Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczucia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uczucia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 września 2021

W poszukiwaniu własnej drogi

Od dawna jestem w poszukiwaniu własnej drogi. Był taki czas, że miałam 100% pewność tego, co chcę w życiu robić. Miałam niespełna 22 lata i wiedziałam, że chcę wyjść za mąż za mojego ówczesnego chłopaka, który jest teraz moim mężem od 22 lat. Chciałam założyć rodzinę, mieć gromadkę dzieci, fajną pracę i po prostu żyć. No i właściwie większość tych rzeczy stanowi sens mojego życia: mąż, troje dzieci, fajna praca. Dodałabym tu jeszcze kilka moich pasji takich jak szycie, ogrodnictwo i śpiew. To są rzeczy, które zawsze lubiłam robić, choć nie miałam świadomości, jak wiele radości to przynosiło. One po prostu były, a ja nie miałam pojęcia ile dobra wnoszą w moje życie. Aż do czasu.....
Jak już wyżej w tytule wspomniałam, w poszukiwaniu własnej drogi, natknęłam się na bardzo ciekawą książkę. Właściwie audiobook. 




Osoba, która czyta, jej głos i styl brzmienia bardzo przypadł mi do gustu. Treść cudowna - zahaczająca o wszystko co kocham. Jest tam co nieco z psychologii i psychiatrii, trochę z nauk społecznych i resocjalizacji, trochę wspomnień wojennych, a wszystko to w oparciu o uzdrawiającą moc ogrodnictwa. Ogrodnictwo uprawiam od dziecka. Najpierw, jako mała dziewczynka, spędzałam całkiem sporo czasu w ogrodzie moich rodziców i wujków. Mieliśmy działkę podzieloną na trzy części - każda dla jednej rodziny. Uwielbiałam tam chodzić, pielić, oglądać jak rosną warzywa. Babcia z przodu domu miała cudowny ogród kwiatowy. Bawiłam się w nim godzinami. 

Teraz dopiero wszystko jest dla mnie jasne. To ta uzdrawiająca moc ogrodu ma dla mnie największą wartość. Zawsze coś mnie ciągło do ogrodu. To w nim się uspakajałam, relaksowałam a także wyładowywałam swój stres. Praca w ogrodzie była i jest dla mnie fitnesem ogrodowym. Nie lubię ćwiczyć na sali, biegać na bieżni. Za to uwielbiam spacery, jazdę na rowerze i pracę w ogrodzie. Używając kopaczki czy wideł, na prawdę czuję, że cały stres ze mnie schodzi. Po długiej zimie zawsze ciągnie mnie do ogrodu, gdzie mogę "wyżyć" się na kopaczce. Uwielbiam wyrywać chwasty, robić w ogrodzie porządki, dbać o rośliny i cieszyć się wspaniałymi zbiorami z naturalnej uprawy, czy raczyć swoje oczy pięknem kwiatów.

Od 2012 roku uprawiam swój własny ogród warzywny. Założyliśmy z mężem tzw. foliak. Mąż go zaprojektował i zbudował. 

Nasz foliak - sferogarden

Dziś już się rozpada i wymaga remontu czy nawet ponownego postawienia od nowa, ale nadal mamy w nim warzywa a w tym roku też kwiaty. I nadal mnie cieszy i żal się z nim rozstać.



Pisałam nawet kiedyś blog o swoim ogrodnictwie, możecie na niego zajrzeć tu: W Strefie Rabatki

Ponieważ wspomniałam też o swoim szyciowym hobby, to i tu możecie zajrzeć Eko Szycie

Polecam więc nie tylko uprawianie ogrodu, co przede wszystkim przeczytanie czy odsłuchanie powyższej książki, zwłaszcza tym, którzy czegoś poszukują, czy to terapii czy wsparcia, czy pracują w obszarze pomocy innym.


Dalia

Kwiaty dają mi tyle radości i pocieszenia. I właśnie tu przypomina mi się, że sam Zygmunt Freud też uwielbiał kwiaty, o czym wspomina też autorka Kwitnącego umysłu. To było bardzo ciekawe posłuchać jak opowiada ona o tym słynnym psychoanalityku - o jego życiu w bliskości natury. 


Tulipan, niezapominajki, szafirki


To jest właśnie moja droga. Blisko natury, w lasach, górach, w moim ogrodzie. To jest to za czym tęsknię i do czego mnie cały czas ciągnie. Uwielbiam widok z naszego okna kuchennego - na góry. O każdej porze roku inne.


Beskid Żywiecki


wtorek, 24 kwietnia 2018

4 kroki do porozumienia

Już jutro kolejne spotkanie z cyklu psychoedukacji dla dorosłych w ramach projektu Lokalne Ośrodki Wiedzy i Edukacji dla dorosłych przy ZSP w Pietrzykowicach.

Temat:

4 kroki do porozumienia
z dzieckiem
z dorosłym
z samym sobą

Sposób pracy:
krótki wykład i praca nad przypadkiem: waszym lub moim własnym

forma:
dyskusja, empatyczne słuchanie, odgrywanie scen (przykład podaje prowadząca)

Możecie tylko przyjść i posłuchać, do niczego nie zmuszam. Mogę też tylko Was posłuchać i jeśli zechcecie coś zaproponować.

Zapraszam wszystkich, nie tylko tych z mojej miejscowości, nie tylko tych ze szkoły, ale każdego :)


poniedziałek, 8 stycznia 2018

W czwartej klasie jest dużo nauki

Piszę dziś o ważnym temacie, jaki pojawił się w szkole w Pietrzykowicach. Pojawiła się potrzeba rozmowy o tym, w związku z czym zaproszono mnie na spotkanie z nauczycielami i rodzicami uczniów klas czwartych. Spotkanie odbędzie się dziś, jutro i we środę. Ciekawa jestem jak ono się potoczy. Mam nadzieję, że zyskamy na nim wszyscy.


Spotkałam się kilka razy z opinią, że w czwartej klasie jest dużo nauki i że jest to duży przeskok między nauczaniem początkowym, w klasach 1-3 a nauczaniem późniejszym. Niektórzy rodzice mówią, że jest więcej nauki, więcej zadań domowych, że trzeba spędzić z dzieckiem kilka godzin na odrabianiu zadań domowych. Wydaje się, jakby nauczyciele więcej wymagali, albo że system nauczania wymaga więcej.

Czy to rzeczywiście chodzi o, że tej nauki jest więcej?

Wydaje się, że tak. Jest tego coraz więcej. Być może chodzi też o pojawienie się nowych przedmiotów. Nie ma już nauczania zintegrowanego, a jest osobno język polski, matematyka, przyroda i kilka innych. Na każdy z nich wymagane jest odrobienie pracy domowej. Pojawiają się sprawdziany, kartkówki i prace klasowe z tych różnych przedmiotów. Wymagań i oczekiwań cała góra. Sprostać im to prawdziwe wyzwanie. Chodzi o to, by mieć dobre, jak nie najlepsze, oceny ze wszystkiego. Dziecko chce temu sprostać, chce by rodzice i nauczyciele byli dumni, bo to da im poczuci bezpieczeństwa. Kiedy dziecko dostaje czwórkę, czy piątkę jest chwalony przez rodzica i nauczyciela i samo dobrze się czuje. Kiedy coś idzie nie tak, to zaczynają się trudności.Może pojawia się uczucia wstydu, smutku, a może nawet jakiś niepokój.

Zapominamy, że OCENA jest INFORMACJĄ i nie ma nic wspólnego z naszą wartością. Jesteśmy niepowtarzalną wartością, właśnie dlatego, że jesteśmy. To jakie mamy stopnie nie wyznacza naszej wartości.

Ocena, bywa wypadkową wielu czynników. Nie zawsze odzwierciedla poziom naszej wiedzy, czy wysiłku, jaki włożyliśmy w naukę. Czasami stres związany z odpowiedzią ustną, czy pisemną był tak duży, że nie poradziliśmy sobie z nim, a przez to wynik naszej pracy jest niższy, niż przyswojona wiedza. Warto o tym pamiętać i pytać dziecko o takie sytuacje. Możesz przecież powiedzieć pytająco:

"Hmm, jesteś wściekły, bo włożyłeś na prawdę dużo pracy w naukę, a na sprawdzianie, z powodu zdenerwowania, nie potrafiłeś sobie przypomnieć wielu rzeczy. Teraz wiesz, że to umiesz i na spokojnie wszystko pamiętasz?"

Nie przypadkowo mówię, o tym, by  było to w formie pytania. Nie wiemy co się dzieje z naszym dzieckiem. Nie zakładajmy od razu, że doskonale wiemy jak ono się czuje i co jest tego przyczyną. Pytaj:

"Co się stało"

Daj się dziecku wypowiedzieć. Nie pouczaj. Unikaj zwrotów "a nie mówiłem..., a jakbyś się bardziej przyłożył" nie dawaj rad. Lepiej okaż zrozumienie dla uczuć dziecka i TYLKO SŁUCHAJ, aktywnie, z pełną uwagą, przytakując.

