Dziecko Cię kompletnie nie słucha? Nic do niego nie dociera. Mówisz i mówisz i nic i tak "w koło Macieja". Masz już dość, zaczynasz się denerwować, złościć, podnosisz głos albo wpadasz w szał i krzyczysz jak opętany/a. Wylewasz z siebie żale, nagromadzone od roku. Zrzędzisz, marudzisz i zatrzymać się nie potrafisz.
Dzieciak wychodzi, zamyka się w pokoju, chowa pod kołdrą, płacze lub rozpoczyna z Tobą walkę, buntuje się, krzyczy, tupie nogami.
Po chwili emocje opadają. Zarówno Twoje jak i dziecka. Przepraszasz, ono może też. Dziecko szybko zapomina, a Ciebie może męczą wyrzuty sumienia przez kolejnych kilka dni. Bo obiecałaś sobie nie krzyczeń, nie prawić kazań no i co? Nie dałaś rady. Nie wiesz co robić. Czujesz się beznadziejnie, obwiniasz się, że jesteś beznadziejną mamą. Zastanawiasz się jak do tego doszło. Rozkminiasz jak tego następnym razem unikną, tym bardziej, że to już może być wieczorem podczas pory kładzenia dzieci spać, albo najpóźniej jutro rano. Znów będziesz się spieszyć do pracy, myśleć o wszystkim, a malec czy starszak będzie z głową w chmurach.
Chcesz o tym komuś opowiedzieć, zapytać co robić, szukasz pomocy i zrozumienia. Oceniasz siebie i dziecko.
I dobrze, o ile te oceny POWIĄŻESZ Z POTRZEBAMI! Wtedy możesz powiedzieć dziecku:
"Kiedy oglądasz bajkę i nie odpowiadasz na moje pytania, to jest mi smutno, bo zależy mi, żeby każdy był wysłuchany."
W takiej sytuacji OCENIAM bodziec zewnętrzny, czyli oglądanie bajki, jako coś nieprzydatnego do zaspokojenia mojej POTRZEBY BYCIA WYSŁUCHANĄ, bo chcę być w kontakcie z dzieckiem, chcę nawiązać z nim relację, chcę się o niego zatroszczyć. Takie oceny, taki język daje OBFITOŚĆ życia, wzbogaca nas, daje szansę na wzięcie pod uwagę potrzeb wszystkich jednocześnie.
OCENY, które nas od siebie oddzielają, to OSĄDY, które słychać w takich zdaniach:
"Kiedy oglądasz bajkę i nie odpowiadasz na moje pytania, jesteś niemiły i chyba chcesz, żebym ja też dla Ciebie taki był."
Jakiekolwiek zdanie by nie padło, to warto pamiętać, że robimy to, co w danym momencie mamy najlepszego i najpiękniejszego do wyboru, do dyspozycji i do dania sobie i innym. Wybieramy to, bo
CHCEMY ZASPOKOIĆ WŁASNE POTRZEBY a NIE OGRANICZAĆ POTRZEBY INNYCH.
Jeśli zauważamy, że nasz wybór jest trudny do zrealizowania, że mimo działać nie dostajemy tego, o co nam chodzi możemy poszukać innych rozwiązań.
Czasami jest tak, że krzykiem wymusimy na dziecku słuchanie, czyli nasza potrzeba bycia wysłuchanym jest zaspokojona, ale potrzeba bycia w relacji już nie. Takie słuchanie jest wymuszone, więc nieautentyczne. Tego w chwili wyboru krzyku jako strategii na bycie usłyszanym nie wiedzieliśmy. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by się o swoje potrzeby zatroszczyć. I to właśnie jest piękne, bo i tak nic innego do dyspozycji nie mieliśmy Mimo wszystko, że nasz wybór jednak okazał się oddalający nas od potrzeb.
