Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak traktować dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak traktować dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 maja 2022

Z cyklu "Zeszyt rodzica" list do maturzystki

 Co tu powiedzieć swojej Maturzystce, by było to od serca? 

Powiedzieć warto to, właśnie prosto z serca. Warto przypomnieć sobie swoją maturę i to jak się wtedy czułam, jakie mam wspomnienia, co było dla mnie ważne, jak to wpłynęło na to kim jestem dziś. 

I życzyć właśnie pięknych wspomnień, dobrego czasu i tego, by to, co się wydarzy w te najbliższe dni zaprowadziło Maturzystów i Maturzystki do miejsca, w którym będą szczęśliwi.

Miałam to wczoraj w głowie, kiedy poszłam do córki, by jej to powiedzieć. Miałam też mnóstwo wzruszenia w sercu i bałam się, że coś pomylę, zapomnę, że wyjdzie nie tak, jakbym chciała. No, ale poszłam. Nie było jej w pokoju, a nawet w domu. Może i dobrze, bo wracając, wpadłam na pomysł, że napiszę to, co mam w sercu, na ładnym papierze. Potem pomyślałam, że zawiążę na kartce wstążkę. A na koniec zdecydowałam, że dodam do tego prezentu kwiatek. 

Poszłam do ogrodu, by poszukać wyjątkowego, pięknego, wiosennego kwiatka, który będzie pasował do moich słów, życzeń, do dobrej energii, którą chcę jej posłać. 

Znalazłam coś wyjątkowego, co bardzo się jej spodobało. 

Przeczytała w milczeniu. Patrzyłam we wzruszeniu. Stałyśmy w cichym uścisku naszych serc i ciał. Już nic nie trzeba było mówić. Choć było kilka słów o tym, że to piękne, wzruszające, wyjątkowe, o tym, że jest to dla nas ważne, że jesteśmy wdzięczne za to, że jesteśmy, że dana jest nam ta chwila. 



Następnego dnia moja koleżanka napisała: 

"(...) Ważne byśmy rozkwitali jako ludzie.

Nie dajcie sobie wmówić, że wynik na maturze świadczy o Was. Nie jesteście procentami. Tak jak nie jesteście czerwonym paskiem. Jesteście kimś znacznie więcej.
Rozkwitajcie dziś, juto, pojutrze i każdego kolejne dnia.
Dobrego dnia Maturzystki i Maturzyści."

Dołączam się do tych słów, które są mi niezmiernie bliskie.

Jesteśmy kimś znacznie więcej. ROZKWITAJMY!

poniedziałek, 24 maja 2021

Wydajemy płytę od dzieci dla dzieci

Fundacja Braci Golec, w której pracuję, chce pomóc spełnić marzenia swoich podopiecznych i wydać płytę z góralskimi melodiami. I to będą melodie od dzieci dla dzieci.

Nasi uczniowie chcą wydać płytę! 📀





A Wy razem z nami możecie spełnić marzenie dzieciaków i młodzieży z Beskidu Żywieckiego! Zakończyliśmy już nagrania do nowej płyty, na której znajdą się tradycyjne melodie dziecięce i wyliczanki. 🎻




Teraz zbieramy fundusze na jej wydanie. A tu możecie dołożyć swoją cegiełkę:


Wspierając nasz projekt pomagacie zrealizować wielkie dziecięce marzenie. Możecie mieć w tym swój udział. Dołożyć cegiełkę nie tylko do realizacji tego projektu, ale dopingować dzieciaki w ich muzycznej pasji i zarażaniu nią innych. Bo ta płyta będzie od dzieci dla dzieci.

 


środa, 1 lutego 2017

Jak mówić do dzieci?

Jak mówić, by dzieci nas słuchały?

To pytanie spędzało mi kiedyś sen z powiek. Zdarza się, że nadal je sobie zadaję i szukam najlepszej formy komunikacji, też po to, by dzieci chciały słuchać i mnie. Ta dobra komunikacja i bliskość, zrozumienie i łatwość jest dla mnie ważna. Chodzi mi o to bym jako mama była brana pod uwagę i by brać pod uwagę dziecko.

Obie strony są dla mnie ważne. Chcę wiedzieć o co i mnie i im chodzi, chcę by moje potrzeby i dzieci były równie ważne, zauważone i wzięte pod uwagę też wtedy, kiedy nie mogą być spełnione.

Mogę więc posłuchać dziecka, któremu podoba się zabawka w sklepie, ale nie muszę jej od razu kupować. To, że biorę pod uwagę, to, że dziecko jej chce, nie znaczy, że ją kupię.

Mogę też nie chcieć tego słuchać, być zmęczoną, chcieć zrobić szybko zakupy i z łatwości i bez wstydu wyjść ze sklepu. Dlatego czasami trdno mi znaleźć przestrzeń na słuchanie dziecka, które akurat chce powiedzieć, że jakaś zabawka bardzo się mu podoba i mówi to poprzez zdanie:

"mamo kup mi ją"

Zamiast więc narzekać na dziecko lub je straszyć, mówię, że dziś czuję się bardzo zmęczona, chcę szybko zrobić zakupy i z łatwością wyjść ze sklepu. I tak, mówię to nawet do dwu-trzy latka, który zapewne się ze mną nie zgadza, bo ono akurat ma inną potrzebę: chcę bym go wysłuchała, zachwyciła się nową zabawką, wzięła do ręki, a najlepiej do domu.

Lepsze to niż straszenie karą, mówienie do dziecka, że jest niegrzeczne lub przekupywanie go.

Warto dziecko traktować poważnie, mówiąc mu np.

Widzę, że ta zabawka bardzo Ci się podoba i ją chcesz kupić. Chcę, żebyś posłuchał czegoś co jest dla mnie ważne. Czuję się już dziś bardzo zmęczona. Chcę już wrócić do domu i dlatego mam prośbę:

odłóżmy już zabawkę i chodźmy do domu. Co Ty na to?

Może dziecko zechce ją mieć jeszcze na czas aż dojdziecie do kasy i tak się umówicie, że tam ją odłoży. Może zapytasz, co on na to, by w domu pomyśleć, czy tą zabawkę na pewno chce. Może jeszcze coś innego?

