nam, że nie możemy odmówić i zgadzamy się "dla świętego spokoju", który to spokój jest pozorny i chwilowy, bo niezaspokojone potrzeby wracają i to ze zdwojoną siłą. Mówimy TAK choć czujemy NIE.

Co wybrać? Zaspokojenie potrzeby autonomii czy równie ważnej potrzeby współdziałania z drugim człowiekiem, potrzeby wzbogacania życia człowieka.
Odpowiedź jest w "wolności."
Kiedy wiem, że wolno mi odmówić i druga strona to szanuje, choć może jej uczucia są intensywne i wpływają na mnie, to wybieram świadomie. Zaglądam w głąb serca i wiem. A kiedy nie zaglądam, kiedy nie słucham siebie, nie mam ze sobą kontaktu i nie wiem czego chcę? To co? Co się dzieje?
Cierpią na tym nasze relacje z drugim człowiekiem. Ja mówię TAK choć w głębi duszy mam ochotę powiedzieć NIE. Czuję złość, intensywność uczuć wzrasta, działam z pozycji emocji, gdzie część logiczna mózgu jest mi niedostępna. Kiedy logiczne myślenie wraca zaczynam się obwiniać, że nie tak to miało być. Aha! Poczucie winy. Ok moje natrętne myśli mnie atakują.

STOP!
Nie obwiniam się! Kiedy zrobię coś, co nie przyczyniło się do polepszenia mojego życia, to szukam potrzeby, jaką tym zachowaniem zaspokoiłam. Bo na pewno jakąś zaspokoiłam. A więc broniłam swoich granic.
To dlaczego nadal coś jest nie tak?
Bo sposób w jaki to zrobiłam nie szanował drugiego człowieka (i nie szanował moich potrzeb) i jakby trochę zerwał między nami więź, no przynajmniej ją nadszarpnął. Czyli jednak każdy człowiek chce współdziałać, byle by z własnej woli. I toczy się odwieczna walka między autonomią a współdziałaniem, wolnością a jednością.

Chcę współdziałać i czerpać z pokładów mojej wewnętrznej energii, z serca, które chce się dzielić i wzbogacać życie innych. Chcę szanować siebie samą i móc powiedzieć NIE, wtedy kiedy potrzebuję czegoś innego niż współdziałanie z innym. DZIECI mają tak samo, dlatego często słyszymy NIE, za którym jest ukryta zgoda na swoje potrzeby.

Kiedy w trakcie odczuwania silnych emocji znam swoje potrzeby, szukam ich to mam szansę znaleźć taką strategię, która pomoże mi je zaspokoić, bo tych sposobów może być wiele, byle by się tylko zatrzymać, ochłonąć, oddychać i pomyśleć nad innym rozwiązaniem. Nie chcę zatrzymywać się i fiksować na jednym jedynym rozwiązaniu danej sprawy. Chcę szukać innych, takich które działają, które uwzględniają i MNIE i DRUGIEGO.

Chcę pamiętać o tej "zasadzie", prawdzie też w relacjach z dzieckiem. A jak? A o tym może w następnym poście....

środa, 4 września 2013

Natychmiast to posprzątaj!

Natychmiast to posprzątaj!
No i coś Ty narobił!
Teraz to sprzątaj, Ty...

i może jeszcze coś, choć już nie pamiętam, bo od dawna tego nie używam, choć z dzieciństwa pamiętam.

Teraz mówię:

Wywróciło się, rozsypało, posprzątamy, pomogę Ci. Albo dam ci odkurzacz, chcesz posprzątać?

Dziś:

Spadła ze stołu temperówka pełna ostróżek, drobniutkich jak pył.
Powiedziałam, o rozsypało się.

I zapytałam:
Chcecie to poodkurzać?

I byłam gotowa zrobić to bez ich pomocy, sama. Właściwie to nawet chciałam to posprzątać, ale najpierw jakoś tak samo mi wyskoczyło to powyższe pytanie. I super!

Kolega mojego syna:

"Ja chcę"

i poszedł po odkurzacz, posprzątał i zapytał, czy mogą jeszcze posprzątać w swoim domku, bo akurat sobie zbudowali z koca, na ławie.

Piszę, to po to, by Wam dodać otuchy, że nawet jeśli mamy inne odruchy, to czasem warto się tym nie przejmować, nie obwiniać się, tak to już jest. Warto to natomiast zmieniać. Z czasem nabierzemy innych nawyków, takich, które budują a nie niszczą relacje z dzieckiem.

Kiedy już sobie uświadomiłam, że to co mówię, krzywdzi i mnie i dziecko, burzy naszą więź i niszczy nasze relacje, zrywa kontakt, to szukam innych strategii, wprowadzam je w życie. Daję sobie czas na zmianę. Nie obwiniam się i nie robię sobie wyrzutów. Po prostu jeśli się pomylę, zrobię coś "po starem" to znaczy, że jeszcze potrzebuję coś zmienić, poprawić, rozwijać swoje umiejętności.