Zamiast więc rozpaczać nad rozlanym mlekiem, warto wyciągnąć z tego pozytywne wnioski, że całe zdarzenie to okazja do rozwoju, do nauczenia się czegoś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy. Mogę więc, zamiast się obwiniać, wziąć odpowiedzialność za swoje uczucia.
Wiem, że moje działanie mnie nie przybliżyło do zaspokojenia potrzeb ani moich, ani dziecka. Dostrzegłam to, więc mogę świętować to, że jestem w stanie teraz to zobaczyć, że jakieś moje zachowanie, jakiś sposób komunikowania nie pozwala mi i innym iść dalej. Widzę w tym SZANSĘ na naukę, na mój i innych rozwój, bo przecież dzieci biorą ze mnie przykład, naśladują.
Mówię więc:
"Kiedy tak krzyczałam, to poszedłeś do pokoju i zrobiło Ci się smutno? Nie lubisz, kiedy krzyczę? Wiesz, teraz wiem, że wolałabym to powiedzieć inaczej. Na przykład tak:
Kiedy oglądasz bajkę, to jest mi trudno się z Tobą rozmawiać, a zależy mi na tym, by każdy w naszym domu był wysłuchany. Czy takie zdanie jest dla Ciebie lepsze?"
I tyle. Jest to więcej niż PRZEPRASZAM. Mówiąc "przepraszam" zazwyczaj kusiło mnie, by powiedzieć coś jeszcze, prawić dalej kazania, że jakie to dziecko jest okropne, bo nie chce mnie słuchać, Skupiałam się na wadach dziecka (tym samym kodując mu w głowie te wady i powodując, że zaczyna w nie mocno wierzyć) i uciekałam od swojego smutku i potrzeby bycia usłyszaną.
A przecież potrzeby każdego są ważne, rodzica również.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepraszam językiem żyrafy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepraszam językiem żyrafy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 października 2016
środa, 14 października 2015
Mamo. Nie lubię, kiedy...
Czasami warto sobie przypomnieć wartości, którymi chcę żyć. Wydaje mi się, że kiedy dzień zacznę od takiego nastawienia się na otwartość, życzliwość, bycie darem dla drugiego, na odpowiedzialną miłość to potem jest mi łatwiej, no przynajmniej na kilka chwil, godzinę, dwie, może nawet cały dzień. Takie ładowanie baterii konieczne jest nawet kilka razy w ciągu dnia. Bywa, że coś przeczytam lub usłyszę, co właśnie mi przypomina, o tym co jest dla mnie ważne i czym się chcę kierować.
Wówczas....
UCZĘ SIĘ POKORY
Czyli otwartości na usłyszenie, zobaczenie własnej słabości i gotowości do podjęcia zmiany na lepsze - małymi krokami.
Jeśli więc coś nie idzie, np. relacje z dziećmi czy mężem się nie układają tak jakbym chciała, to szukam odpowiedzi na pytanie o co chodzi. Czytam, serfuję, słucham różnych konferencji, pytam innych jak sobie radzą. To mnie otwiera na różne strategie i później łatwiej jest mi usłyszeć, na przykład ośmioletniego chłopca, którego jestem mamą.
A usłyszałam od niego:
"Mamo, nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz"
Odpowiedziałam mu:
"Dzięki, że mi to mówisz. Czasami się zapominam i robię coś, czego wcale robić nie chcę"
(to znacznie lepsze niż zwykłe przepraszam, albo, co gorsza, upomnienie dziecka, że tak nie wolno się do mamy zwracać)
Wracam wtedy rutynowo do działania z autopilota: bez namysłu, bez świadomości, z łatwością sięgając po to, co pierwsze się podpowiada. Są to rzeczy narosłe we mnie przez lata. Zachowania, które skupiają się na udowadnianiu RACJI, a nie budowaniu RELACJI. Bo budowanie relacji wymaga ode mnie czasami wysiłku, choć nie zawsze. Są we mnie też takie rutyny, które te relacje doskonale budują, których zdążyłam się nauczyć, choć stosuję je od nie dawna. To, co nowe, wymaga powtarzania, cierpliwości i życzliwości.
