Dziś miałam wenę do pisania i trochę tego sporo.
Miałam napisać o zabawie, a wyszło jeszcze o
zaspokajaniu potrzeb, o dawaniu i braniu, bo właściwie to wszystko się łączy,
bo takie jest życie: pełne niespodzianek, barwne i wielorakie. Tu niby się
bawisz, a tu właściwie pomagasz. Ty, jako dziecko widzisz, że to zabawa, a my
dorośli cieszymy się, bo pomagasz. Tak więc dłuższy post o zabawie i pomaganiu
w jednym.
Dziś zabawowo. Dziewczynka prawie 8 lat stanęła
w drzwiach i mówi swojej mamie, że jej nie przepuści. Mama w pierwszej chwili
chciała powiedzieć "puść mnie, niosę zakupy i jest mi ciężko." Na
szczęście przypomniała sobie, że ta dziewczynka uwielbia takie żarty, a mamie
zależy na budowaniu relacji z dzieckiem i mama wie, że po ciężkim dniu w
szkole, dziecko potrzebuje zabawy by się pozbyć frustracji. Mama bawi się z
córką. Obie się śmieją i w zabawie wychodzą z piwnicy na pierwsze piętro.
Zakupy okazują się lekkie a frustracja mija.
UWIELBIAM,
KIEDY TAK ZUPEŁNIE NIEOCZEKIWANIE POJAWIAJĄ SIĘ W JEJ GŁOWIE POMYSŁY NA ŻARTY I
ZABAWĘ
Znam kilka osób, które uwielbiają się bawić z dziećmi, przynajmniej mój
odbiór jest taki. Widzę, że w różnych okolicznościach łapią kontakt z dzieckiem
bawiąc się z nim, czasem coś do dziecka powiedzą, podejdą, zaczepią, dadzą delikatnego
"kuksańca" pod żebra, połaskoczą i od tak subtelnego wstępu
przechodzą, zupełnie naturalnie do poważniejszych zabaw siłowych z dzieckiem.
Zawsze ich darzyłam wielkim uznaniem i lekką zazdrością myślałam sobie:
"Jak oni to robią? Z taką lekkością i radością. Tyle frajdy czerpią z
zabawy, zarówno dorośli jak i dzieci. Też bym tak chciała...znaleźć czas i chęć
w natłoku codziennych spraw złapać oddech, zatrzymać się i zwyczajnie dobrze
się bawić."
Dlatego pomyślałam, że warto kupić książkę bostońskiego doktora psychologii,
specjalizującego się w terapii przez zabawę, Lawrenca J. Cohen'a
"Rodzicielstwo przez zabawę". Po jej przeczytaniu utwierdziłam się
tylko w przekonaniu, że to jest to, co daje dorosłemu najbliższy kontakt z
dzieckiem. Okazuje się, że jest to sposób na zaspokojenie wielu potrzeb dziecka
i dorosłego. Jedną z nich jest potrzeba wzbogacania życia dziecka, czyli każdy
rodzic chce, by jego dziecko miało zapewnione to, czego potrzebuje, by było
szczęśliwe, uśmiechnięte, radosne i zadowolone.
O dawaniu i braniu.
Chcemy dzieciom dać nasz czas, uwagę, być blisko nich, bawić się z nimi, bo
jak pisze Marshall B. Rosenberg: „dawanie sprawia radość większości ludzi”.
Czasami oczywiście chcemy też, by i nasze dziecko dało nam coś od siebie i
co ciekawe, one też tego chcą. Chcą się przyczyniać do naszego szczęścia, a gdy
widzą na naszych twarzach smutek, boją się, może czasami pytają: „Mamusiu,
jesteś smutna?”, a nawet obwiniają się i myślą, że to ich wina, kiedy my się
złościmy.
Dlatego warto rozmawiać z dziećmi i w chwilach frustracji wyjaśnić, że to
może kłopoty w pracy, a może zmęczenie. Dzieci świetnie nas wyczuwają i są
empatyczne. Jeśli damy im szansę do wzrastania w duchu empatii i posługujemy
się językiem opartym na empatii, szacunku do siebie i drugiego, jednym słowem
na Porozumieniu bez Przemocy to mamy gwarancję, że usłyszymy np. takie zdanie: „Mamo/tato,
widzę, że się smucisz, chcesz ze mną porozmawiać, a może chcesz, żebym Cię
przytulił albo z Tobą posiedział?”
Byłam kiedyś mocno sfrustrowana porozrzucanymi rzeczami w pokojach,
talerzami zostawionymi po śniadaniu, obiedzie i kolacji i do tego jeszcze
kilkoma szklankami tu i tam. No i wspomnę jeszcze o zabawkach na podłodze,
łóżku, biurku, ławie, fotelach, ręcznikach i brudnych ubrań na podłodze. No to chyba
już wiecie, co mam na myśli, jednym słowem bałagan wszędzie a ja zmęczona,
przeładowana pracą i obowiązkami i planami, bo jeszcze pralkę warto załadować
brudami i wyprać kilka rzeczy, bo zwyczajnie zaczyna brakować ciuchów, bo
ogórki na zimę czekają na zaprawianie, bo jarzyny schną niepodlane od dawna.