Jedno co jest dla mnie ważne i o co chcę siebie sama prosić, to to, bym pamiętała o tym by mówić o sobie, o tym co czuję, czego chcę, o tym by brać też pod uwagę dziecko czy innego człowieka. Wtedy mam większą szansę na uniknięcie ocen, nieprzyjemnych epitetów, podniesionego głosu czy nawet krzyku.

Kidy mówię o sobie i swoich potrzebach zwiększam szansę na kontakt i bliską relację w zamian za dystans, zerwane relacje, oceny, osądy, kary, przekupstwa, groźby.

Może dzięki temu uniknę takich raniących słów jak:

jesteś niegrzecznym dzieckiem

- w zamian mówię: "Chcę łatwo i szybko zrobić zakup"
 
przestań bo dostaniesz karę
- w zamian mówię: "Chcę, żebyś teraz popatrzył na mnie"


już nigdy nie wezmę Cię do sklepu
 - w zamian mówię: "Jest mi bardzo trudno, chcę już wyjść i powiem Ci dlaczego nie kupimy tej zabawki"

czwartek, 13 października 2016

Twoje dziecko Cię nie słucha?

Dziecko Cię kompletnie nie słucha? Nic do niego nie dociera. Mówisz i mówisz i nic i tak "w koło Macieja". Masz już dość, zaczynasz się denerwować, złościć, podnosisz głos albo wpadasz w szał i krzyczysz jak opętany/a. Wylewasz z siebie żale, nagromadzone od roku. Zrzędzisz, marudzisz i zatrzymać się nie potrafisz.

Dzieciak wychodzi, zamyka się w pokoju, chowa pod kołdrą, płacze lub rozpoczyna z Tobą walkę, buntuje się, krzyczy, tupie nogami.

Po chwili emocje opadają. Zarówno Twoje jak i dziecka. Przepraszasz, ono może też. Dziecko szybko zapomina, a Ciebie może męczą wyrzuty sumienia przez kolejnych kilka dni. Bo obiecałaś sobie nie krzyczeń, nie prawić kazań no i co? Nie dałaś rady. Nie wiesz co robić. Czujesz się beznadziejnie, obwiniasz się, że jesteś beznadziejną mamą. Zastanawiasz się jak do tego doszło. Rozkminiasz jak tego następnym razem unikną, tym bardziej, że to już może być wieczorem podczas pory kładzenia dzieci spać, albo najpóźniej jutro rano. Znów będziesz się spieszyć do pracy, myśleć o wszystkim, a malec czy starszak będzie z głową w chmurach.

Chcesz o tym komuś opowiedzieć, zapytać co robić, szukasz pomocy i zrozumienia. Oceniasz siebie i dziecko.

I dobrze, o ile te oceny POWIĄŻESZ Z POTRZEBAMI! Wtedy możesz powiedzieć dziecku:

"Kiedy oglądasz bajkę i nie odpowiadasz na moje pytania, to jest mi smutno, bo zależy mi, żeby każdy był wysłuchany."

W takiej sytuacji OCENIAM bodziec zewnętrzny, czyli oglądanie bajki, jako coś nieprzydatnego do zaspokojenia mojej POTRZEBY BYCIA WYSŁUCHANĄ, bo chcę być w kontakcie z dzieckiem, chcę nawiązać z nim relację, chcę się o niego zatroszczyć. Takie oceny, taki język daje OBFITOŚĆ życia, wzbogaca nas, daje szansę na wzięcie pod uwagę potrzeb wszystkich jednocześnie.

OCENY, które nas od siebie oddzielają, to OSĄDY, które słychać w takich zdaniach:

"Kiedy oglądasz bajkę i nie odpowiadasz na moje pytania, jesteś niemiły i chyba chcesz, żebym ja też dla Ciebie taki był."

Jakiekolwiek zdanie by nie padło, to warto pamiętać, że robimy to, co w danym momencie mamy najlepszego i najpiękniejszego do wyboru, do dyspozycji i do dania sobie i innym. Wybieramy to, bo

CHCEMY ZASPOKOIĆ WŁASNE POTRZEBY a NIE OGRANICZAĆ POTRZEBY INNYCH.

Jeśli zauważamy, że nasz wybór  jest trudny do zrealizowania, że mimo działać nie dostajemy tego, o co nam chodzi możemy poszukać innych rozwiązań.

Czasami jest tak, że krzykiem wymusimy na dziecku słuchanie, czyli nasza potrzeba bycia wysłuchanym jest zaspokojona, ale potrzeba bycia w relacji już nie. Takie słuchanie jest wymuszone, więc nieautentyczne. Tego w chwili wyboru krzyku jako strategii na bycie usłyszanym nie wiedzieliśmy. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, by się o swoje potrzeby zatroszczyć. I to właśnie jest piękne, bo i tak nic innego do dyspozycji nie mieliśmy Mimo wszystko, że nasz wybór jednak okazał się oddalający nas od potrzeb.

Zamiast więc rozpaczać nad rozlanym mlekiem, warto wyciągnąć z tego pozytywne wnioski, że całe zdarzenie to okazja do rozwoju, do nauczenia się czegoś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy. Mogę więc, zamiast się obwiniać, wziąć odpowiedzialność za swoje uczucia.



Wiem, że moje działanie mnie nie przybliżyło do zaspokojenia potrzeb ani moich, ani dziecka. Dostrzegłam to, więc mogę świętować to, że jestem w stanie teraz to zobaczyć, że jakieś moje zachowanie, jakiś sposób komunikowania nie pozwala mi i innym iść dalej. Widzę w tym SZANSĘ na naukę, na mój i innych rozwój, bo przecież dzieci biorą ze mnie przykład, naśladują.

Mówię więc:

"Kiedy tak krzyczałam, to poszedłeś do pokoju i zrobiło Ci się smutno? Nie lubisz, kiedy krzyczę? Wiesz, teraz wiem, że wolałabym to powiedzieć inaczej. Na przykład tak:

Kiedy oglądasz bajkę, to jest mi trudno się z Tobą rozmawiać, a zależy mi na tym, by każdy w naszym domu był wysłuchany. Czy takie zdanie jest dla Ciebie lepsze?"