O RODZICIELSKICH KAZANIACH
Dlatego jestem wdzięczna, za to, co usłyszałam od syna. To bardzo mi pomaga hamować się w narzekaniu, marudzeniu, upominaniu. Czasami wystarczy też mina dziecka, któremu, w dobrej przecież wierze, prawię kazanie. Jak trudno jest się powstrzymać. Dzięki, że jest mowa ciała, które bez słów mówi:
"Mamo, nie lubię, kiedy tak mówisz"
Jako dziecko bardzo tych kazań nie lubiłam i nadal za nimi nie przepadam, choć teraz sobie z nimi radzę. Jeśli więc mam ochotę prawić kazani i nawet jestem w trakcie, to dziś już potrafię się zatrzymać, przestać gadać a zacząć myśleć co zrobić, by było mi i im łatwiej. Co ja mogę zrobić, jak zmienić daną sytuację, a nie drugiego człowieka. Jak ja mogę zmienić swoje zachowanie? Jak wzbogacić relację z drugim: z mężem czy z dzieckiem. Co zrobić takiego, co mi da radość i wzbogaci drugiego?
POD GÓRKĘ
Bywa jakby pod górkę - ciężko i męcząco. Dobrze, że choć widok z góry może być imponujący. Dlatego próbuję....Czasami popełniam błędy i znów coś modyfikuję, poszukuję i znów próbuję. Coś działa dzień, dwa, czy tydzień i zaczyna się wszystkim nudzić, więc znów poszukuję i próbuję, starając się przy tym cieszyć tym, co mnie spotyka, lub przynajmniej przyjmować to, co trudne, by wyciągnąć z tego maksimum korzyści. Bo warto i już.
Wówczas....
UCZĘ SIĘ POKORY
Czyli otwartości na usłyszenie, zobaczenie własnej słabości i gotowości do podjęcia zmiany na lepsze - małymi krokami.
Jeśli więc coś nie idzie, np. relacje z dziećmi czy mężem się nie układają tak jakbym chciała, to szukam odpowiedzi na pytanie o co chodzi. Czytam, serfuję, słucham różnych konferencji, pytam innych jak sobie radzą. To mnie otwiera na różne strategie i później łatwiej jest mi usłyszeć, na przykład ośmioletniego chłopca, którego jestem mamą.
A usłyszałam od niego:
"Mamo, nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz"
Odpowiedziałam mu:
"Dzięki, że mi to mówisz. Czasami się zapominam i robię coś, czego wcale robić nie chcę"
(to znacznie lepsze niż zwykłe przepraszam, albo, co gorsza, upomnienie dziecka, że tak nie wolno się do mamy zwracać)
Wracam wtedy rutynowo do działania z autopilota: bez namysłu, bez świadomości, z łatwością sięgając po to, co pierwsze się podpowiada. Są to rzeczy narosłe we mnie przez lata. Zachowania, które skupiają się na udowadnianiu RACJI, a nie budowaniu RELACJI. Bo budowanie relacji wymaga ode mnie czasami wysiłku, choć nie zawsze. Są we mnie też takie rutyny, które te relacje doskonale budują, których zdążyłam się nauczyć, choć stosuję je od nie dawna. To, co nowe, wymaga powtarzania, cierpliwości i życzliwości.
O RODZICIELSKICH KAZANIACH
Dlatego jestem wdzięczna, za to, co usłyszałam od syna. To bardzo mi pomaga hamować się w narzekaniu, marudzeniu, upominaniu. Czasami wystarczy też mina dziecka, któremu, w dobrej przecież wierze, prawię kazanie. Jak trudno jest się powstrzymać. Dzięki, że jest mowa ciała, które bez słów mówi:
"Mamo, nie lubię, kiedy tak mówisz"
Jako dziecko bardzo tych kazań nie lubiłam i nadal za nimi nie przepadam, choć teraz sobie z nimi radzę. Jeśli więc mam ochotę prawić kazani i nawet jestem w trakcie, to dziś już potrafię się zatrzymać, przestać gadać a zacząć myśleć co zrobić, by było mi i im łatwiej. Co ja mogę zrobić, jak zmienić daną sytuację, a nie drugiego człowieka. Jak ja mogę zmienić swoje zachowanie? Jak wzbogacić relację z drugim: z mężem czy z dzieckiem. Co zrobić takiego, co mi da radość i wzbogaci drugiego?