Potem zapytaj, czy potrzebuje Twojej pomocy, rady, czy może ma pomysł co teraz zrobić. Dziecko na prawdę może mieć już w głowie doskonały plan.Jedyne czego potrzebuje to być wysłuchanym, zrozumiany. Twoja empatia może otworzyć drogę do kreatywności. A jeśli nie wie, to zapytaj, czy chce usłyszeć Twoją propozycję.

Możesz wtedy powiedzieć. "Wiesz, jeśli na prawdę Ci zależy, to jest to szansa na poćwiczenie. Wystarczy się przyłożyć, ćwiczyć, powtarzać, a wtedy to, co trudne staje się proste. Chętnie Ci pomogę, pokażę i wytłumaczę co trzeba"

Kiedyś opowiedziałam dziecku, że z nauką nowych rzeczy jest tak jak z szyciem nowej rzeczy. Wiem, że jeszcze tego nie umiem i bywa, że odkładam szycie na później. Jeśli jednak zrobię pierwszy krok i zacznę robić wykrój, potem skroję materiał i zacznę szycie, to zaczynam nabierać ochoty na więcej. Czasami ta pierwszym sztuka jest tylko próbną. Bywa, że dość nie udaną, ale wówczas ja już wiem, co mogę poprawić, jak zrobić lepszy projekt, jak inaczej skroić materiał, a może użyć innego, co będzie lepsze. Wtedy zaczynam mięć jeszcze większą ochotę na szycie właśnie tej jednej konkretnej rzeczy. Kolejna sztuka wychodzi lepiej, następna jeszcze lepiej i lepiej. Po prostu trening czyni mistrza. Pokonuję siebie samą, staję się lepsza od siebie i rywalizuję ze sobą, nie z innymi, tylko ze sobą. Chodzi o mój rozwój, o moją wiedzę i umiejętności.

Słowo "JESZCZE" jest tu kluczowe.

Jeszcze tego nie umiem, ale mam wszystko czego potrzebuję, by się nauczyć.
Mam chęci, samozaparcie i wewnętrzne postanowienie wytrwania w dążeniu do celu. Wierzę, że jeśli tylko się postaram i będę działać, uczyć się i ćwiczyć, to dam radę. Mam wiarę w siebie.

Jeśli Twoje dziecko takiej wiary nie ma, to warto mu pomóc ją zdobyć, pokazują, co dobrego już zrobić, jak wiele już potrafi, ile się już nauczyć. Powiedz mu, że nie może się poddawać, że może zostać kim chce. Zrób to zaraz po tym, jak okażesz szacunek dla jego uczuć rezygnacji, braku wiary w siebie, zniechęcenia, smutku i przygnębienia. Usłysz te uczucia, uszanuj i dopiero, gdy zobaczysz, że dziecko poczuło się zrozumiane dodaj mu wiary.

Dziecko i każdy człowiek jest już wystarczająco kompetentny, by wypłynąć na głębię swoich możliwości.



środa, 15 marca 2017

Troska o siebie czy egoizm?

Co zrobić z dorosłym zranieniem?

Na to pytanie obiecałam dać odpowiedź, a właściwie podzielić się swoim pomysłem na to, co robić.
Mówiąc o dorosłym zranieniu mam właściwie na myśli zranienia z lat wcześniejszych, z dzieciństwa, z lat młodzieńczych czy po prostu wynikających z braku doświadczenia i wiedzy, a mających skutki w dorosłości.

Brak empatii, zrozumienia, brania pod uwagę potrzeb człowieka doprowadza do tego, że człowiekowi trudno jest sobie radzić, nie potrafi się o siebie troszczyć, a nawet nie wie jak się zaakceptować.

Jeśli będąc dzieckiem słyszysz, że masz ustąpić młodszym, bo jesteś starszy i jednocześnie powinieneś  ustępować starszym, słuchać ich i bez gadania robić to, co każą, to ja się pytam,gdzie dla młodego człowieka jest miejsce na niego samego? Czy ktoś w takich sytuacjach bierze pod uwagę jego? Czy ktoś się pyta jak on się z tym ma? Oczywiście nie zawsze tak jest i są domy, rodziny, gdzie POTRZEBY KAŻDEGO SĄ RÓWNIE WAŻNE, są brane pod uwagę, rozmawia się o nich i wspólnie szuka najlepszych strategii dobrych dla wszystkich.

Niestety jest też tak, że potrzeby dzieci są ignorowane, bo one "nie mają nic do gadania, muszę robić to, co im rodzice każą, mówi się im, że ryby i dzieci głosu nie mają, każe się wyjść bez dyskusji, itp, itd"

Pojawiają si głębokie zranienia, które wcale nie muszą wynikać z bicia. Przemoc to nie tylko bicie, to też słowa, które mają niszczącą moc i nie muszą to od razu być przekleństwa czy wyzwiska. To czasami zdania typu:

"Daj, lepiej ja to zrobię, ty się do tego nie nadajesz"
"Licz, nie zgaduj"
"Ty sobie w tej szkole nie poradzisz, to nie dla Ciebie"
"No jak Ty wyglądasz?!" (z kpiną i intonacją ignorancji)
"Miałaś to posprzątać, co z Tobą, ile razy mam Ci mówić!" (w domyśle jesteś beznadziejna,głupia)
"Nie można na Ciebie liczyć"

Kiedy słyszy się takie zdania, nie jest łatwo myśleć o sobie dobrze i jeszcze trudniej obdarzać miłością innych. Jedyne co pozostaje to trwać w bezsilności, wycofać się albo starać się walczyć o swoje, zaatakować.

Jest jeszcze jedna opcja. Nie uciekać, nie walczyć a zatroszczyć się o siebie. Mogę wziąć za siebie odpowiedzialność, za swoje uczucia i potrzeby. Trzeba je najpierw dostrzec, pozwolić im być (np. złości), zaopiekować się nimi, a kiedy ich siła opadnie pomyśleć co za nimi jest, jaka ważna i piękna potrzeba. Wszyscy ludzie mają te same potrzeby. Różnimy się tylko sposobami ich zaspokajania (lista uczuć i potrzeb do pobrania POBIERZ TUTAJ)

Jestem TU i TERAZ chcę być świadoma, z uwagą patrzeć na siebie i świat, dbać o siebie.

Dziś chcę pamiętać, że to, co robią/robili inni lub ja sama, robię to najlepiej jak potrafię i wynika to z moich ważnych i pięknych potrzeb, które są mi dane, by żyć w pełni dla siebie i dla drugiego, dla wspólnoty, dla rodziny, dla społeczeństwa. Ja jestem ok i inny jest ok, a moje/jego zachowanie jest wyrazem szukania rozwiązań - nie ja jestem winna i odpowiedzialna za to co inni czują i robią. Każdy odpowiada za siebie

Zrób coś co sprawi, że poczujesz się lepiej (w złym humorze będziesz tylko zionąć ogniem na innych i poczuciem winy do siebie)

 
www.wstrefiemamy.blogspot.com

"ZATROSZCZĘ SIĘ O SIEBIE DLA CIEBIE"


Troszczę się o siebie, jestem życzliwa i cierpliwa,wybaczam sobie, wzmacniam siebie- tylko w takim stanie zadbania w pełni o siebie będę gotowa usłyszeć drugiego człowieka. Inaczej wybuchnę i moje zachowanie w sposób tragiczny dla mnie samej i innych oddali mnie i drugiego od potrzeb takich jak na przykład bliskość, relacja, więź, a także szacunek, potrzeba wolności, autonomii, równowagi czy inna.
Jeśli nie jestem otwarta na kontakt z kimś, to znaczy, że czegoś potrzebuję: może odpoczynku, może zatroszczenia się o siebie, może pobycia sam na sam, może ciszy, może jeszcze czegoś innego i na tym chcę się skupić i dla mnie nie jest to egoizm, tylko dbanie o siebie po to, by mieć dość siły i chęci do dbania o drugiego. Przecież z pustego nie naleję! I robiąc to nie jestem złym człowiekiem, to nie znaczy, że nie szanuję drugiego - wręcz przeciwnie! Jest w tym duży szacunek do SIEBIE i do DRUGIEGO, bo nie narażam nas na zranienia, które mogą się pojawić pod wpływem braku kontroli nad intensywnymi emocjami.