A z czasem zapominam języka przemocy i w to miejsce pojawia się język otwartości i akceptacji. On wsiąka w nas i już inaczej nie potrafimy.

piątek, 23 sierpnia 2013

Zabawa czy pomaganie



Dziś miałam wenę do pisania i trochę tego sporo.

Miałam napisać o zabawie, a wyszło jeszcze o zaspokajaniu potrzeb, o dawaniu i braniu, bo właściwie to wszystko się łączy, bo takie jest życie: pełne niespodzianek, barwne i wielorakie. Tu niby się bawisz, a tu właściwie pomagasz. Ty, jako dziecko widzisz, że to zabawa, a my dorośli cieszymy się, bo pomagasz. Tak więc dłuższy post o zabawie i pomaganiu w jednym.

Dziś zabawowo. Dziewczynka prawie 8 lat stanęła w drzwiach i mówi swojej mamie, że jej nie przepuści. Mama w pierwszej chwili chciała powiedzieć "puść mnie, niosę zakupy i jest mi ciężko." Na szczęście przypomniała sobie, że ta dziewczynka uwielbia takie żarty, a mamie zależy na budowaniu relacji z dzieckiem i mama wie, że po ciężkim dniu w szkole, dziecko potrzebuje zabawy by się pozbyć frustracji. Mama bawi się z córką. Obie się śmieją i w zabawie wychodzą z piwnicy na pierwsze piętro. Zakupy okazują się lekkie a frustracja mija.

UWIELBIAM, KIEDY TAK ZUPEŁNIE NIEOCZEKIWANIE POJAWIAJĄ SIĘ W JEJ GŁOWIE POMYSŁY NA ŻARTY I ZABAWĘ

Znam kilka osób, które uwielbiają się bawić z dziećmi, przynajmniej mój odbiór jest taki. Widzę, że w różnych okolicznościach łapią kontakt z dzieckiem bawiąc się z nim, czasem coś do dziecka powiedzą, podejdą, zaczepią, dadzą delikatnego "kuksańca" pod żebra, połaskoczą i od tak subtelnego wstępu przechodzą, zupełnie naturalnie do poważniejszych zabaw siłowych z dzieckiem. Zawsze ich darzyłam wielkim uznaniem i lekką zazdrością myślałam sobie: "Jak oni to robią? Z taką lekkością i radością. Tyle frajdy czerpią z zabawy, zarówno dorośli jak i dzieci. Też bym tak chciała...znaleźć czas i chęć w natłoku codziennych spraw złapać oddech, zatrzymać się i zwyczajnie dobrze się bawić."

Dlatego pomyślałam, że warto kupić książkę bostońskiego doktora psychologii, specjalizującego się w terapii przez zabawę, Lawrenca J. Cohen'a "Rodzicielstwo przez zabawę". Po jej przeczytaniu utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to jest to, co daje dorosłemu najbliższy kontakt z dzieckiem. Okazuje się, że jest to sposób na zaspokojenie wielu potrzeb dziecka i dorosłego. Jedną z nich jest potrzeba wzbogacania życia dziecka, czyli każdy rodzic chce, by jego dziecko miało zapewnione to, czego potrzebuje, by było szczęśliwe, uśmiechnięte, radosne i zadowolone.

O dawaniu i braniu.

Chcemy dzieciom dać nasz czas, uwagę, być blisko nich, bawić się z nimi, bo jak pisze Marshall B. Rosenberg: „dawanie sprawia radość większości ludzi”.

Czasami oczywiście chcemy też, by i nasze dziecko dało nam coś od siebie i co ciekawe, one też tego chcą. Chcą się przyczyniać do naszego szczęścia, a gdy widzą na naszych twarzach smutek, boją się, może czasami pytają: „Mamusiu, jesteś smutna?”, a nawet obwiniają się i myślą, że to ich wina, kiedy my się złościmy.

Dlatego warto rozmawiać z dziećmi i w chwilach frustracji wyjaśnić, że to może kłopoty w pracy, a może zmęczenie. Dzieci świetnie nas wyczuwają i są empatyczne. Jeśli damy im szansę do wzrastania w duchu empatii i posługujemy się językiem opartym na empatii, szacunku do siebie i drugiego, jednym słowem na Porozumieniu bez Przemocy to mamy gwarancję, że usłyszymy np. takie zdanie: „Mamo/tato, widzę, że się smucisz, chcesz ze mną porozmawiać, a może chcesz, żebym Cię przytulił albo z Tobą posiedział?”