POD GÓRKĘ
Bywa jakby pod górkę - ciężko i męcząco. Dobrze, że choć widok z góry może być imponujący. Dlatego próbuję....Czasami popełniam błędy i znów coś modyfikuję, poszukuję i znów próbuję. Coś działa dzień, dwa, czy tydzień i zaczyna się wszystkim nudzić, więc znów poszukuję i próbuję, starając się przy tym cieszyć tym, co mnie spotyka, lub przynajmniej przyjmować to, co trudne, by wyciągnąć z tego maksimum korzyści. Bo warto i już.
środa, 1 lipca 2015
Ty nie prosisz tylko rozkazujesz!
Skąd wiem, czy moje słowa to prośba, czy już żądanie?
Po pierwsze: po mojej reakcji na usłyszane NIE
Po drugie: po reakcji proszącego
Tak ostatnio mam pod górkę z samą sobą. Dużo chcę no i żądam, nie chcę słyszeć NIE, ZARAZ, ZA CHWILĘ, POTEM, NIE TERAZ. A kiedy żądam, to jest mi jeszcze trudniej, bo tym bardziej nie dostaję tego, czego potrzebuję i błędne koło się zamyka. Potrzebuję pomocy, współpracy, wspólnej troski o dom, o porządek, dbałości, czystości. Przy dużej rodzinie, taka potrzeba jak porządku, czystości i spokoju często jest niezaspokojona. Chcę o nią prosić, a nie żądać jej, bo zależy mi też na szacunku, jakim pragnę darzyć moje dzieci i męża. Bo zależy mi na życzliwości,trosce i wzajemnym braniu się pod uwagę.
No ale jak już pisałam wyżej, nie prosiłam a żądałam. Czuję to ostatnio dość często, a więc wyskakuje ze mnie rutyna, sięganie po wyuczone, automatyczne reakcje, trochę nieświadomie, co wcale mnie nie usprawiedliwia. W ogóle tego nie zauważyłam, że sama sobie w kolano strzelam, że to ja jestem nieszczęśliwa, że to ja chodzę sfrustrowana, że to mnie jest ciężko i nie mam pojęcia co się dzieje.
Na szczęście Bóg otworzył mi oczy i posłużył się do tego niespełna trzyletnią siostrzenicą. A historia była taka:
Sfrustrowana porozrzucanymi w przedpokoju butami krzyczę, udając, że proszę:
"Proszę tu przyjść i powkładać buty do szafki"
Najstarsza latorośl, zajęta czymś, wychyla się z pokoju i mówi: "za chwilę tylko...."
Nie zdążyła dokończyć, kiedy rozwścieczona "matka wariatka" krzyczy: (na szczęście nie z całą mocą-albo tak jej się wydaje)
"nie za chwilę, tylko teraz" - toż to ewidentny rozkaz. Cud, albo wstyd, że przyszli to posprzątać! Przyszła też i ta trzylatka, która akurat była u nas z wizytą i do której ten komunikat nie był wysyłany, bo czasami, a może i zawsze, mam w sobie takie podejście, że gościom to butów nie będę rozkazywać sprzątać, ale własnym dzieciom to jak najbardziej. Aż wstyd o tym pisać! No i ten najmłodszy, zastraszony najwyraźniej uczestnik całej akcji, popatrzył na mnie przerażonymi oczami i włożył buciki do szafki. Już mnie zaczęło sumienie ruszać, że być może za ostro, że obciach straszny, bo wrzeszczę jak potrzepana, bo rozkazuję i w ogóle nie mam zamiaru prosić i niechby ktoś, to znaczy moje dzieci oczywiście, bo nikt inny, spróbuje powiedzieć NIE.