Każdy jest indywidualnie odpowiedzialny za zaspakajanie swoich potrzeb
Drugi człowiek może mi w tym pomóc, na moją prośbę, a nie żądanie (żądam wtedy, kiedy nie przyjmuję odmowy)

Troska o siebie samą

Taka dbałość o siebie, o swoje uczucia i potrzeby, to przede wszystkim pokazywanie swoich granic, mówienie co mi się podoba, a co nie, czego nie lubię, co lubię, co mi pomaga, a co utrudnia życie, czego chcę, czego potrzebuję, jak ja sobie wyobrażam to czy tamto. To bardzo ułatwia komunikację z innymi i z sobą samą, to polepsza jakość życia. Jeśli tego nie robię, to innym jest trudno się domyślić, a w konsekwencji cierpię ja sama, bo ktoś wchodzi mi na głowę, bo nie ma pojęcia, że mi to nie przeszkadza. Trzeba o tym mówić w drobnych sprawach, zawsze, każdego dnia, bo inaczej sytuacja wymknie się spod kontroli, sprawy się skomplikują i nawarstwią. Wszystko jest do odkręcenia, tylko zajmie więcej czas, energii i pochłonie więcej wysiłku związanego z silnymi uczuciami, wynikającymi z wielu niezaspokojonych ważnych potrzeb.

A więc dziś chcę te granice pokazywać i mówić o nich, nawet jeśli ktoś przestanie mnie lubić. Może się jednak okazać, że pokazując swoje granice inni nadal będą mnie lubić, taką jaka jestem, zupełnie bez maski, odsłonięta, z jasnymi uczuciami i potrzebami. A jeśli nie, to ok.

środa, 22 lutego 2017

Skutki braku empatii

Co się dzieje, kiedy dziecko nie zostaje obdarzone empatią?

Z doświadczenia obserwuję, że taki człowiek żyje w poczuciu urazy, bycia nie wysłuchanym, nie branym pod uwagę, a może nawet niesłusznie potraktowanym.

Takie sytuacje zrywają bliskie, szczere i prawdziwe więzi,oparte na rozmowach o tym co czuję, co jest dla mnie ważne, co mi robi to, jak Ty mnie traktujesz, co ja sobie myślę, co bym chciała, czego potrzebuję, by żyć z Tobą w rzeczywistej, a nie udawanej relacji. Jeśli nie udaję, to nie muszę mówić o pogodzie, sąsiadach, chorobach innych, życiu innych, bo mogę o sobie i o Tobie. Biorę pod uwagę Ciebie i siebie - to co czujemy i o tym rozmawiamy. Mówimy o tym, czego nam potrzeba i zastanawiamy się jak znaleźć takie sposoby życia, by każdy był wzięty pod uwagę.

Jeśli małe dziecko opowiada o tym,  że zdarzyło się coś złego, że wbiło patyk pod oko brata, że się boi, że się wystraszyło, a w zamian dostaje lanie lub w łagodnej wersji siarczysty opieprz, to zostaje skrzywdzone na całe życie.

Na prawdę, nie żartuję! Widzę to często w dorosłych relacjach, kiedy dojrzałe dzieci mają żal o niesprawiedliwe potraktowanie do swoich rodziców, którzy nie mają pojęcia o zranieniu. Dlaczego?

Ponieważ zabrakło EMPATII, zabrakło słuchania się na wzajem. Zabrakło mówienia w języku ja.

Co możesz zrobić dziś?

Możesz w takiej sytuacji powiedzieć do dziecka:

- och widzę, że chyba bardzo się wystraszyłeś? Boisz się, że będę krzyczeć?
- mamo, bo to nie moja wina...
- aha, powiedz mi jak Ty to widzisz
- mamo, bo on mi dokuczał
- słyszę, że bardzo Ci było ciężko
- tak, ja nie chciałem, to niechcący, przepraszam
- słyszę, że byłeś zdenerwowany, że nie wiedziałeś co robisz, że teraz się boisz, że jest Ci smutno, bo chcesz czuć się bezpiecznie i chcesz, by Twojemu bratu nic nie było
- tak mamusiu, nie jesteś na mnie zła?

I dopiero teraz mogę powiedzieć:

#EmpatiawNVC #obserwacjaNVC


"Wiesz kochanie, kiedy zobaczyłam ranę pod okiem Szymka, to bardzo się wystraszyłam, bo chcę byście byli bezpieczni. Dlatego ważne jest dla mnie to, co mówisz. Chcę też miło spędzać czas z Wami na spacerze. Co możemy teraz zrobić?"

I tu pojawia się przestrzeń do zaopiekowania się chorą buzia malucha, i wystraszonym sercem mamy i starszaka. Może dzieciaki coś wymyślą, a może ja.

A co zrobić z dorosłym zranieniem? Jak my dorosłe dzieci naszych rodziców możemy naprawić to, co nam nie służy od lat? Jakiś wewnętrzny uraz, który zatruwa nam nasze relacje? Jak je odbudować, by nie spotykać się po to tylko, by gadać o pogodzie, zdrowiu i sąsiadach. Nie mam nic przeciwko takim rozmowom. Jednocześnie zauważam, że czasami brakuje mi czegoś głębszego. Troski o to, co faktycznie jest ważne dla mnie i dla tego drugiego.

Macie jakieś pomysły?

Jak chyba mam! Podzielę się nimi następnym razem.

wtorek, 21 lutego 2017

Empatia

#Empatia lekiem na całe zło

Empatia, w dużym skrócie, to umiejętność zobaczenia świata z perspektywy danego człowieka. To trochę jak współodczuwanie, próba wyobrażenia sobie tego, co czuje druga osoba, próba zgadnięcia, dopytania się co może czuć. Nade wszystko jest to głównie aktywne słuchanie, bycie przy drugim w trakcie przeżywania przez niego danego uczucia.

Empatia nie jest współczuciem.

W empatii nie ma miejsca na:
  •  ocenianie
  • doradzanie
  • pocieszanie
  • odwracanie uwagi
Empatia to gotowość towarzyszenia drugiemu w tym co przeżywa. To zgoda na jego uczucia. Na każde uczucie.

W empatii jest miejsce na:
  • aktywne słuchanie (hmm, aha, ach)
  • uważne bycie w 100%
  • krótkie parafrazowanie
  •  przytulanie (o ile druga strona ma na to zgodę)
  • utrzymanie kontaktu wzrokowego
#Empatia

 Empatia nie równa się zgodzie na zachowanie. Nie oznacza też, że zgadzam się z tym, co mówi druga strona. W empatii jest miejsce na moje własne zdanie, z jednoczesnym poszanowaniem drugiego.
Mogę obdarzyć wzburzone i rozzłoszczone dziecko empatią i jednocześnie mieć przekonanie, że to jak sę zachowało nie podoba mi się. Czyli wysłuchuję bijące się dzieci, słucham każdego z nich, bez oceniania i wówczas kiedy zobaczę w ich ciałach ulgę (dziecko wyraźnie się uspakaja, przestaje płakać, słyszę wręcz typowe "uffff" lub pojawia się na buzi uśmiech)

to dopiero pojawia się PRZESTRZEŃ dla mnie. Teraz dopiero dziecko jest w stanie mnie wysłuchać i wziąć pod uwagę to, że dla mnie ważne jest bezpieczeństwo każdego z nich i moje własne. W takich momencie dziecko może usłyszeć i wziąć sobie do serca to, że nie zgadzam się na ranienie innych, ani jego samego, bo dobro wszystkich jest dla mnie bardzo ważne.

Nie chodzi o zgodę na bicie się dzieci. Chodzi o wysłuchanie ich, o wzięcie pod uwagę ich uczuć i potrzeb. oni są tak zalani emocjami, że nie są w stanie mnie usłyszeć. Po prostu nie mają kontaktu ze swoim racjonalnym myśleniem. Zresztą ja też tak mam. Kiedy ogarnia mnie złość, to po prostu "wychodzę z siebie" i nic do mnie nie dociera: żadne oceniania (broń Boże!) żadne doradzanie ani tym bardziej pocieszanie typu "inni to mają gorzej, nie narzekaj". Jak ja tego nie cierpię. Albo gadka typu: "złość piękności szkodzi". A mnie nie szkodzi i koniec, i dosłownie, i wręcz mi służy!

Jak służy? Co się dzieje, kiedy empatii nie dostajesz? O tym w następnym poście.

czwartek, 13 października 2016

Twoje dziecko Cię nie słucha?

Dziecko Cię kompletnie nie słucha? Nic do niego nie dociera. Mówisz i mówisz i nic i tak "w koło Macieja". Masz już dość, zaczynasz się denerwować, złościć, podnosisz głos albo wpadasz w szał i krzyczysz jak opętany/a. Wylewasz z siebie żale, nagromadzone od roku. Zrzędzisz, marudzisz i zatrzymać się nie potrafisz.

Dzieciak wychodzi, zamyka się w pokoju, chowa pod kołdrą, płacze lub rozpoczyna z Tobą walkę, buntuje się, krzyczy, tupie nogami.