To wszystko sprawiło, że zaczęłam syczeć, burczeć a nawet szczekać dość
wrogo, chyba. Ponarzekałam na bałagan i nadmiar obowiązków i gdzieś między
moimi lamentami usłyszałam taką oto rozmowę:
M. „Mama jest smutna?”
O. „Chyba zła, bo zrobiliśmy bałagan”
I oto się ocknęłam.
O nie, halo, nie jestem zła na Was. Jestem sfrustrowana, bo kilka moich
potrzeb jest niezaspokojonych. To nie Wy jesteście odpowiedzialni za moje
uczucia. Nikt nie musi zaspakajać moich potrzeb.
Ach tak! Wybrałam strategię, która jest nieskuteczna.
Zamiast powiedzieć, że potrzebuję pomocy, marudziłam coś od rzeczy.
Poprosić, to znaczy być gotowym usłyszeć NIE i uszanować to, nawet jeśli
nadal będę sfrustrowana. A może uznam, że może warto najpierw odpocząć, albo
znajdę inne rozwiązanie, bo kiedy ktoś mówi NIE, to zaprasza nas do dialogu,
mówi TAK dla siebie. To tak może być zaproszeniem, do wspólnej zabawy, do
odpoczynku przy herbacie, do wielu innych rzeczy.
Ok, jeśli moja najsilniejsze potrzeba w tej chwili, to porządek, zadbanie o
dom? Mogę to zrobić sama. Może poczułam, że właściwie to chcę być sama,
potrzebuję ciszy i spokoju i w takich warunkach posprzątam z przyjemnością?
Może to chodzi o coś innego, ale nie wiem o co. Zaczynam sprzątać, może to nie
potrzeba a strategia na rozładowanie napięcia. Chyba tak, po chwili napięcie powoli
opada. Wchodzi córka i mówi, że chce być ze mną, że pomoże. I ot w ten sposób
odkryłam, że tak naprawdę potrzebowałam współpracy i współodpowiedzialności za
dom. Świadomość nakazuje mi, by prosić o pomoc dorosłych, bo dzieci nie mogą
być naszą strategią na zaspakajanie dorosłych potrzeb, to inny dorosły może nam
pomóc i też tylko wtedy, kiedy sam tego chce. Nie mogę zmuszać do sprzątania dzieci,
bo to nie ich potrzeba dania o dom, tylko moja. Nie zrzucam na nie
odpowiedzialności za dom. Proszę dzieci o pomoc, właściwie pytam, czy
posprzątamy razem i mówię że to ja im pomogę. Jeśli chcą ok, jeśli nie też ok.
Ja chcę więc robię swoje bez względu na innych, bez wyrzutów. Moje wewnętrzne
nastawienie jest spokojne, realizuję swoją potrzebę. Ktoś przychodzi z pomocą,
to się cieszę i mówię, że szybciej nam to sprzątanie poszło. Nie chwalę. Ten
kto to robi, chce ze mną być, chce pomóc i to jest zaspokojenie jego potrzeb i
to wystarcz. Oboje czerpiemy z tej relacji. Oboje dostajemy i bierzemy.
O pomaganiu, a może o zabawie.
To co nam się wydaje pomaganiem, dla dziecka może być po prostu zabawą z
nami, byciem z nami, obok nas, współuczestniczeniem w naszym życiu.
Dziś 8-letnia córka mówi, że chce ze mną zrobić kotlety, że chce je dawać do
bułki tartej. Opanowuje mnie jakiś utarty stereotyp, że będzie wszędzie
rozsypana ta bułka. Obawy narastały, bo już 14-sta, wszyscy głodni a obiadu
jeszcze nie ma. Byłam spokojna, choć lekko napięta i to podświadomie. Zdałam
sobie z tego sprawę w chwili, kiedy zobaczyłam uśmiech córki. Wysypało się
trochę bułki, a ona się uśmiechnęła. Ta moja podświadoma frustracja sprawiła,
że nawet powiedziałam, żeby nie machała rękami i nagle! Stop! Uśmiechnęłam się
z wzajemnością i mówię, że i tak się sypię, że potem posprzątam, żeby się tym
nie martwiła.
Pomyślałam, na szczęście, że bycie z nią i jej uśmiech to jest to, czego
potrzebuję teraz najbardziej i moje ciało się rozluźniło.
Robimy, jesteśmy razem, rozmawiamy. Ona pyta co jeszcze mogłaby zrobić. Mówię,
co jeszcze jest do zrobienia. Ona wybiera co chce zrobić. Przygotowuje talerze,
sztućce, kładzie na stół sałatkę. Jest bardzo głodna.
Przyszła pomóc bez pytania. Czy czuła, że kiedy pomoże będzie szybciej, czy
chciała po prostu jeszcze się pobawić przed obiadem, ze mną w gotowanie i to
takie prawdziwe. Nie wiem, nie pytałam. Cieszyłam się w duchu, tym, że jest.
Uśmiechałam się, kiedy ona do mnie słała uśmiechy. Było nam razem dobrze.