Nagle wchodzi z wizytą koleżanka córki i zdejmuje buty. Nasza bohaterka, trzylatka, zabiera buty koleżanki i mówi:
"tu nie. Siosia wrrrr" i na jej twarzy pojawia się mina złowrogiego lwa. Po czym buty koleżanki trafiają do szafki.
Nic dodać nic ująć. Podsumowała mnie kapitalnie i dzięki jej za to, bo teraz widzę dość jasno, że wcale nie prosiłam, a żądałam, a moje dzieci mają już tego serdecznie dość.
Nie przestanę prosić. Przestanę żądać. Zacznę wyrażać siebie, do znudzenia własnego, albo wpadnę na jakiś inne, kreatywny, szanujący sposób dialogowania. Coś czuję, że czeka mnie moc pracy, nad sobą, swoim mówieniem, wychowywaniem siebie - jak dostać to, czego potrzebuję, nie uciekając się do gróźb?
To, co już kiedyś działało: zmiana własnego myślenia! Dzieci nie robią mi na złość tymi butami. Zwyczajnie zapominają. Czasami tak jak ja, mają zajęte ręce i nie są w stanie włożyć od razu butów do szafki, a potem coś ich pochłania i buty zostają na podłodze. Czasami, tak jak ja, są zmęczeni i nie mają siły ich schować. Innym razem zwyczajnie się im nie chce - jak mnie. I tyle. i ja nie jestem idealna. I ja zapominam - wczoraj na przykład zapomniałam zabrać z podwórka swoich ubrań: bluzy, koszulki, rękawiczek ogrodowych.Wszystko na noc zostało na płocie. Na szczęście nie padał deszcz. Dzieci też zapominają, tyle, że im bym powiedział: "no jak zwykle, znowu zapomniałaś, no jak mogłaś, a jakby zmokło?" Dziś już tak nie mówię. Buduję w swojej głowie nowe zdania: "aha, no zdarzyło się i tyle" i nie mam do nich, ani siebie żalu, czy pretensji. To pokazuje mi, że ani oni, ani ja nie musimy być idealni. Możemy każdego dani stawać się lepszymi, rozwijać się, pracować nad sobą, zmieniać to co niszczy na to co buduje.
Nie mówię im przepraszam. Mówię:
"Hmm, kiedy tak wrzeszczałam o te buty, to było wam smutno, a może nawet się wściekaliście, bo chcecie bym zwyczajnie poprosiła i wzięła pod uwagę to,co akurat robicie, bym może poczekała, bym przypomniała, bo czasami się zapomina?"
"Nooo"
"No cóż, teraz to widzę i zależy mi na tym, by prosić tak, by was szanować. Czasami mi nie wychodzi."
Nic. Cisza. Robią swoje, a mnie jest na sercu lżej, bo z pokorą się czegoś nowego o sobie dowiedziałam i mam szansę na zmianę na lepsze.
Po pierwsze: po mojej reakcji na usłyszane NIE
Po drugie: po reakcji proszącego
Tak ostatnio mam pod górkę z samą sobą. Dużo chcę no i żądam, nie chcę słyszeć NIE, ZARAZ, ZA CHWILĘ, POTEM, NIE TERAZ. A kiedy żądam, to jest mi jeszcze trudniej, bo tym bardziej nie dostaję tego, czego potrzebuję i błędne koło się zamyka. Potrzebuję pomocy, współpracy, wspólnej troski o dom, o porządek, dbałości, czystości. Przy dużej rodzinie, taka potrzeba jak porządku, czystości i spokoju często jest niezaspokojona. Chcę o nią prosić, a nie żądać jej, bo zależy mi też na szacunku, jakim pragnę darzyć moje dzieci i męża. Bo zależy mi na życzliwości,trosce i wzajemnym braniu się pod uwagę.