Po chwili emocje opadają. Zarówno Twoje jak i dziecka. Przepraszasz, ono może też. Dziecko szybko zapomina, a Ciebie może męczą wyrzuty sumienia przez kolejnych kilka dni. Bo obiecałaś sobie nie krzyczeń, nie prawić kazań no i co? Nie dałaś rady. Nie wiesz co robić. Czujesz się beznadziejnie, obwiniasz się, że jesteś beznadziejną mamą. Zastanawiasz się jak do tego doszło. Rozkminiasz jak tego następnym razem unikną, tym bardziej, że to już może być wieczorem podczas pory kładzenia dzieci spać, albo najpóźniej jutro rano. Znów będziesz się spieszyć do pracy, myśleć o wszystkim, a malec czy starszak będzie z głową w chmurach.

Chcesz o tym komuś opowiedzieć, zapytać co robić, szukasz pomocy i zrozumienia. Oceniasz siebie i dziecko.

I dobrze, o ile te oceny POWIĄŻESZ Z POTRZEBAMI! Wtedy możesz powiedzieć dziecku:

"Kiedy oglądasz bajkę i nie odpowiadasz na moje pytania, to jest mi smutno, bo zależy mi, żeby każdy był wysłuchany."

W takiej sytuacji OCENIAM bodziec zewnętrzny, czyli oglądanie bajki, jako coś nieprzydatnego do zaspokojenia mojej POTRZEBY BYCIA WYSŁUCHANĄ, bo chcę być w kontakcie z dzieckiem, chcę nawiązać z nim relację, chcę się o niego zatroszczyć. Takie oceny, taki język daje OBFITOŚĆ życia, wzbogaca nas, daje szansę na wzięcie pod uwagę potrzeb wszystkich jednocześnie.

OCENY, które nas od siebie oddzielają, to OSĄDY, które słychać w takich zdaniach:

"Kiedy oglądasz bajkę i nie odpowiadasz na moje pytania, jesteś niemiły i chyba chcesz, żebym ja też dla Ciebie taki był."

Jakiekolwiek zdanie by nie padło, to warto pamiętać, że robimy to, co w danym momencie mamy najlepszego i najpiękniejszego do wyboru, do dyspozycji i do dania sobie i innym. Wybieramy to, bo

CHCEMY ZASPOKOIĆ WŁASNE POTRZEBY a NIE OGRANICZAĆ POTRZEBY INNYCH.

Jeśli zauważamy, że nasz wybór  jest trudny do zrealizowania, że mimo działać nie dostajemy tego, o co nam chodzi możemy poszukać innych rozwiązań.

Czasami jest tak, że krzykiem wymusimy na dziecku słuchanie, czyli nasza potrzeba bycia wysłuchanym jest zaspokojona, ale potrzeba bycia w relacji już nie. Takie słuchanie jest wymuszone, więc nieautentyczne. Tego w chwili wyboru krzyku jako strategii na bycie usłyszanym nie wiedzieliśmy. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by się o swoje potrzeby zatroszczyć. I to właśnie jest piękne, bo i tak nic innego do dyspozycji nie mieliśmy Mimo wszystko, że nasz wybór jednak okazał się oddalający nas od potrzeb.

Zamiast więc rozpaczać nad rozlanym mlekiem, warto wyciągnąć z tego pozytywne wnioski, że całe zdarzenie to okazja do rozwoju, do nauczenia się czegoś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy. Mogę więc, zamiast się obwiniać, wziąć odpowiedzialność za swoje uczucia.



Wiem, że moje działanie mnie nie przybliżyło do zaspokojenia potrzeb ani moich, ani dziecka. Dostrzegłam to, więc mogę świętować to, że jestem w stanie teraz to zobaczyć, że jakieś moje zachowanie, jakiś sposób komunikowania nie pozwala mi i innym iść dalej. Widzę w tym SZANSĘ na naukę, na mój i innych rozwój, bo przecież dzieci biorą ze mnie przykład, naśladują.

Mówię więc:

"Kiedy tak krzyczałam, to poszedłeś do pokoju i zrobiło Ci się smutno? Nie lubisz, kiedy krzyczę? Wiesz, teraz wiem, że wolałabym to powiedzieć inaczej. Na przykład tak:

Kiedy oglądasz bajkę, to jest mi trudno się z Tobą rozmawiać, a zależy mi na tym, by każdy w naszym domu był wysłuchany. Czy takie zdanie jest dla Ciebie lepsze?"

I tyle. Jest to więcej niż PRZEPRASZAM. Mówiąc "przepraszam" zazwyczaj kusiło mnie, by powiedzieć coś jeszcze, prawić dalej kazania, że jakie to dziecko jest okropne, bo nie chce mnie słuchać, Skupiałam się na wadach dziecka (tym samym kodując mu w głowie te wady i powodując, że zaczyna w nie mocno wierzyć) i uciekałam od swojego smutku i potrzeby bycia usłyszaną.

A przecież potrzeby każdego są ważne, rodzica również.

piątek, 15 kwietnia 2016

Ekologiczne torby szyte przez Strefę Mamy

Strefa Mamy realizuje kolejną pasję: SZYCIE

I takie oto powstają cuda. A to tylko część tego, co było, co jest i co, mam nadzieję jeszcze będzie.

I są sowy

I serca, które powędrowały już do pewnej uroczej Pani


I była kurka, która znalazła już nowy dom

I są flanelowe poduszeczki z serduchem

A dawno temu z recyklingu powstał taki oto komplet na dziecięcy prezent

I piórniki dla córek


A dla syna, na specjalne zamówienie, piórnik traktor



A wszystko okraszone miłością i troską o szczegóły, by cieszyło oczy i serca najbliższych.
Są i tacy, co od dawna namawiają mnie na szersze dzielenie się moimi dziełami, więc powolutku zaczynam to realizować. Jeśli więc chcecie mieć coś wyjątkowego dla siebie lub na prezent dla bliskich to obserwujcie bloga. Może znajdziecie coś dla siebie.

Zapraszam do kontaktu na kami@czarnota.eu


Dziecko w szpitalu

Ostatnio piszę sporadycznie, ponieważ moje zdrowie troszkę szwankowało. Kiedy dochodziłam do siebie, próbowałam wyprowadzić dom na prostą, a że wiosna mnie goniła, to i ogród i rabatka warzywna też domagała się ogarnięcia. Tak więc pośród różnych czynności wybierałam to co było w danym momencie dla mnie ważna, pilne itp. tak więc na pisanie już przestrzeni zostawało niewiele.

Dziś jednak wydarzyło się coś wyjątkowego, co wywołało u mnie sporo refleksji, którą się chcę podzielić, bo może komuś się to przyda. A chodzi o to co robić, a właściwie co ja staram się robić, kiedy trafiam z dzieckiem do szpitala.

Nie udaję, że nic się nie stało.
Nie namawiam, by dziecko było dzielne, by wytrzymało, by nie płakało.

PRZYTULAM
i
SŁUCHAM, pozwalam się wyżalić, wypłakać, jęczeć, choćby mi to w jeździe samochodem przeszkadzało. Całe 25 minut do szpitala. Mówię cierpliwie ile czasu jeszcze pojedziemy i tak co minutę.

Przytakuję i mówię:

"słyszę, że Cię boli, że się boisz, że nie wiesz jak to będzie, że się martwisz"

Zapewniam, że będę z dzieckiem, że nawet jeśli zostaniemy na noc, to ja zostanę z nim, na całą noc. Mówię, że nie wiem co będzie, co powie lekarz, ale ja będę z nim.

W międzyczasie i w chwilach wyciszenia, pytam jak to się stało. Rozmawiamy przez chwilkę o czymś innym, po czym znów wracamy do gwoździa programu: płacz, wycie, ból. Dojeżdżamy.



Efektem takiej postawy był spokój dziecka na izbie przyjęć i ani jednej łzy, nawet gdy lekarz dotykał bolącego ciała.

Jasne, że dzieci są różne i być może z innym dzieckiem nie byłoby tak łatwo, pomimo okazania mu wcześniejszej empatii. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby dziecko wrzeszczało w niebo głosy jeszcze w szpitalu. Jak doświadczę, to się podzielę. Chcę pamiętać, że to, co dzieje się z dzieckiem jest ważne i jeśliby płakało w gabinecie, to chciałabym umieć mu okazać zrozumienie, co być może pomogłoby w nawiązaniu z nim kontaktu.

Jeśli ja usłyszę dziecko, to jemu łatwiej będzie usłyszeć mnie samą.

środa, 2 marca 2016

Wyjątkowa mama

Taki zwyczajny poranek. Jem śniadanie. Nie przepraszam, to chyba jednak nie było tak jak zazwyczaj. Dziś wyjątkowo przy śniadaniu przeglądałam książkę w poszukiwaniu konkretnego rozwiązania. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, ku mojemu głębokiemu wzruszeniu, odnalazłam małą, żółtą karteczkę, a na niej kilka słów od córki.