I tyle. Jest to więcej niż PRZEPRASZAM. Mówiąc "przepraszam" zazwyczaj kusiło mnie, by powiedzieć coś jeszcze, prawić dalej kazania, że jakie to dziecko jest okropne, bo nie chce mnie słuchać, Skupiałam się na wadach dziecka (tym samym kodując mu w głowie te wady i powodując, że zaczyna w nie mocno wierzyć) i uciekałam od swojego smutku i potrzeby bycia usłyszaną.

A przecież potrzeby każdego są ważne, rodzica również.

piątek, 15 kwietnia 2016

Dziecko w szpitalu

Ostatnio piszę sporadycznie, ponieważ moje zdrowie troszkę szwankowało. Kiedy dochodziłam do siebie, próbowałam wyprowadzić dom na prostą, a że wiosna mnie goniła, to i ogród i rabatka warzywna też domagała się ogarnięcia. Tak więc pośród różnych czynności wybierałam to co było w danym momencie dla mnie ważna, pilne itp. tak więc na pisanie już przestrzeni zostawało niewiele.

Dziś jednak wydarzyło się coś wyjątkowego, co wywołało u mnie sporo refleksji, którą się chcę podzielić, bo może komuś się to przyda. A chodzi o to co robić, a właściwie co ja staram się robić, kiedy trafiam z dzieckiem do szpitala.

Nie udaję, że nic się nie stało.
Nie namawiam, by dziecko było dzielne, by wytrzymało, by nie płakało.

PRZYTULAM
i
SŁUCHAM, pozwalam się wyżalić, wypłakać, jęczeć, choćby mi to w jeździe samochodem przeszkadzało. Całe 25 minut do szpitala. Mówię cierpliwie ile czasu jeszcze pojedziemy i tak co minutę.

Przytakuję i mówię:

"słyszę, że Cię boli, że się boisz, że nie wiesz jak to będzie, że się martwisz"

Zapewniam, że będę z dzieckiem, że nawet jeśli zostaniemy na noc, to ja zostanę z nim, na całą noc. Mówię, że nie wiem co będzie, co powie lekarz, ale ja będę z nim.

W międzyczasie i w chwilach wyciszenia, pytam jak to się stało. Rozmawiamy przez chwilkę o czymś innym, po czym znów wracamy do gwoździa programu: płacz, wycie, ból. Dojeżdżamy.



Efektem takiej postawy był spokój dziecka na izbie przyjęć i ani jednej łzy, nawet gdy lekarz dotykał bolącego ciała.

Jasne, że dzieci są różne i być może z innym dzieckiem nie byłoby tak łatwo, pomimo okazania mu wcześniejszej empatii. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby dziecko wrzeszczało w niebo głosy jeszcze w szpitalu. Jak doświadczę, to się podzielę. Chcę pamiętać, że to, co dzieje się z dzieckiem jest ważne i jeśliby płakało w gabinecie, to chciałabym umieć mu okazać zrozumienie, co być może pomogłoby w nawiązaniu z nim kontaktu.

Jeśli ja usłyszę dziecko, to jemu łatwiej będzie usłyszeć mnie samą.

środa, 2 marca 2016

Wyjątkowa mama

Taki zwyczajny poranek. Jem śniadanie. Nie przepraszam, to chyba jednak nie było tak jak zazwyczaj. Dziś wyjątkowo przy śniadaniu przeglądałam książkę w poszukiwaniu konkretnego rozwiązania. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, ku mojemu głębokiemu wzruszeniu, odnalazłam małą, żółtą karteczkę, a na niej kilka słów od córki.

Z jednej strony podziękowania za to, że piorę jej ubrania, gotuję i jeżdżę z nią do szkoły i kościoła. Kartka sprzed kilku lat. Uśmiech na mojej twarzy i uczucie radości żywe właśnie dziś, tu i tera, też kiedy to piszę. Zwłaszcza, że wczoraj natknęłam się na podobny list, od tego samego dziecka, znaleziony podczas porządków w szafce pod umywalką. Tak po prostu, w łazience. Dlaczego tam? Może dostałam go właśnie podczas prac domowych i zabiegana wsunęłam do półki razem z klamerkami, by wczoraj go dostać ponownie. By znów się wzruszyć, poczuć radość i wdzięczność, nie tylko za zwyczajne prace domowe, ale także za wysiłek jaki włożyłam w swoją zmianę.

ZMIANA

Zmianę, która była też dla nich. Zmianę, która jest dla NAS, dla naszych pięknych, trwałych więzi i budowania codziennych prawdziwych relacji, w których każde uczucie jest ważne i dla każdej potrzeby znajdujemy czas, by chociażby się jej przyjrzeć i postarać się ją kiedyś spełnić.

Ta zmiana spowodowała, że nauczyłam się mówić dzieciom, że są wyjątkowe, niepowtarzalne i kochane za to, że po prostu są. Kiedyś myślałam, że wystarczy, iż ja to wiem, a dzieci będą to czuły. Może tak, a może warto to od czasu do czasu im to powiedzieć. Ja się ucieszyłam, kiedy ten list dostałam i dziś ponownie, gdy go w zakamarkach książki odnalazłam. Dlatego myślę, że i oni się cieszą, kiedy takie ode mnie dostają. Przechowują je jako cenne skarby w pudełkach, pamiętnikach, albo pod poduszką. Są więc dla nich dość wartościowe. Dodają sił, budują poczucie własnej wartości, cieszą, czy pocieszają w trudnych chwilach.

Jak dobrze, że wpadłam na pomysł pisania krótkich liścików do dzieci. Na kolorowych karteczkach, małych kwadratowych lub w kształcie serduszka, a czasami na kartce w kratkę.Już od dłuższego czasu nic nie napisałam. Może dziś to zrobię, by powiedzieć im co czuję.