Byłam kiedyś mocno sfrustrowana porozrzucanymi rzeczami w pokojach, talerzami zostawionymi po śniadaniu, obiedzie i kolacji i do tego jeszcze kilkoma szklankami tu i tam. No i wspomnę jeszcze o zabawkach na podłodze, łóżku, biurku, ławie, fotelach, ręcznikach i brudnych ubrań na podłodze. No to chyba już wiecie, co mam na myśli, jednym słowem bałagan wszędzie a ja zmęczona, przeładowana pracą i obowiązkami i planami, bo jeszcze pralkę warto załadować brudami i wyprać kilka rzeczy, bo zwyczajnie zaczyna brakować ciuchów, bo ogórki na zimę czekają na zaprawianie, bo jarzyny schną niepodlane od dawna.
To wszystko sprawiło, że zaczęłam syczeć, burczeć a nawet szczekać dość wrogo, chyba. Ponarzekałam na bałagan i nadmiar obowiązków i gdzieś między moimi lamentami usłyszałam taką oto rozmowę:

M. „Mama jest smutna?”
O. „Chyba zła, bo zrobiliśmy bałagan”

I oto się ocknęłam.

O nie, halo, nie jestem zła na Was. Jestem sfrustrowana, bo kilka moich potrzeb jest niezaspokojonych. To nie Wy jesteście odpowiedzialni za moje uczucia. Nikt nie musi zaspakajać moich potrzeb.
Ach tak! Wybrałam strategię, która jest nieskuteczna.
Zamiast powiedzieć, że potrzebuję pomocy, marudziłam coś od rzeczy.
Poprosić, to znaczy być gotowym usłyszeć NIE i uszanować to, nawet jeśli nadal będę sfrustrowana. A może uznam, że może warto najpierw odpocząć, albo znajdę inne rozwiązanie, bo kiedy ktoś mówi NIE, to zaprasza nas do dialogu, mówi TAK dla siebie. To tak może być zaproszeniem, do wspólnej zabawy, do odpoczynku przy herbacie, do wielu innych rzeczy.
Ok, jeśli moja najsilniejsze potrzeba w tej chwili, to porządek, zadbanie o dom? Mogę to zrobić sama. Może poczułam, że właściwie to chcę być sama, potrzebuję ciszy i spokoju i w takich warunkach posprzątam z przyjemnością? Może to chodzi o coś innego, ale nie wiem o co. Zaczynam sprzątać, może to nie potrzeba a strategia na rozładowanie napięcia. Chyba tak, po chwili napięcie powoli opada. Wchodzi córka i mówi, że chce być ze mną, że pomoże. I ot w ten sposób odkryłam, że tak naprawdę potrzebowałam współpracy i współodpowiedzialności za dom. Świadomość nakazuje mi, by prosić o pomoc dorosłych, bo dzieci nie mogą być naszą strategią na zaspakajanie dorosłych potrzeb, to inny dorosły może nam pomóc i też tylko wtedy, kiedy sam tego chce. Nie mogę zmuszać do sprzątania dzieci, bo to nie ich potrzeba dania o dom, tylko moja. Nie zrzucam na nie odpowiedzialności za dom. Proszę dzieci o pomoc, właściwie pytam, czy posprzątamy razem i mówię że to ja im pomogę. Jeśli chcą ok, jeśli nie też ok. Ja chcę więc robię swoje bez względu na innych, bez wyrzutów. Moje wewnętrzne nastawienie jest spokojne, realizuję swoją potrzebę. Ktoś przychodzi z pomocą, to się cieszę i mówię, że szybciej nam to sprzątanie poszło. Nie chwalę. Ten kto to robi, chce ze mną być, chce pomóc i to jest zaspokojenie jego potrzeb i to wystarcz. Oboje czerpiemy z tej relacji. Oboje dostajemy i bierzemy.

O pomaganiu, a może o zabawie.

To co nam się wydaje pomaganiem, dla dziecka może być po prostu zabawą z nami, byciem z nami, obok nas, współuczestniczeniem w naszym życiu.

Dziś 8-letnia córka mówi, że chce ze mną zrobić kotlety, że chce je dawać do bułki tartej. Opanowuje mnie jakiś utarty stereotyp, że będzie wszędzie rozsypana ta bułka. Obawy narastały, bo już 14-sta, wszyscy głodni a obiadu jeszcze nie ma. Byłam spokojna, choć lekko napięta i to podświadomie. Zdałam sobie z tego sprawę w chwili, kiedy zobaczyłam uśmiech córki. Wysypało się trochę bułki, a ona się uśmiechnęła. Ta moja podświadoma frustracja sprawiła, że nawet powiedziałam, żeby nie machała rękami i nagle! Stop! Uśmiechnęłam się z wzajemnością i mówię, że i tak się sypię, że potem posprzątam, żeby się tym nie martwiła.