Z jednej strony podziękowania za to, że piorę jej ubrania, gotuję i jeżdżę z nią do szkoły i kościoła. Kartka sprzed kilku lat. Uśmiech na mojej twarzy i uczucie radości żywe właśnie dziś, tu i tera, też kiedy to piszę. Zwłaszcza, że wczoraj natknęłam się na podobny list, od tego samego dziecka, znaleziony podczas porządków w szafce pod umywalką. Tak po prostu, w łazience. Dlaczego tam? Może dostałam go właśnie podczas prac domowych i zabiegana wsunęłam do półki razem z klamerkami, by wczoraj go dostać ponownie. By znów się wzruszyć, poczuć radość i wdzięczność, nie tylko za zwyczajne prace domowe, ale także za wysiłek jaki włożyłam w swoją zmianę.

ZMIANA

Zmianę, która była też dla nich. Zmianę, która jest dla NAS, dla naszych pięknych, trwałych więzi i budowania codziennych prawdziwych relacji, w których każde uczucie jest ważne i dla każdej potrzeby znajdujemy czas, by chociażby się jej przyjrzeć i postarać się ją kiedyś spełnić.

Ta zmiana spowodowała, że nauczyłam się mówić dzieciom, że są wyjątkowe, niepowtarzalne i kochane za to, że po prostu są. Kiedyś myślałam, że wystarczy, iż ja to wiem, a dzieci będą to czuły. Może tak, a może warto to od czasu do czasu im to powiedzieć. Ja się ucieszyłam, kiedy ten list dostałam i dziś ponownie, gdy go w zakamarkach książki odnalazłam. Dlatego myślę, że i oni się cieszą, kiedy takie ode mnie dostają. Przechowują je jako cenne skarby w pudełkach, pamiętnikach, albo pod poduszką. Są więc dla nich dość wartościowe. Dodają sił, budują poczucie własnej wartości, cieszą, czy pocieszają w trudnych chwilach.

Jak dobrze, że wpadłam na pomysł pisania krótkich liścików do dzieci. Na kolorowych karteczkach, małych kwadratowych lub w kształcie serduszka, a czasami na kartce w kratkę.Już od dłuższego czasu nic nie napisałam. Może dziś to zrobię, by powiedzieć im co czuję.

Każda mama jest wyjątkowa i niepowtarzalna, tak jak każdy człowiek i to dlatego, że po prostu jest. Bez oceniania, bez wyliczania zasług, wad czy zalet.Wyjątkowa to nie znaczy lepsza, a po prostu inna, niepowtarzalna. Dla dziecka wieź z rodzicem jest nie do zastąpienia  i choć nasze zachowanie ma znaczenie to ten rodzaj miłości jest, warto by był, bezwarunkowy. To nie znaczy, że mam się na wszystko godzić i przymykać oczy na to, co mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Otwieram oczy, przyglądam się temu,co się dzieje, rozmawiam, szukam drogi, po której mogę iść z przyjemnością zarówno ja jak i drugi człowiek



poniedziałek, 6 lipca 2015

Słuchać sercem

Wieczorny powrót do domu.

Samochód podjeżdża pod dom. Wychodzimy a tu taaaka "niespodzianka". Wcale nie miła!

"Hał hał auł bam bam ciuch ciuch"

tłumaczę:

Piesek ugryzł piłkę z ciuchcią.

Smutek, potrzeba bycia usłyszaną, potrzeba podzielenia się tym,czego zostało się świadkiem, potrzeba odżałowania straty i nic więcej. Wszystkie one zostały spełnione poprzez towarzyszenie temu dziecku. Ono mówiło, my dorosłe osoby słuchałyśmy, parafrazowałyśmy, nie dodając oceny, dodając i nazywając uczucia:



"aha, piesek ugryzł piłkę z ciuchcią i piłka jest zepsuta. Aha smutno Ci, tak?"
"Nio...hał, hał auł bam bam"
"aha"
"Nie la la"
"aha"

i wychodzimy z domu, a na podwórku czeka niczego nie świadomy pies. Dzieciątko podchodzi do niego, a przez moją głowę, w błyskawicznym tempie, przewija się obraz ataku na psa, uderzenia go, jako winowajcy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pokrzywdzony malec podszedł do psa i go....przytulił!!!

I tak sobie myślę: jasne: dziecku jest smutno, mega smutno, no bo w końcu ulubione piłka jest zniszczona, co jednocześnie wcale nie oznacza, że przestaje się lubić i kochać....psa!

Jakież to było piękne, zupełnie naturalne, no bo przecież pies nie jest winowajcą, choć większość, ja poniekąd również, pomyśli, że to właśnie przez psa dziecko płacze. Otóż NIE! Pies i jego zachowanie to tylko bodziec, który wywołał uczucie, które jednak pochodzi z potrzeby. W tym wypadku chodzi chyba o potrzebę troski o swoje ulubione rzeczy, o to by były z nami jak najdłużej, byśmy dzięki nim nadal mogli się bawić i rozwijać.A więc nie pies jest przyczyną smutku. Bo gdyby dziecko tej piłeczki nie lubiło, gdyby nie była jego zabawką, to smutku by w ogóle nie było.




środa, 29 kwietnia 2015

Nikt mnie nie lubi

Rodzice chcą wspierać u dzieci ich poczucie własnej wartości i wiarę w siebie. Przychodzi taki moment, kiedy zostajemy postawieni niejako pod murem, gdy dziecko mówi: "nikt mnie nie lubi". Co wtedy mówić? Może opowiem co ja mówię. Czy to działa? Hmm, nie wiem. Dowiem się za jakiś czas. Póki co widzę, że moje słowa zbliżają mnie do dziecka, że ono, po prostu, chce ze mną rozmawiać, że darzy mnie zaufaniem.

Pierwszy krok jaki robię, to jestem z dzieckiem w 100%. Odkładam wszystko: książkę, telefon, telewizor, sprzątanie, rozmowę z innymi (mówię do rozmówcy: "wiesz, to co A. do mnie mówi, jest dla mnie ważne, chcę z nią teraz być. Proszę poczekaj, przyjdę do Ciebie, kiedy skończę.")

Drugi krok: słucham, słucham, słucham. Najlepiej nic nie mówić, ewentualnie: "aha, hmmm". Daję przestrzeń do mówienie tak, jak dziecko chce, łącznie z płaczek, frustracją czy złością i tak by ono i inni byli bezpieczni. Staram się nie oceniać. Jasne, że w głowie pojawiają się różne myśli, interpretacje, rady, pomysły, gotowe rozwiązania jak dziecku pomóc itp. Zostawiam to tam, gdzie jest i nie pozwalam, by wyszło poza myśli. Po prostu daję dziecku czas i możliwość, by powiedziało to swoimi słowami, więc skupiam się na tym, co ono mówi. Przytulam, podaję chusteczki, jestem.

Kiedy dziecko już troszkę ochłonie próbuję ubrać w słowa jego uczucia i potrzeby. I mówię coś w rodzaju:

- "Kiedy mówisz, że nikt Cię lubi, to czy to znaczy, że chciałabyś mieć kogoś kto zawsze będzie blisko, kogo Ty lubisz i on Ciebie?"

- "Tak,chcę mieć taką koleżankę, która zawsze się będzie ze mną bawić"

- "Aha, chcesz wiedzieć, że możesz na nią liczyć"

- "Bo ja czasami coś mówię, a oni mnie nie słuchają i odchodzą"

- "Aha, chcesz, żeby poczekali i posłuchali?"

- "Tak....."

Jeśli taka rozmowa trwa dłużej a dziecko na pytanie "jak myślisz co możesz zrobić" nie ma żadnego pomysłu to warto spróbować coś zasugerować, ale dopiero po tym, jak ono wyrazi swoje uczucia.

- "Aha słyszę, że zależy Ci na dobrych kontaktach ze swoimi przyjaciółmi i kolegami. Mam pewien pomysł. Chcesz usłyszeć?"

- "Tak"

- "A jakby to dla Ciebie było, gdybyś usłyszała, że oni Cię lubią i jednocześnie czasami chcą robić coś innego, z kimś innym, albo może zwyczajnie nie wiedzą co im proponujesz. Może spróbujesz im powiedzieć, że chcesz z nimi iść, chcę o coś zapytać?"

- "Pytam czy mogę się bawić z jedną osobą, a ona mówi, że musi zapytać tą drugą i obie mówią że nie wiedzą"

- "Aha i Ty sama już nie wiesz co robić"

- "No właśnie"

- "A gdybyś powiedziała im tak: to zobaczmy jak nam będzie razem, sprawdzimy-dobra? Jak będziecie chciały pogadać same to mi powiecie-ok?"

- "No może..."

A więc widzę, że to jest dla mojego dziecka trudne. Nowe wyzwania, bywają owiane obawą i nie chodzi o to by się nie bać, lecz by pomimo lęku działać.