Każda mama jest wyjątkowa i niepowtarzalna, tak jak każdy człowiek i to dlatego, że po prostu jest. Bez oceniania, bez wyliczania zasług, wad czy zalet.Wyjątkowa to nie znaczy lepsza, a po prostu inna, niepowtarzalna. Dla dziecka wieź z rodzicem jest nie do zastąpienia  i choć nasze zachowanie ma znaczenie to ten rodzaj miłości jest, warto by był, bezwarunkowy. To nie znaczy, że mam się na wszystko godzić i przymykać oczy na to, co mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Otwieram oczy, przyglądam się temu,co się dzieje, rozmawiam, szukam drogi, po której mogę iść z przyjemnością zarówno ja jak i drugi człowiek



środa, 10 lutego 2016

Odbudować relacje

Czasami bywa tak, że rodzeństwo ma ze sobą nie po drodze. Kłócą się, sprzeczają, szturchają, obrażają, a możne nawet biją. Dla nas dorosłych staje się to uciążliwe, bo chcemy by między nimi była zgoda, by panowała harmonia i wzajemny szacunek, no przynajmniej tak w 80%. Zaczynamy się zastanawiać co się dzieje, co sprawia, że akurat teraz jest im trudniej się dogadać. Chcemy im pomóc odzyskać wzajemne bliskie relacje, obudować między nimi kontakt.



Nie, nie tak

Nawykowo więc sięgamy po upominanie, krytykowanie jednego czy drugiego, nakazujemy, by zachowywały się tak jak my chcemy, czyli jak to według nas powinno wyglądać. Cel zaczyna uświęcać środki.Zapominamy, że mamy do czynienia z człowiekiem i wrzucamy go w schemat niemądrego, niedoświadczonego dziecka, które nie wie jak się zachować, dlatego my mądrzejsi rodzice mu powiemy i wyegzekwujemy co trzeba. No i to nie działa. Dzieci kłócą się jeszcze bardziej i w dodatku tracą kontakt z rodzicami, zostają na polu bitwy same, niewysłuchane, niedostrzeżone, nieakceptowane, bezradne.

 
To jak?

Odpowiedź jest prosta i zaraz ją podam. Jednocześnie dodam, że dla mnie samej bywa trudna do zrealizowanie. Trudna, ale wykonalna. Wypróbowałam takie działanie wiele razy i za każdym razem pomogło, co oczywiście i niestety nie skasowało dziecięcych kłótni raz na zawsze. Szkoda! Takie życie - wymaga od rodziców nieustannej kreatywności, która możliwa jest tylko i wyłącznie wówczas, kiedy rodzic potrafi o siebie samego się troszczyć, dbać i nie odstawia siebie i swoich potrzeb na szary koniec.

A więc to, co nam pomaga to zwyczajne słuchanie każdego uczestnika konfliktu. Bycie mediatorem, albo cierpliwym słuchaczem tych awantur. Jasne, że wkraczam gdy dochodzi do rękoczynów. Rozdzielam z troską i miłością, a nie złością, bijące się rodzeństwo. Taki ideał - komu się uda, temu lżej na sercu. Trening czyni mistrza, ale mistrz nie może iść na emeryturę i zakończyć kariery. Nic z tego.

Rodzic mediator

Rodzic mediator powie:

"widzę, że macie jakiś problem. Co się dzieje?"
i słucha jak to jeden przez drugiego wykrzykuje swoje bóle, że:
  • on to zawsze...
  • a ona to nigdy...
  • bo on mnie nigdy nie słucha
  • a ona to zawsze mnie bije
  • to oni na mnie cały czas krzyczą i dlatego ja teraz nie podam jej tego plecaka itd, itp.
Czasami mediator/słuchacz dodaje:

  • aha, jesteś wściekły
  • jest Ci smutno, bo chcesz, żeby Ci pomagano
  • jesteś zły, bo chcesz, żeby mówiono do Ciebie spokojnie
Czekam i słucham, aż wyraźnie się dzieciaki rozluźnią. Zobaczę uchodzące z ciała napięcie, a nawet usłyszę "uff"czy dostrzegę ulgę, bo na przykład zaczną się uśmiechać.

Inny sposób

Zauważyłam, że bardzo pomocne w radzeniu sobie z rodzeństwem bywa wysłuchanie i danie empatii każdemu dziecku z osobna. Znajduję odpowiedni czas i miejsce zapewniające prywatność, by w 100% wsłuchać się w trudne emocje, jakie dzieciaki noszą w sobie i przeżywają w związku z relacjami z bratem czy siostrą. Bywa, że wtedy "wychodzą na jaw" i inne niełatwe sprawy związane na przykład ze szkołą, z kontaktami z kolegami czy inne. Takie wysłuchanie i pozwolenie dziecku na wypłynięcie jak z wulkanu nagromadzonych uczuć i spróbowanie poszukania potrzeb jakie za tymi emocjami są, bardzo wzmacnia dziecko, uspakaja je, daje siłę do pokonywania życiowych trudności. Wówczas kłótnie z rodzeństwem są jakby łagodniejsze. Może nie znikną od razu, ale nie chodzi o to, by zniknęły, choć jest to może marzenie niejednego rodzica, ale o to, by umieć je konstruktywnie rozwiązywać.

Tak więc, to co mogę dziecku dać to:
  1. empatia, słuchanie, akceptacja trudnych uczuć
  2. wspólne poszukanie potrzeb, znalezienie tego, o co dziecku chodzi (czy może chce umieć się z rodzeństwem dogadać, chce, by oni czasami go wysłuchali, pomagali mu itp.)
  3. zainspirowanie do znalezienia sposobu na otrzymanie tego, czego dziecko potrzebuje (no. pytając dziecko czy teraz ma jakiś pomysł co zrobić, a jeśli nie, to można zapytać "a co Ty na to, by ...." i tu dopiero zaproponować nasze rozwiązanie, pamiętając, że dziecko ma prawo go nie zrealizować
 Najważniejsza jest moja obecność i szczera chęć wysłuchania, nawet jeśli nie znajdziemy od razu rozwiązania, to dziecko wie, że jest dla mnie ważne ze wszystkim co czuje i czego potrzebuje. Samo dostrzeżenie jego przeżyć i potrzeb jest bardzo dla niego ważne. Na dany moment ważniejsze niż konkretne rozwiązanie. Na sposoby i strategie może przyjść czas ciut później.

sobota, 24 października 2015

Wdzięczność

Czuję wdzięczność za kilka rzeczy i o nich chcę dziś pamiętać.

Chcę pamiętać o tym, że dzieci chcą spędzać czas z rodzicami

Dzieciaki uwielbiają jeździć z nami na wycieczki. Ostatnio o tym właśnie ze sobą rozmawiali: ż najfajniej jest wtedy kiedy jedziemy razem z rodzicami na wycieczkę, chociażby taką rowerową, po okolicznych łąkach i lasach.