No ale jak już pisałam wyżej, nie prosiłam a żądałam. Czuję to ostatnio dość często, a więc wyskakuje ze mnie rutyna, sięganie po wyuczone, automatyczne reakcje, trochę nieświadomie, co wcale mnie nie usprawiedliwia. W ogóle tego nie zauważyłam, że sama sobie w kolano strzelam, że to ja jestem nieszczęśliwa, że to ja chodzę sfrustrowana, że to mnie jest ciężko i nie mam pojęcia co się dzieje.
Na szczęście Bóg otworzył mi oczy i posłużył się do tego niespełna trzyletnią siostrzenicą. A historia była taka:
Sfrustrowana porozrzucanymi w przedpokoju butami krzyczę, udając, że proszę:
"Proszę tu przyjść i powkładać buty do szafki"
Najstarsza latorośl, zajęta czymś, wychyla się z pokoju i mówi: "za chwilę tylko...."
Nie zdążyła dokończyć, kiedy rozwścieczona "matka wariatka" krzyczy: (na szczęście nie z całą mocą-albo tak jej się wydaje)
"nie za chwilę, tylko teraz" - toż to ewidentny rozkaz. Cud, albo wstyd, że przyszli to posprzątać! Przyszła też i ta trzylatka, która akurat była u nas z wizytą i do której ten komunikat nie był wysyłany, bo czasami, a może i zawsze, mam w sobie takie podejście, że gościom to butów nie będę rozkazywać sprzątać, ale własnym dzieciom to jak najbardziej. Aż wstyd o tym pisać! No i ten najmłodszy, zastraszony najwyraźniej uczestnik całej akcji, popatrzył na mnie przerażonymi oczami i włożył buciki do szafki. Już mnie zaczęło sumienie ruszać, że być może za ostro, że obciach straszny, bo wrzeszczę jak potrzepana, bo rozkazuję i w ogóle nie mam zamiaru prosić i niechby ktoś, to znaczy moje dzieci oczywiście, bo nikt inny, spróbuje powiedzieć NIE.
Nagle wchodzi z wizytą koleżanka córki i zdejmuje buty. Nasza bohaterka, trzylatka, zabiera buty koleżanki i mówi:
"tu nie. Siosia wrrrr" i na jej twarzy pojawia się mina złowrogiego lwa. Po czym buty koleżanki trafiają do szafki.
Nic dodać nic ująć. Podsumowała mnie kapitalnie i dzięki jej za to, bo teraz widzę dość jasno, że wcale nie prosiłam, a żądałam, a moje dzieci mają już tego serdecznie dość.
Nie przestanę prosić. Przestanę żądać. Zacznę wyrażać siebie, do znudzenia własnego, albo wpadnę na jakiś inne, kreatywny, szanujący sposób dialogowania. Coś czuję, że czeka mnie moc pracy, nad sobą, swoim mówieniem, wychowywaniem siebie - jak dostać to, czego potrzebuję, nie uciekając się do gróźb?
To, co już kiedyś działało: zmiana własnego myślenia! Dzieci nie robią mi na złość tymi butami. Zwyczajnie zapominają. Czasami tak jak ja, mają zajęte ręce i nie są w stanie włożyć od razu butów do szafki, a potem coś ich pochłania i buty zostają na podłodze. Czasami, tak jak ja, są zmęczeni i nie mają siły ich schować. Innym razem zwyczajnie się im nie chce - jak mnie. I tyle. i ja nie jestem idealna. I ja zapominam - wczoraj na przykład zapomniałam zabrać z podwórka swoich ubrań: bluzy, koszulki, rękawiczek ogrodowych.Wszystko na noc zostało na płocie. Na szczęście nie padał deszcz. Dzieci też zapominają, tyle, że im bym powiedział: "no jak zwykle, znowu zapomniałaś, no jak mogłaś, a jakby zmokło?" Dziś już tak nie mówię. Buduję w swojej głowie nowe zdania: "aha, no zdarzyło się i tyle" i nie mam do nich, ani siebie żalu, czy pretensji. To pokazuje mi, że ani oni, ani ja nie musimy być idealni. Możemy każdego dani stawać się lepszymi, rozwijać się, pracować nad sobą, zmieniać to co niszczy na to co buduje.