No to mówię dalej:

"Wiesz, ja czasami tak mam, że sobie coś myślę, a potem okazuje się, że w rzeczywistości jest inaczej. Wydaje mi się, że warto je zapytać, co chcą robić i czy mogłabyś się przyłączyć i nie wierzyć swoim myślom, zwłaszcza takim jak na przykład, że moje koleżanki mnie nie lubią."

Czasami dzieci zaczynają wierzyć swoim myślom, nie pytają, nie wychodzą z inicjatywą. Co tam dzieci, ja też tak miewam, że nie podejmuję mnóstwa wyzwań, bo lepiej nie ryzykować, nie narażać się na odrzucenie, bo z góry to zakładam. A gdybym założyła, że z ciekawością zapytam: jeśli ktoś zechce spełnić moją prośbę to super, jeśli nie to znajdę inny sposób na poradzenie sobie.

MOTYWOWANIE DO DZIAŁANIA

Mogę jeszcze dodać:

 "Widzę, że to Cię bardzo smuci, bo bardzo chcesz się z nimi przyjaźnić. Wiesz, warto próbować z uśmiechem do nich wychodzić, starać się się pytać co one chcą i wierzyć, że albo one się z Tobą zaprzyjaźnią albo poradzisz sobie i znajdziesz inny sposób na świetną zabawę. Najwięcej zależy właśnie od Ciebie! Sprawdź jak to dla Ciebie będzie. Chętnie z Tobą o tym znowu porozmawiam."


piątek, 13 lutego 2015

Zamień etykiety i oceny na żywy kontakt

Dziś wpis krótki z linkiem do artykułu, który napisałam dla http://beskidzkamama.pl/

o ocenach,etykietach, uczuciach

Na życzenie jednej z czytelniczek tego portalu.

Bardzo chętnie napiszę coś na Wasze życzenie. Piszcie w komentarzach lub na Facebooku albo bezpośrednio do mnie na:

kasia@czarnota.eu

CO WAS INTERESUJE?

a oto link do artykułu:

ZAMIEŃ OCENY I ETYKIETY NA ŻYWY KONTAKT

środa, 11 lutego 2015

Skaczę z radości

Czuję dziś radość, bo moja potrzeba kontaktu z rodziną jest zaspokojona. To niewiele mówi, a że mam jeszcze niezaspokojoną potrzebę świętowania i dzielenia się tą radością, to opowiem coś więcej, bo to właśnie z Wami chcę się podzielić.

Otóż odkąd są ferie, to w naszym domu są zmiany. Takie zwykłe, naturalne: dzieci są w domu, a więc jest i głośniej, jest wrzawa, więcej zabawek, rzeczy, garów, szklane, talerzyków, mokrych ubrań po śniegu, suchych i brudnych też sporo i takie tam - życie w rozgardiaszu. A!!! I zapomniałabym o kłótniach, których co dziennie z mężem słuchamy (nawet jak słuchać nie chcemy), czasami o bójkach i takie tam - tam, gdzie dzieci więcej niż jedno, to tak to bywa. No więc było nam trudno, mi i mężowi. No bo nasza potrzeba ciszy, efektywnej pracy i sprawczości nie zaspokojona (tak - oboje pracujemy w domu). Na dokładkę potrzeba troski o kłócące się dzieci, bycia usłyszanym, brania ich i nas pod uwagę - no cóż, ciężko. Coś z tym trzeba zrobić! Tylko CO???

Otóż 4 kroki Porozumienia bez Przemocy

przykład:

Dzieci wychodzą z domu. Dwoje i tata już gotowe. Trzecie siedzi, gra, nie ubrane i wcale nie zamierza skończyć grać. Siostra mówi, eeee co tam, krzyczy:

"hej kończ już to WYCHODZIMY!!!"

Brat zero reakcji. Ja siedzę przy komputerze i słyszę. Domyślam się jak to się skończy. Siostra będzie coraz bardziej krzyczeć, a brat nie będzie słuchał. Może będzie płacz (bezsilność) może agresja (za którą kryje się potrzeba ochrony własnych granic). Ja chcę widzieć, że oni się szanują i biorą się pod uwagę. Potrzebuję, by zostało to załatwione efektywnie i sensownie. Dziś akurat im pomogę.

"Kiedy tak mówisz do brata, to chcesz się zatroszczyć o niego i o resztę, chcesz zdążyć na czas?"
"Tak"
"Ja też tego chcę, pomóc Ci"
"Tak"
"OK. Jest 15:04, a zaczynacie zajęcia o 15:15. Widzę, że grasz, chcesz dokończyć, ja jednocześnie chcę, żebyście zdążyli. Tata i siostry już wyszło. Jak Ci pomóc, żebyś już wyszedł?"
"ok, to ja już kończę. Podasz mi kurtkę?" I wyszedł. Mam nadzieję, że dotarli na czas.

A ja mam w sobie wdzięczność i uznanie dla siebie samej, bo podjęłam wysiłek zauważenia potrzeb moich dzieci i swoich własnych też. Znalazłam sposób, by się o nas wszystkich zatroszczyć i on się dziś sprawdził.

Dziś już wiem, że jak coś nie działa to poszukam innej drogi i SPRAWDZĘ jak się z tym będę miała ja i ludzie obok mnie. Teraz mam w sobie zaufanie, że cokolwiek, by się nie działo, to sobie poradzę.

Wieczorem, kładąc się spać w domu, który wyglądał jakby przez niego przeszło tornado, pomyślałam:

"jak ja chcę sobie poradzić z tym bałaganem, czego ja potrzebuję, jak ja chcę ich prosić o pomoc?"

Przyszła odpowiedź:

"Z zaufaniem, że oni chcą pomagać, współpracować, sprawiać, że bierzemy się pod uwagę i jesteśmy dla siebie ważni"

Rano wstałam i też tą myśl miałam. Moje prośby kierowane do domowników były słyszane i brane pod uwagę. Ja skupiłam się na pracy i zaufałam, że oni dadzą radę w drobnostkach tj: zrobienie sobie kanapki, pozbieranie swoich ubrań, umycie umazanego farbami stołu, obranie jajek itp. I co się okazało?
Nie tyle zrobili o co prosiłam, ale nawet więcej - w kuchni na stole czekał na mnie i męża talerz z zupą. Jasne, dzieci mają już 8, 9 i pół i ponad 11 lat, zupę ugotowałam ja, ale jajka to już wysiłek córki, a współpraca w nalewaniu? Syn stoi i podaje talerz, pierworodna nalewa, młodsza podaje na stół. I łyżki też były. Tylko krzesła trzeba było sobie znaleźć i przytaszczyć do kuchni, bo się po domu rozpierzchły.

No radość w sercu, a wystarczyło tylko w nim pogrzebać, doszukać się swoich uczuć, potrzeb, pomyśleć o zaufaniu i wiary w to, że I JA I ONI DADZĄ RADĘ. Tyle, albo aż tyle. I nie myślcie, że to przyszło od tak. Nie to jest ciężka praca, moja własne zmiana i rozwój. I nadal się uczę, dosłownie: czytam, chodzę na szkolenia, sama prowadzę warsztaty, do których się solidnie przygotowuję i tym samym się uczę. Robię coś i widzę, że czasami nie tędy droga, czasami płaczę,chcę tym rzucić, dostaję wsparcie i empatię, czasami kopa w cztery litery i znów się zbieram w sobie, łapię energię i znów szukam lepszych strategii. To nie jest łatwa praca. Nie widzę jednak innej drogi jak poprzez własną zmianę. A żeby nie brzmiało to tak strasznie, to ten post jest właśnie po to, by cieszyć się sukcesami. I ich też jest mnóstwo, maleńkich i tych większych. I dziś chcę się cieszyć i to robię. Dlatego piszę, że serce mi radość wypełnia. Aż chce się skakać!




środa, 4 lutego 2015

Róbmy to, co kochamy

Mam taką refleksję, by skupię się na tym, co przynosi mi radość. Żadne w sumie odkrycie, już wcześniej takie się zdarzały, choć czasami w ferworze codzienności skupiam się dogłębnie na marudzeniu. To narzekanie potrafi wciągnąć jak trąba powietrzna i przynosi tylko zniszczenia. Oby wyrwać się z jej objęć jak najszybciej i choć krajobraz wydaje się zdewastowany, to małymi kroczkami zabieram się do porządkowania.

Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to właśnie zrobić to, co daje zadowolenie, przynosi radość i wdzięczność. I tak się tego trzymać, robiąc tych rzeczy jak najwięcej.