Osobiście moje najlepsze wspomnienia z własnego dzieciństwa to:

narty z tatą
wyjazd do Zakopanego z całą rodziną
spacer w objęciach taty
wigilja z mamą, tatą i siostrami
roześmiana twarz mamy i taty
wakacyjna wyprawa nad rzeka z radosną babcią
spacer po lasie z dziadkiem i zbieranie grzybów

 

O tym, że nastolatki potrzebują naszej bliskości, przytulania i nie ma co im mówić "a Ty to taki duży kawaler/panna i nadal się przytulasz". Ja już zaczynam tęsknić za nieustannym oblepianiu mnie przez dzieciaki, a konkretnie przez to najstarsze, więc tym bardziej cenię sobie te chwilę, kiedy przychodzi ono do mnie samo i spontanicznie się przytula. Czasami chce obok mnie posiedzieć, posłuchać o czym rozmawiam z kimś bliskim, obejrzeć razem film, poleżeć ze mną wieczorem w łóżku, porozmawiać o szkole, właściwie posłuchać jak to było za "moich czasów". Właśnie dziś był dla mnie ten cenny czas - dobry dzień. Najpierw uściski ofiarowane mi zupełnie mimochodem w kuchni. Później żarty, bo moja prawie 12-latka na bujanym koniu gdzieś galopowała, a ja tą moją księżniczkę pytałam gdzie tak pędzi. Bez krytyki, że niby za duża, za to z dużą dozą humoru, dosiadłszy się do niej pocwałowałyśmy w świat fantazji i radości. Na koniec dnia leżała w moim łóżku, podczas, gdy ja pisałam opowiadanie o rowerzyście i jego rozbitej głowie. Leżała i czytała, aż w końcu zasnęła. I za ten czas z nią - dziękuję.

O tym, że śmiech i humor bardzo jest potrzeby

Młodsza od kilku dni urządza nam domowe koncerty. Dziś pod prysznicem była kocia muzyka i całe mnóstwo innych stworów i potworów, a publiczność biła brawo i wykrzykiwała zachwyty,ochy i achy. A w łazience był tylko jeden człowiek. Za drzwiami, w pokoju obok: ja i jej brat, z życzliwym i serdecznym uśmiechem na twarzy komentowaliśmy, że nasza artystka ma udany koncert. Weszliśmy więc oboje na łazienkowe salony, by ją uściskać.

O tym, że czas płynie, że się zmieniamy

O tym, że jak się ma dzieci w wieku powyżej 8 lat, to dzikie harce z siostrzenicą-trzylatką mogą sprawić frajdę, że zabawa z takim maluchem, to jakby wspominanie czasów, kiedy nasze maluszki miały te 2, 3, 4 lata. Z nostalgią, ciepłem na sercu i chęcią zabawy rozkładam puzzle, zjadam obiad na niby, buduję domek. Z radością nastawiam plecy, by siostrzenica mogła na nie wskoczyć. Robię to i czuję jak wielką frajdę mi to sprawia, jak dobrze jest czuć się kochanym i dawać miłość i ciepło. Każdemu tak jak tego potrzebuje. Inaczej trzylatce, inaczej tym starszym.



Już, po trochu, zapominam jak to jest mieć maluszki w domu. Dlatego uwielbiam, kiedy pojawiają się w nim jakieś siostrzane. Wspomnienia zaczynają się odświeżać, pojawia się wdzięczność i okazja, by docenić ten przeszły czas, by powspominać i dostrzec jak ważne jest TU i TERAZ - by znów dać na maxa i w 100% swego serca. By być z tym drugim mniejszym człowiekiem w pełni, bez telefonu, bez innych zajęć, bez rozmów z innymi. Dziś nawet trzylatka zamykała mi usta,gdy chciałam coś powiedzieć jej mamie, bo chwilę wcześniej rozpoczęłyśmy wspólne malowanie i ta rozmowa mnie od zabawy zwyczajnie odciągała. To było dla mnie jasna prośbą "ciociu! Pobaw się teraz tylko ze mną".

środa, 14 października 2015

Mamo. Nie lubię, kiedy...

Czasami warto sobie przypomnieć wartości, którymi chcę żyć. Wydaje mi się, że kiedy dzień zacznę od takiego nastawienia się na otwartość, życzliwość, bycie darem dla drugiego, na odpowiedzialną miłość to potem jest mi łatwiej, no przynajmniej na kilka chwil, godzinę, dwie, może nawet cały dzień. Takie ładowanie baterii konieczne jest nawet kilka razy w ciągu dnia. Bywa, że coś przeczytam lub usłyszę, co właśnie mi przypomina, o tym co jest dla mnie ważne i czym się chcę kierować.
Wówczas....

UCZĘ SIĘ POKORY

Czyli otwartości na usłyszenie, zobaczenie własnej słabości i gotowości do podjęcia zmiany na lepsze - małymi krokami.

Jeśli więc coś nie idzie, np. relacje z dziećmi czy mężem się nie układają tak jakbym chciała, to szukam odpowiedzi na pytanie o co chodzi. Czytam, serfuję, słucham różnych konferencji, pytam innych jak sobie radzą. To mnie otwiera na różne strategie i później łatwiej jest mi usłyszeć, na przykład ośmioletniego chłopca, którego jestem mamą.

A usłyszałam od niego:

"Mamo, nie lubię, kiedy tak do mnie mówisz"

Odpowiedziałam mu:

"Dzięki, że mi to mówisz. Czasami się zapominam i robię coś, czego wcale robić nie chcę" 

(to znacznie lepsze niż zwykłe przepraszam, albo, co gorsza, upomnienie dziecka, że tak nie wolno się do mamy zwracać)

Wracam wtedy rutynowo do działania z autopilota: bez namysłu, bez świadomości, z łatwością sięgając po to, co pierwsze się podpowiada. Są to rzeczy narosłe we mnie przez lata. Zachowania, które skupiają się na udowadnianiu RACJI, a nie budowaniu RELACJI. Bo budowanie relacji wymaga ode mnie czasami wysiłku, choć nie zawsze. Są we mnie też takie rutyny, które te relacje doskonale budują, których zdążyłam się nauczyć, choć stosuję je od nie dawna. To, co nowe, wymaga powtarzania, cierpliwości i życzliwości.