Nie mówię im przepraszam. Mówię:
"Hmm, kiedy tak wrzeszczałam o te buty, to było wam smutno, a może nawet się wściekaliście, bo chcecie bym zwyczajnie poprosiła i wzięła pod uwagę to,co akurat robicie, bym może poczekała, bym przypomniała, bo czasami się zapomina?"
"Nooo"
"No cóż, teraz to widzę i zależy mi na tym, by prosić tak, by was szanować. Czasami mi nie wychodzi."
Nic. Cisza. Robią swoje, a mnie jest na sercu lżej, bo z pokorą się czegoś nowego o sobie dowiedziałam i mam szansę na zmianę na lepsze.
czwartek, 7 maja 2015
Nie mów PRZEPRASZAM
Czasami zdarza się tak, że popsuję relacje z moimi bliskimi i wypadałoby powiedzieć PRZEPRASZAM, nie chciałam i zacząć się może tłumaczyć w stylu: "no wiesz, ale ja, mamusia....". Tyle, że to nikomu nie służy. Ja pozostaję w poczuciu winy, podłym nastroju, z żalem i smutkiem. Dziecko zaczyna czuć się winne i w dodatku matkę nie obchodzi co ono czuje, bo i tak nadaje cały czas o sobie, jaka to ona biedna, bo zmęczona itd. Jasne, że zmęczona itd., nie przeczę, tylko czy dziecko jest w stanie zaradzić naszemu zmęczeniu, jest w stanie unieść moje trudne emocje, problemy - czo ono jest od tego? No według mnie raczej nie.
To dość duży kaliber emocji, by obarczać nim dziecko. Poza tym nie warto nim obarczać nikogo, bo nikt nie jest odpowiedzialny za moje uczucia poza mną samą. Dlatego staram się skupiać na sobie i szukać odpowiedzi na pytanie czego to ja właściwie chcę, kiedy czuję ten smutek, żal czy kiedy pojawia się poczucie winy.
Jeśli chodzi o relacje z dzieckiem, które zostały zerwane (za każde relacje), to wiem, że ja jestem odpowiedzialna za ich jakość i formę. A mnie zależy na więzi, bliskości i przejrzystości tej relacji. W gruncie rzeczy chcę tworzyć RELACJE, a nie upierać się na swojej RACJI. Porzucam więc racje, na rzecz relacji.
Kiedy więc zdarzy się, że ta bliskość z dzieckiem zostaje zerwana, nadszarpnięta i wypadałoby powiedzieć przepraszam to, po pierwsze, uświadamiam sobie to, że mnie zależy właśnie na byciu w bliskiej, szanującej i odpowiedzialnej relacji. Po drugie to ja wychodzę do niego pierwsza i mówię:
"wiesz...widzę, że, kiedy krzyknęłam, to chyba się wystraszyłeś, tak?"
pada ciche TAK
"i jest Ci teraz smutno, a może się nawet boisz?"
"smutno mi"
"bo bardzo chcesz mi coś powiedzieć?"
"tak"
"Aha. I prosisz bym Cię posłuchała?"
"tak"
"mi też zależy na tym, by z Tobą porozmawiać, a przed chwilą się to nie udało"
Właśnie o to mi chodzi, by nawet pod wpływem trudnych emocji i stresu nie wybierać drogi na skróty. Zamiast krzyczeć, zrywać relacje, upominać, manipulować wolę zapytać siebie czego chcę i to wyrazić w pełni:
"Wiesz co... trochę się niepokoję, bo chcę dopisać ten artykuł i kiedy coś do mnie mówisz, to Cię nie słyszę, i nie potrafię się skupić na pracy. Chcę to dokończyć, poczekasz 5 minut?"