Zdjęcie pochodzi z https:www.facebook.com/naturologia.blog

Teraz już wiem, że nie każdy jest gotowy na zmianę. Czasami bardzo chcę ludziom pokazać, że można spróbować inaczej, na przykład w relacjach z dziećmi, czy ze sobą samym. I widzę, że oni może nie chcą tego usłyszeć, może właśnie nie są gotowi. Kiedyś było mi smutno, bo bardzo chciałam zmieniać świat, mój własny (to akurat się udaje), moich znajomych, rodziny, przyjaciół, świat szkolny, kościelny, w sumie ten, w którym się obracam. Często słyszałam i sama sobie powtarzałam:

"świata nie zmienisz ale możesz zmienić swoje podejście, siebie samą"

no i tak też robię. Nieustannie, codziennie, po troszku, przyjmując chociażby konstruktywną krytykę, czy nawet tą, której niezbyt miło mi się słucha. Dziś nastawiam się na rozwój i z każdego słowa czerpię naukę, nawet z tego bolesnego. Słucham siebie, patrzę na uczucia, na to co się ze mną dzieje i odkrywam w tym dużo prawdy, widzę siebie. Pozwalam sobie też na to, by się do wielu rzeczy przyznać, by po prostu stanąć obok i popatrzeć na siebie z boku, w prawdzie i dystansie. To się udaje i to daje mi przestrzeń do szukania innych, nowych, niewypróbowanych jeszcze sposobów na lepsze dziś. No łatwo nie jest, al nie o to chodzi by było. Po prostu widzę, że warto, bo co dzień jest lepiej.

Dziś odkrywam sercem, że zgadzam się na to, by ludzie żyli po swojemu. Już nie chcę walczyć, pokazywać, zachęcać, motywować, zmieniać. Chcę być tam i dla tych, którzy tego chcą, są gotowi coś innego zobaczyć, spróbować, zmienić. Są zdecydowani podjąć wyzwanie własnej zmiany i rozwoju. Bo to zawsze jest praca nad sobą. Nie zmienię innych - mogę zmienić tylko siebie i swoje zachowanie. A jeśli ktoś chce czerpać inspirację to zapraszam. Wtedy taka relacja jest i inspiracją do rozwoju dla mnie samej. To jest też tak, że inne relacje tez mogą mnie prowadzić do zmiany, jeśli tylko chce to dostrzec.

Tak więc, po prostu robię swoje i tyle. I w tej rzeczywistości zdarzy się, że ktoś powie, że to, co ja mówię i robię jest mu bliskie i on też tak chce, a może nawet tak robi i chce byśmy coś robili razem. I wtedy ok, niech tak będzie, idziemy razem, robimy coś, co sprawia, że czuję radość.

środa, 21 stycznia 2015

Z cyklu "warto bym dbała o siebie"

Czasami tak rozmawiam z ludźmi, że zaświeca mi się lampka alarmowa "chyba nim/nią manipuluję". Mam takie myśli w sercu, mam takie wewnętrzne sygnały, niepokoje. Bywało, że zupełnie ten wewnętrzny głos zagłuszałam. Ostatnio znowu powrócił i tym razem postanowiłam, że się zastanowię, wejrzę w głąb siebie.

Po pierwsze:

Przyznałam się, że to może być dla mnie manipulacja. Skoro czuję niepokój, to coś jest nie tak.

Po drugie poszukam w sobie odpowiedzi na pytanie:

O CO MI CHODZI? Czego ja chcę?

Chcę zatroszczyć się o swoje potrzeby i to jest zupełnie naturalna sprawa. biorę za siebie 100% odpowiedzialność i wybieram taki sposób, który wydaje mi się najlepszy. Widzę jednocześnie, że troszcząc się o siebie, tracę kontakt z drugim człowiekiem. A więc jeszcze jakaś jedna ważna potrzeba, przy tej okazji, nie została zaspokojona. Jaka?

BYCIA W RELACJI z drugim, chcę go brać pod uwagę, chcę się troszczyć zarówno o siebie jak i o drugiego i dlatego szukam strategii zaspokojenia potrzeb obu stron.

Przykład:

ja:
 "Dzieciaki, chcę tu teraz posprzątać. Proszę Was zabierzcie swoje ubrania z łazienki i zanieście je do szafy"

dzieciaki chórkiem:
"za chwilę"

Ja (z czystą ciekawością i zainteresowaniem oraz z zaufaniem, że oni na prawdę mi chcą pomóc i że ja też potrafię ich usłyszeć):

"to, co Wy teraz robicie?"

I idę zobaczyć co robią, by w ogóle sprawdzić, czy jest szansa na współpracę. I widzę, że właśnie przygotowują przedstawienie, więc mówię:

"Aha, macie teraz próbę i pewno chcecie ćwiczyć. Ja chcę teraz posprzątać, wy ćwiczyć - macie jakiś pomysł, co teraz zrobić?"

No i zaczyna się dialog, oni mają swoje pomysły, ja sprawdzam, czy dla mnie to jest ok, a może ja wpadnę na jakieś rozwiązanie, sprawdzę jak bardzo mi zależy na porządku, co stracę a co zyskam jeśli oni mi nie pomogą. Myślę nad tym na czym bardziej mi zależy, czyli która potrzeba jest ważniejsza:
porządku, czy bycia w relacji z dziećmi (prowadząc z nimi dialog jestem w relacji). Zmuszając ich (np. manipulacją) do pomocy zrywam relację. Mówiąc o sobie dbam o autentyczność. Biorąc ich pod uwagę, pytając o zdanie, pokazuję, że są dla mnie ważni, że akceptuję ich bezwarunkowo, też wtedy, gdy ja chcę sprzątać, a oni chcę robić coś innego. I to nie koniec ja się nie poddaję. To dla mnie początek - TO JEST RELACJA.

To, czym się kieruję, to troską o siebie. Głównie dbam o siebie, o swoje uczucia i potrzeby, a jedną z nich jest potrzeba troski o drugiego i chęć zbudowania z nimi relacji. A więc mogę być "zdrową egoistką", która z własnej potrzeby troszczy się o innych, bo to jest korzyć sama w sobie dla mnie. To co robię, wypływa z moich potrzeb.

Jasne, czasami nie mam siły na budowanie relacji i, albo zmuszam ich, albo siebie do czegoś, czego w gruncie rzeczy nie chcę. Takie działanie, wcale nie sprawia, że żyje mi się dobrze. Cóż...może to też jest potrzebne-do rozwoju, do zmiany. Tak postępując też coś wybrałam, za tym były jakieś moje ważne potrzeby. Tak, pewno, ja widzę, że to nie było najlepsze wyjście, nie udaję. Ta refleksja pozwoli mi na kontakt ze sobą, na przyjrzenie się temu, o co mi chodzi i znalezienie lepszego sposobu na raz następny. Użalanie się nad sobą, dla mnie, nie jest konstruktywne. Szukanie uczuć, potrzeb i strategii tak, nawet jeśli będą przynosiły korzyści w przyszłości. To jest dla mnie uczenie się przez doświadczenie. Takie podejście pozwala mi nie mieć niszczącego poczucia winy.



sobota, 10 stycznia 2015

Gdzie dwóch się bije...

Jak pomóc dzieciom podczas kłótni?

Staram się pamiętać, że kłótnie, czy sprzeczki są dzieciom potrzebne i nie zawsze warto się w nie angażować. Dzieciaki po prostu w ten również sposób uczą się rozmawiać, negocjować, dogadywać. Owszem czasami widzę, słyszę, że sytuacja się pogarsza. Domyślam się lub wręcz widzę, że ktoś może ucierpieć, zostać uderzony. W takich sytuacjach reaguję od razu. Zatrzymuję więc rękę dziecka w locie, zanim trafi brata, czy siostrę, o ile zdążę.

Ostatnio miałam taką sytuację:

Zbliża się późna pora wieczorna. Późna dla mnie, czuję zmęczenie i już marzę o wzięciu prysznica i położeniu się. Widzę, że jeszcze sporo mam do zrobienia. Chcę też jeszcze usiąść z dziećmi i poczytać im na dobranoc. Zastanawiam się więc co najbardziej bym chciała zrobić. Wiem, że czasami po wzięciu prysznica odnajduję w sobie drugą siłę i sen z powiek znika. Wiem, też, że zazwyczaj bardzo mnie to relaksuje i szybko ładuje baterię. No więc wybrałam prysznic.

Wracam, zregenerowana i słyszę w pokoju dziecięcym płacz i przekrzykiwania się. Słyszę też próbę uspokajania młodszych przez najstarszą. Na szczęście, chwilę wcześniej wybrałam SIEBIE, odpoczęłam pod prysznicem. Przypomniał mi się też wywiad z Moniką Szczepanik o budowaniu relacji z dzieckiem. Posłuchać go można TUTAJ

Tak więc te dwie rzeczy zrobione dla siebie, mój kubek wypełniony po brzegi i miałam co "odlać dzieciom".

Wchodzę i widzę, że syn siedzi na łóżku siostry. Ona płacze i mówi, że on nie chce zejść. Słucham ją.