O RODZICIELSKICH KAZANIACH

Dlatego jestem wdzięczna, za to, co usłyszałam od syna. To bardzo mi pomaga hamować się w narzekaniu, marudzeniu, upominaniu. Czasami wystarczy też mina dziecka, któremu, w dobrej przecież wierze, prawię kazanie. Jak trudno jest się powstrzymać. Dzięki, że jest mowa ciała, które bez słów mówi:

"Mamo, nie lubię, kiedy tak mówisz"

Jako dziecko bardzo tych kazań nie lubiłam i nadal za nimi nie przepadam, choć teraz sobie z nimi radzę. Jeśli więc mam ochotę prawić kazani i nawet jestem w trakcie, to dziś już potrafię się zatrzymać, przestać gadać a zacząć myśleć co zrobić, by było mi i im łatwiej. Co ja mogę zrobić, jak zmienić daną sytuację, a nie drugiego człowieka. Jak ja mogę zmienić swoje zachowanie? Jak wzbogacić relację z drugim: z mężem czy z dzieckiem. Co zrobić takiego, co mi da radość i wzbogaci drugiego?

POD GÓRKĘ



Bywa jakby pod górkę - ciężko i męcząco. Dobrze, że choć widok z góry może być imponujący. Dlatego próbuję....Czasami popełniam błędy i znów coś modyfikuję, poszukuję i znów próbuję. Coś działa dzień, dwa, czy tydzień i zaczyna się wszystkim nudzić, więc znów poszukuję i próbuję, starając się przy tym cieszyć tym, co mnie spotyka, lub przynajmniej przyjmować to, co trudne, by wyciągnąć z tego maksimum korzyści. Bo warto i już.

środa, 1 lipca 2015

Ty nie prosisz tylko rozkazujesz!

Skąd wiem, czy moje słowa to prośba, czy już żądanie?



Po pierwsze: po mojej reakcji na usłyszane NIE
Po drugie: po reakcji proszącego

Tak ostatnio mam pod górkę z samą sobą. Dużo chcę no i żądam, nie chcę słyszeć NIE, ZARAZ, ZA CHWILĘ, POTEM, NIE TERAZ. A kiedy żądam, to jest mi jeszcze trudniej, bo tym bardziej nie dostaję tego, czego potrzebuję i błędne koło się zamyka. Potrzebuję pomocy, współpracy, wspólnej troski o dom, o porządek, dbałości, czystości. Przy dużej rodzinie, taka potrzeba jak porządku, czystości i spokoju często jest niezaspokojona. Chcę o nią prosić, a nie żądać jej, bo zależy mi też na szacunku, jakim pragnę darzyć moje dzieci i męża. Bo zależy mi na życzliwości,trosce i wzajemnym braniu się pod uwagę.

No ale jak już pisałam wyżej, nie prosiłam a żądałam. Czuję to ostatnio dość często, a więc wyskakuje ze mnie rutyna, sięganie po wyuczone, automatyczne reakcje, trochę nieświadomie, co wcale mnie nie usprawiedliwia. W ogóle tego nie zauważyłam, że sama sobie w kolano strzelam, że to ja jestem nieszczęśliwa, że to ja chodzę sfrustrowana, że to mnie jest ciężko i nie mam pojęcia co się dzieje.

Na szczęście Bóg otworzył mi oczy i posłużył się do tego niespełna trzyletnią siostrzenicą. A historia była taka:

Sfrustrowana porozrzucanymi w przedpokoju butami krzyczę, udając, że proszę:

"Proszę tu przyjść i powkładać buty do szafki"

 Najstarsza latorośl, zajęta czymś, wychyla się z pokoju i mówi: "za chwilę tylko...."

Nie zdążyła dokończyć, kiedy rozwścieczona "matka wariatka" krzyczy: (na szczęście nie z całą mocą-albo tak jej się wydaje)

"nie za chwilę, tylko teraz" - toż to ewidentny rozkaz. Cud, albo wstyd, że przyszli to posprzątać! Przyszła też i ta trzylatka, która akurat była u nas z wizytą i do której ten komunikat nie był wysyłany, bo czasami, a może i zawsze, mam w sobie takie podejście, że gościom to butów nie będę rozkazywać sprzątać, ale własnym dzieciom to jak najbardziej. Aż wstyd o tym pisać! No i ten najmłodszy, zastraszony najwyraźniej uczestnik całej akcji, popatrzył na mnie przerażonymi oczami i włożył buciki do szafki. Już mnie zaczęło sumienie ruszać, że być może za ostro, że obciach straszny, bo wrzeszczę jak potrzepana, bo rozkazuję i w ogóle nie mam zamiaru prosić i niechby ktoś, to znaczy moje dzieci oczywiście, bo nikt inny, spróbuje powiedzieć NIE.

Nagle wchodzi z wizytą koleżanka córki i zdejmuje buty. Nasza bohaterka, trzylatka, zabiera buty koleżanki i mówi:

"tu nie. Siosia wrrrr" i na jej twarzy pojawia się mina złowrogiego lwa. Po czym buty koleżanki trafiają do szafki.

Nic dodać nic ująć. Podsumowała mnie kapitalnie i dzięki jej za to, bo teraz widzę dość jasno, że wcale nie prosiłam, a żądałam, a moje dzieci mają już tego serdecznie dość.

Nie przestanę prosić. Przestanę żądać. Zacznę wyrażać siebie, do znudzenia własnego, albo wpadnę na jakiś inne, kreatywny, szanujący sposób dialogowania. Coś czuję, że czeka mnie moc pracy, nad sobą, swoim mówieniem, wychowywaniem siebie - jak dostać to, czego potrzebuję, nie uciekając się do gróźb?