Jasne, że dziecko może nie chcieć odejść i bardzo mu zależy, by ze mną porozmawiać. Wtedy łapię oddech i myślę: ok to może ja mu dam 5 minut, mnie jest łatwiej, ja już to potrafię, a on się dopiero uczy. Po prostu sprawdzam, czy mogę przerwać na jakiś czas.
W przepraszaniu chodzi o to, by skupić się na uczuciach: swoich i drugiej osoby.
"Wiesz, ta rozmowa nie potoczyła się tak jakbym chciałam. Teraz zrobiłabym inaczej. Zastanawiam się nad tym, jak Ty się masz? Może się zdziwiłeś moją reakcją, nie wiedziałeś o co mi tak na prawdę chodzi, tak?"
To dość duży kaliber emocji, by obarczać nim dziecko. Poza tym nie warto nim obarczać nikogo, bo nikt nie jest odpowiedzialny za moje uczucia poza mną samą. Dlatego staram się skupiać na sobie i szukać odpowiedzi na pytanie czego to ja właściwie chcę, kiedy czuję ten smutek, żal czy kiedy pojawia się poczucie winy.
Jeśli chodzi o relacje z dzieckiem, które zostały zerwane (za każde relacje), to wiem, że ja jestem odpowiedzialna za ich jakość i formę. A mnie zależy na więzi, bliskości i przejrzystości tej relacji. W gruncie rzeczy chcę tworzyć RELACJE, a nie upierać się na swojej RACJI. Porzucam więc racje, na rzecz relacji.
Kiedy więc zdarzy się, że ta bliskość z dzieckiem zostaje zerwana, nadszarpnięta i wypadałoby powiedzieć przepraszam to, po pierwsze, uświadamiam sobie to, że mnie zależy właśnie na byciu w bliskiej, szanującej i odpowiedzialnej relacji. Po drugie to ja wychodzę do niego pierwsza i mówię:
![]() |
www.wstrefiemamy.blogspot.com |
"wiesz...widzę, że, kiedy krzyknęłam, to chyba się wystraszyłeś, tak?"
pada ciche TAK
"i jest Ci teraz smutno, a może się nawet boisz?"
"smutno mi"
"bo bardzo chcesz mi coś powiedzieć?"
"tak"
"Aha. I prosisz bym Cię posłuchała?"
"tak"
"mi też zależy na tym, by z Tobą porozmawiać, a przed chwilą się to nie udało"
Właśnie o to mi chodzi, by nawet pod wpływem trudnych emocji i stresu nie wybierać drogi na skróty. Zamiast krzyczeć, zrywać relacje, upominać, manipulować wolę zapytać siebie czego chcę i to wyrazić w pełni:
"Wiesz co... trochę się niepokoję, bo chcę dopisać ten artykuł i kiedy coś do mnie mówisz, to Cię nie słyszę, i nie potrafię się skupić na pracy. Chcę to dokończyć, poczekasz 5 minut?"
Jasne, że dziecko może nie chcieć odejść i bardzo mu zależy, by ze mną porozmawiać. Wtedy łapię oddech i myślę: ok to może ja mu dam 5 minut, mnie jest łatwiej, ja już to potrafię, a on się dopiero uczy. Po prostu sprawdzam, czy mogę przerwać na jakiś czas.
W przepraszaniu chodzi o to, by skupić się na uczuciach: swoich i drugiej osoby.
"Wiesz, ta rozmowa nie potoczyła się tak jakbym chciałam. Teraz zrobiłabym inaczej. Zastanawiam się nad tym, jak Ty się masz? Może się zdziwiłeś moją reakcją, nie wiedziałeś o co mi tak na prawdę chodzi, tak?"
Subskrybuj:
Posty (Atom)