I mówię:

"tak, widzę, że chyba jest Ci bardzo smutno" (ona płacze... bardzo, łzy się leją, buzia czerwona)
Ja ciągnę nadal:
"chcesz, żeby brat Cię pytał, czy może wejść do Twojego łóżka???"
Ona: "Tak! I one nie wychodzi, chociaż go proszę"

Wiecie, jej było bardzo ciężko, a mimo to siedziała na tym krześle bez ruchu. Kiedyś mogłam się spodziewać, że ona po prostu załatwi sprawę "ręcznie". W sumie, to wtedy też to zrobiła, ciut wcześniej. I mówi:

"mamusiu, ja wiem, że nie wolno go bić, ale bardzo się zdenerwowała. Ja tego nie chciałam, bardzo przepraszam"

Ja: "aha"

W między czasie brat rozpoczął swoją wersję. A więc teraz skupiam uwagę na nim. Słucham, przytakuję.
"aha, jesteś zły"
On:
"tak, ona powiedziała, że jak nie zejdę to wyrzuci moje zabawki na balkon"
Ja:
"aha, wystraszyłeś się, boisz się? chcesz być pewny, że ona tego nie zrobi" (potrzeba bezpieczeństwa i nienaruszalności granic)
On:
"tak"

Słuchałam raz jego, raz jej. Tyle czasu i uwagi dla każdego z osobna ile chcą, skacząc jak z kwiatka na kwiatek. Tylko słuchałam. Nic nie moralizowałam, nie prawiłam kazań, nie upominałam. Byłam uważna na to, co mówią - bez oceniania.

W pewnym momencie mówię:
"Krzysiu, ja chcę Wam teraz poczytać, a Twoja siostra chce się położyć w swoim łóżku. Potrzebuję Twojej pomocy. Chcę, żebyś położył się w swoim łóżku." I widzę, że on przechodzi do siebie. Co prawda minę ma kiepską, no ale łóżko zwolnił. Chcę się zatroszczyć o jego uczucia i pytam, czy jest nadal zły, a może smutny. A on się chowa pod kołdrą i rzuca krótkie i ostre NIE. Drążę temat:

"chcesz pogadać?"
"Nie"
"ok, to chcesz, żebym czytała"
"Tak"

Zanim zaczęłam czytać, syn wyszedł spod kołdry i nagle widzę, że uśmiecha się do siostry i przyjaźnie z nią rozmawia. No normalnie z wielkiej złości do wielkiej radości. No niesamowite!

A co ja z tego miałam?

Radość, zadowolenie, że udało mi się utrzymać z nimi relację, być z nimi w ich trudnych chwilach.
Nie było narzekania, marudzenia, złoszczenia się, uspakajania, zakazywania i moralizowania.

Było współczucie, empatia, słuchanie. Zobaczyłam ich, że jest im trudno się dogadać, że nie łatwo się jest o siebie troszczyć i jednocześnie szanować drugiego, że to wymaga ciężkiej pracy, panowania nad sobą, cierpliwości, wiedzy, doświadczenia. To wymaga zasobów, których dzieci zwyczajnie mogą jeszcze nie posiadać. Mogą je nabyć ucząc się i ten wieczór był dla nich nauką:

empatii
spokoju
słuchania
uwagi i troski

I czuję wdzięczność. Bo zatroszczyłam się o nich w duchu szacunku, po tym jak chwilę wcześniej zadbałam o siebie. Bo potrzeby wszystkich zostały zauważone i wzięte pod uwagę.


wtorek, 25 listopada 2014

Matczyne narzekania.

Prawienie dzieciom kazań nie pomaga, nie buduje relacji i więzi i nie rozwiązuje naszego problemu. Dzieci mnie nie słuchały. Od ponad 1,5 godziny mówię, by poszły się myć i nic. W końcu wybija 21:30. Wszystkim zmęczenie daje się we znaki. Moje potrzeby wiszą na kołku-najbardziej ta współpracy, sprawczości, łatwości. 

Czuję frustrację i potrzebuję być wysłuchana, potrzebuję empatii - coraz bardziej. 

Tak więc wybieram zaspokojenie swojej potrzeby bycia wysłuchaną – niestety moimi słuchaczami stają się dzieci. Co za nieszczęsny pomysł, jak się za chwilę o tym przekonałam. Moje dzieci, owszem, zaczynają mnie słuchać: zrzędzę i narzekam, że przecież już od 19-stej do nich mówię i nic, a teraz to chcą jeszcze mnóstwo rzeczy ode mnie, a ja chcę odpocząć, mieć chwilkę dla siebie, pobyć sama ze sobą (co jest zupełnie naturalne - każdy tego potrzebuje i matki nie są tych potrzeb pozbawione). I takie tam, że troszczę się o to, by się wysypiali, no bo rano wstają ok 7 i wcale łatwo im to nie przychodzi itd. Itp. Gadam i gadam i nic, nic to nie pomaga, coraz gorzej się czuję. Widzę smutek na ich buziach, słyszę przepraszam i nie czuję, by mi na ich „przepraszam” zależało. To musi być coś innego.

Nagle mnie olśniło:

UCZUCIA I POTRZEBY DZIECI


"Czy jak mówiłam (narzekałam przed wami) to czy było wam smutno, bo chcieliście zrobić to, o co proszę i jednocześnie chcieliście się jeszcze pobawić, bo nie czuliście zmęczenia, nie chciało się wam w ogóle spać?"

Uczucie smutku-potrzeba zabawy i autonomii-decydowania o sobie, potrzeba współpracy. Wielość potrzeb w jednym czasie i trudności z wyborem tych, które są dla mnie ważne. Dzieci z natury wybierają siebie. My dorośli potrafimy już siebie odłożyć na później.

Okazuje się, że tak. Oni już niewiele mówili. Mnie to zdanie pytające, skierowane głośno do nich,  dało wiele do myślenia. Dało mi też wewnętrzny spokój i radość, bo odkryłam, że oni chcą współpracować równie silnie jak móc samodzielnie o sobie decydować. Jeszcze potrzebują czasu i doświadczenia, by umieć wybierać i z siebie rezygnować. Mają na to jeszcze kilka lat. Obym tylko o tym pamiętała, że to nie jest ich złośliwość, tylko zwyczajny etap rozwojowy. Obym umiała znaleźć takie strategie, które są wzbogacające dla mnie i dla nich.

UCZUCIA I POTRZEBY DOROSŁYCH

A ja swoje POTRZEBY też mam:

Chwilami czuję ogromne zniechęcenie, bo chciałabym mieć jasność, co do moich potrzeb, tak by wiedzieć jak je zaspokoić. Chciałabym wiedzieć, że dam radę znaleźć strategię, że nie muszę się bać, nie będę panikować, bo na pewno znajdę sposób. Czasami ogarnia mnie strach na samą myśl, że nie ma przede mną jasnych strategii. Wydaje mi się wtedy, że jest tylko jedno wyjście i od razu wiem, że nie skuteczne a i, tak z braku innych, podświadomie go wybieram. 

A więc tak, potrzebuję współpracy, sprawczości i łatwości. Mówię, idźcie się kąpać, ja dokończę kserowanie (na prośbę córki). Skończę za 5-10 min, wy też i spotkamy się wieczorem u Was w pokoju, by się poprzytulać, poczytać razem książki, by po prostu razem z nimi być, jeszcze na koniec dnia.

STRATEGIE:


Co można zrobić, by sytuacja się nie powtarzała?

Już pojawienie się tej sytuacji i refleksja nad nią daje większe szanse na to, że następnym razem będzie bardziej korzystnie dla obu stron.  Kolejnym razem być może posłucham intuicji i uciszę się zanim będzie za późno. Zadzwonię do zaufanej osoby i się wygadam. Wezmę kilka głębokich oddechów. Wyjdę do kuchni lub łazienki.

Dam sobie empatię: posłucham swoich uczuć, wypowiem je w myślach. Ponarzekam sobie w swoim sercu.

Wezmę swój zeszyt rozterek i napiszę w nim wszystko to, co mnie trapi-przynajmniej ochłonę, dojdę do siebie, a nóż rozum mi wróci. Tak, tak, bo pod wpływem tracę rozum, zresztą każdy. Kiedy zalewają nas emocje, nie potrafimy myśleć logicznie. Dlatego potrzebujemy ochłonąć i każdy zapewne ma na to swój własny pomysł. Oby był on taki, by nie krzywdził NIKOGO: ani siebie, ani drugiego.

Jeszcze jedna STRATEGIA: modlitwa, oddanie wszystkiego tego, co się dzieje Bogu. Skupienie się na rozmowie z Panem, daje nam czas na kontakt z własnym wnętrzem, z duchem mieszkającym w nas. To kolejny sposób, by ochłonąć i odnaleźć siebie, by dać sobie empatię i być może proces poszukiwania strategii, będzie łatwiejszy.