Pomyślałam, na szczęście, że bycie z nią i jej uśmiech to jest to, czego potrzebuję teraz najbardziej i moje ciało się rozluźniło.

Robimy, jesteśmy razem, rozmawiamy. Ona pyta co jeszcze mogłaby zrobić. Mówię, co jeszcze jest do zrobienia. Ona wybiera co chce zrobić. Przygotowuje talerze, sztućce, kładzie na stół sałatkę. Jest bardzo głodna.

Przyszła pomóc bez pytania. Czy czuła, że kiedy pomoże będzie szybciej, czy chciała po prostu jeszcze się pobawić przed obiadem, ze mną w gotowanie i to takie prawdziwe. Nie wiem, nie pytałam. Cieszyłam się w duchu, tym, że jest. Uśmiechałam się, kiedy ona do mnie słała uśmiechy. Było nam razem dobrze.


środa, 14 sierpnia 2013

Jak bycie prawdziwą pomaga mi w moich relacjach z dziećmi.

Zdarza mi się, że mówię do dzieci lub męża:
"Jestem bardzo zmęczona, potrzebuję odpocząć"
Po czym chodzę po domu, krzątam się, coś tam włożę do zmywarki, coś do pralki, a tu jeszcze jedzenie do lodówki, to podniosę, tamto schowam i tak czasem mija godzina lub dwie.

Odkładam swoją potrzebę odpoczynku na potem.
Na kiedy? Na niedzielę? Może...


  • Ostatnio jednak zupełnie nieoczekiwanie zdarzyło mi się, że padłam na twarz, dosłownie, choć niezbyt nisko, bo tylko na stół kuchenny. Oparłam moją głowę, w której nieustannie się coś kłębi, na ramieniu i nie mogłam się ruszyć.


Dzieci były w szoku.
"Mamo, jesteś zmęczona?"

Ja: "bardzo"

Nagle zaczęły jak ja, coś sprzątać, chować, poszły się same umyć i jeden do drugiego mówił: "cicho, mama potrzebuje odpocząć".

Usłyszały mnie, zobaczyły. Prawdziwą, zmęczoną, bez lukru, bez ściemy. No bo niby taka zmęczona a nadal sprząta zamiast odpocząć.

Innym razem położyłam się na łóżku w ubraniu. Pora była już późna i groziło zaśnięcie w opakowaniu, nie byłam w stanie nawet palcem kiwnąć.

Córka, 8-latka pyta:

"Mamo, co jesteś taka blada"

Ja: "a jestem zmęczona, a zjadłabym jeszcze kolację, tylko, że pomidory są w szklarni".

Po chwili pomidory były już w kuchni i czekała na mnie opowieść o tym, że w drodze powrotnej ze szklarni, razem z siostrą posprzątały na podwórku wszystkie rzeczy, które mogłyby od deszczu zamoknąć. Zrobiły to same od siebie. Nikt ich nie prosił. Za to często widzą, że robię to ja. Zdarza się, że proszę o pomoc i czasami ją dostaję a czasami nie i to też jest dla mnie ok. Bo nikt nie ma obowiązku nam pomagać zaspakajać nasze potrzeby a zwłaszcza dzieci. Jeśli drugi człowiek chce i robi to bo i jemu to sprawia przyjemność i zaspakaja jakieś jego potrzeb, to wówczas taka pomoc jest dla mnie do przyjęcia. Nie chcę pomocy na siłę. Szanuję to, że ktoś zamiast mi pomagać może potrzebować odpocząć, dokończyć swoją pracę, zabawę.

I jeszcze jeden wyraz autentyczności.

Dziś w moim sercu frustracja.
Mąż pyta: czemu jesteś zła, choć ani słowa nie zdążyłam powiedzieć. Starsza córka, pyta swojej młodszej siostry o co mama jest smutna. Oni czują, że coś jest nie tak. Ja też. Nikt nie wie co. Może warto się zastanowić, pomyśleć czego potrzebuję?

Powiedziałam, że potrzebuję posprzątać i będzie mi łatwiej to zrobić jeśli pobawią się na poddaszu. Poszli. Nagle wraca syn i mnie przytula. Poczułam więc, że potrzebuję bliskości i bycia zauważoną. Potem córka i mówi:
"mamo, wiem, że chcesz być sama, a ja chcę Ci pomóc. Mogę?"

Zgodziłam się, ucieszyłam, bo potrzebowałam współpracy i jednocześnie chciałam szanować to, że nie koniecznie muszą mi pomagać.

Potrzebowałam też pobyć sama i pomyśleć w ciszy a oni chcieli się bawić i śmiać. Zgodzili się pójść na górę. Potem poczuli potrzebę bycia ze mną, nawet w trudnej chwili.
sprzątanie poszło nam razem szybciej.