To, co już kiedyś działało: zmiana własnego myślenia! Dzieci nie robią mi na złość tymi butami. Zwyczajnie zapominają. Czasami tak jak ja, mają zajęte ręce i nie są w stanie włożyć od razu butów do szafki, a potem coś ich pochłania i buty zostają na podłodze. Czasami, tak jak ja, są zmęczeni i nie mają siły ich schować. Innym razem zwyczajnie się im nie chce - jak mnie. I tyle. i ja nie jestem idealna. I ja zapominam - wczoraj na przykład zapomniałam zabrać z podwórka swoich ubrań: bluzy, koszulki, rękawiczek ogrodowych.Wszystko na noc zostało na płocie. Na szczęście nie padał deszcz. Dzieci też zapominają, tyle, że im bym powiedział: "no jak zwykle, znowu zapomniałaś, no jak mogłaś, a jakby zmokło?" Dziś już tak nie mówię. Buduję w swojej głowie nowe zdania: "aha, no zdarzyło się i tyle" i nie mam do nich, ani siebie żalu, czy pretensji. To pokazuje mi, że ani oni, ani ja nie musimy być idealni. Możemy każdego dani stawać się lepszymi, rozwijać się, pracować nad sobą, zmieniać to co niszczy na to co buduje.

Nie mówię im przepraszam. Mówię:

"Hmm, kiedy tak wrzeszczałam o te buty, to było wam smutno, a może nawet się wściekaliście, bo chcecie bym zwyczajnie poprosiła i wzięła pod uwagę to,co akurat robicie, bym może poczekała, bym przypomniała, bo czasami się zapomina?"

"Nooo"

"No cóż, teraz to widzę i zależy mi na tym, by prosić tak, by was szanować. Czasami mi nie wychodzi."

Nic. Cisza. Robią swoje, a mnie jest na sercu lżej, bo z pokorą się czegoś nowego o sobie dowiedziałam i mam szansę na zmianę na lepsze.

wtorek, 23 czerwca 2015

Życzliwością

Życzliwością, troską, wewnętrznym pokojem serca, zainteresowaniem, dbałością o swoje potrzeby, wartości i o to na czym mi aktualnie zależy, mówieniem TAK kiedy sercem czuję TAK lub NIE, kiedy czuję NIE, a czasami może nawet NIE WIEM - chcę się zastanowić.



Z takim nastawieniem chcę podchodzić do siebie i drugiego człowieka. Daję sobie radę wtedy, kiedy NAD SOBĄ PRACUJĘ, kiedy staram się każdego dnia zmieniać na lepsze, rozwijać, poprawiać to, co poprzedniego dnia, przed chwila nie wyszło tak, jakbym chciała. W tym procesie nie ma miejsca na użalanie się nad sobą. Oczywiście pojawiają się wyrzuty sumienia, poczucie winy i dobrze! Jednocześnie trwa ono chwilę, bo dzięki uważności skupiam się na tym, skąd to poczucie winy się bierze, czego ja potrzebują.

Kiedy odkrywam potrzeby, nowe rozwiązania przychodzą do głowy same i zaczynam działać,więc poczucie winy zostawiam i idę w kierunku nowego lepszego życia.

Jeśli więc z całego serca pragnę życzliwych relacji między moimi dziećmi, między rodzeństwem, to warto bym zrobiła kilka rzeczy:

  1. Z życzliwością traktować siebie
  2. Z życzliwością traktować męża
  3. Z życzliwością traktować dzieci
  4. Troszczyć się o rodzinę jak o całość relacji
  1. Z życzliwością traktować siebie: dzieci wychowują się głównie przez obserwację i naśladowanie. Jeśli więc widzą, że potrafię o siebie zadbać: czasami powiedzieć: "teraz jestem bardzo zmęczona i potrzebuję usiąść, odpocząć, poczytać książkę" lub "wiesz, to mi się nie podoba, tego nie lubię, chcę byś....na to się nie zgadzam" to i one w podobny sposób będą ze mną rozmawiać i z innymi też, choć to wymaga czasu
  2. Z życzliwością traktować męża relacja jaką buduję z moim mężem, to jak do siebie na wzajem się zwracamy, jak się o siebie wzajemnie troszczymy, czy i jak budujemy między sobą więź to wzór do relacji między rodzeństwem. Jeśli więc mam w sobie przekonanie, wiarę, nastawienie, że się wzajemnie wspieramy, na równi traktujemy swoje potrzeby, to łatwiej jest mi powiedzieć: "wiesz, zależy mi by dzisiaj posprzątać dom, a Ty co masz do zrobienia, dasz radę jakoś pomóc?"
  3. Z życzliwością traktować dzieci i tu bardzo mi pomaga jeśli w głowie mam pytanie: "co się stało? potrzebujesz mojej pomocy? co mogę dla Ciebie zrobić?" Pomaga też otwartość i akceptacja na to z czym dziecko przychodzi. Nie wyzbywam się przy tym swoich wartości, potrzeb, tego co dla mnie ważne. Najpierw słucham, by zwiększyć szansę na bycie usłyszaną. Staram się i pracuję nad tym.Czasami popłynę, palnę coś rutynowo, popsuję relację, zranię. Kiedy się zorientuję daję sobie czas na swój żal, swoje uczucia i potrzeby a kiedy przychodzą rozwiązania podchodzę do dziecka z empatią do jego uczuć: smutku, wstydu, złości i już nie mówi o sobie, a słucham jego i dopiero wówczas dodaję, że teraz zrobiłabym, powiedziałabym inaczej i że to, co się zdarzyło wcale nie doprowadziło mnie do tego na czym mi zależało. Ta druga część jest dla mnie, bo mam wrażenie, że dzieciom wystarcza, jeśli zwrócę uwagę na ich uczucia i potrzeby.
  4. Troszczyć się o rodzinę jak o całość relacji  Mam wrażenie, że mogłoby się to streścić do jednego zdania i pytania: "potrzeby wszystkich są równie ważne: moje, męża i dzieci też. Co możemy zrobić, by wziąć pod uwagę każdego?"
Realizuję to w taki sposób, że staram się tworzyć takie relacje, na jakich mi zależy poprzez zmienianie siebie, swojego języka i zachowania. To jest moja zmiana: troszczę się o siebie dla innych.

Chcę życzliwości od innych to najpierw sama ją daję. Chcę zmiany u innych - lepiej zmienić się samemu.

"Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy" Mt. 7, 12

czwartek, 7 maja 2015

Nie mów PRZEPRASZAM

Czasami zdarza się tak, że popsuję relacje z moimi bliskimi i wypadałoby powiedzieć PRZEPRASZAM, nie chciałam i zacząć się może tłumaczyć w stylu: "no wiesz, ale ja, mamusia....". Tyle, że to nikomu nie służy. Ja pozostaję w poczuciu winy, podłym nastroju, z żalem i smutkiem. Dziecko zaczyna czuć się winne i w dodatku matkę nie obchodzi co ono czuje, bo i tak nadaje cały czas o sobie, jaka to ona biedna, bo zmęczona itd. Jasne, że zmęczona itd., nie przeczę, tylko czy dziecko jest w stanie zaradzić naszemu zmęczeniu, jest w stanie unieść moje trudne emocje, problemy - czo ono jest od tego? No według mnie raczej nie. 

To dość duży kaliber emocji, by obarczać nim dziecko. Poza tym nie warto nim obarczać nikogo, bo nikt nie jest odpowiedzialny za moje uczucia poza mną samą. Dlatego staram się skupiać na sobie i szukać odpowiedzi na pytanie czego to ja właściwie chcę, kiedy czuję ten smutek, żal czy kiedy pojawia się poczucie winy.

Jeśli chodzi o relacje z dzieckiem, które zostały zerwane (za każde relacje), to wiem, że ja jestem odpowiedzialna za ich jakość i formę. A mnie zależy na więzi, bliskości i przejrzystości tej relacji. W gruncie rzeczy chcę tworzyć RELACJE, a nie upierać się na swojej RACJI. Porzucam więc racje, na rzecz relacji.

Kiedy więc zdarzy się, że ta bliskość z dzieckiem zostaje zerwana, nadszarpnięta i wypadałoby powiedzieć przepraszam to, po pierwsze, uświadamiam sobie to, że mnie zależy właśnie na byciu w bliskiej, szanującej i odpowiedzialnej relacji. Po drugie to ja wychodzę do niego pierwsza i mówię:

www.wstrefiemamy.blogspot.com
 

"wiesz...widzę, że, kiedy krzyknęłam, to chyba się wystraszyłeś, tak?"

pada ciche TAK

"i jest Ci teraz smutno, a może się nawet boisz?"

"smutno mi"

"bo bardzo chcesz mi coś powiedzieć?"



"tak"





"Aha. I prosisz bym Cię posłuchała?"

 "tak"

"mi też zależy na tym, by z Tobą porozmawiać, a przed chwilą się to nie udało"


Właśnie o to mi chodzi, by nawet pod wpływem trudnych emocji i stresu nie wybierać drogi na skróty. Zamiast krzyczeć, zrywać relacje, upominać, manipulować wolę zapytać siebie czego chcę i to wyrazić w pełni:

"Wiesz co... trochę się niepokoję, bo chcę dopisać ten artykuł i kiedy coś do mnie mówisz, to Cię nie słyszę, i nie potrafię się skupić na pracy. Chcę to dokończyć, poczekasz 5 minut?"

Jasne, że dziecko może nie chcieć odejść i bardzo mu zależy, by ze mną porozmawiać. Wtedy łapię oddech i myślę: ok to może ja mu dam 5 minut, mnie jest łatwiej, ja już to potrafię, a on się dopiero uczy. Po prostu sprawdzam, czy mogę przerwać na jakiś czas.

W przepraszaniu chodzi o to, by skupić się na uczuciach: swoich i drugiej osoby. 

"Wiesz, ta rozmowa nie potoczyła się tak jakbym chciałam. Teraz zrobiłabym inaczej. Zastanawiam się nad tym, jak Ty się masz? Może się zdziwiłeś moją reakcją, nie wiedziałeś o co mi tak na prawdę chodzi, tak?"

środa, 29 kwietnia 2015

Nikt mnie nie lubi

Rodzice chcą wspierać u dzieci ich poczucie własnej wartości i wiarę w siebie. Przychodzi taki moment, kiedy zostajemy postawieni niejako pod murem, gdy dziecko mówi: "nikt mnie nie lubi". Co wtedy mówić? Może opowiem co ja mówię. Czy to działa? Hmm, nie wiem. Dowiem się za jakiś czas. Póki co widzę, że moje słowa zbliżają mnie do dziecka, że ono, po prostu, chce ze mną rozmawiać, że darzy mnie zaufaniem.

Pierwszy krok jaki robię, to jestem z dzieckiem w 100%. Odkładam wszystko: książkę, telefon, telewizor, sprzątanie, rozmowę z innymi (mówię do rozmówcy: "wiesz, to co A. do mnie mówi, jest dla mnie ważne, chcę z nią teraz być. Proszę poczekaj, przyjdę do Ciebie, kiedy skończę.")

Drugi krok: słucham, słucham, słucham. Najlepiej nic nie mówić, ewentualnie: "aha, hmmm". Daję przestrzeń do mówienie tak, jak dziecko chce, łącznie z płaczek, frustracją czy złością i tak by ono i inni byli bezpieczni. Staram się nie oceniać. Jasne, że w głowie pojawiają się różne myśli, interpretacje, rady, pomysły, gotowe rozwiązania jak dziecku pomóc itp. Zostawiam to tam, gdzie jest i nie pozwalam, by wyszło poza myśli. Po prostu daję dziecku czas i możliwość, by powiedziało to swoimi słowami, więc skupiam się na tym, co ono mówi. Przytulam, podaję chusteczki, jestem.

Kiedy dziecko już troszkę ochłonie próbuję ubrać w słowa jego uczucia i potrzeby. I mówię coś w rodzaju:

- "Kiedy mówisz, że nikt Cię lubi, to czy to znaczy, że chciałabyś mieć kogoś kto zawsze będzie blisko, kogo Ty lubisz i on Ciebie?"

- "Tak,chcę mieć taką koleżankę, która zawsze się będzie ze mną bawić"

- "Aha, chcesz wiedzieć, że możesz na nią liczyć"

- "Bo ja czasami coś mówię, a oni mnie nie słuchają i odchodzą"

- "Aha, chcesz, żeby poczekali i posłuchali?"

- "Tak....."

Jeśli taka rozmowa trwa dłużej a dziecko na pytanie "jak myślisz co możesz zrobić" nie ma żadnego pomysłu to warto spróbować coś zasugerować, ale dopiero po tym, jak ono wyrazi swoje uczucia.

- "Aha słyszę, że zależy Ci na dobrych kontaktach ze swoimi przyjaciółmi i kolegami. Mam pewien pomysł. Chcesz usłyszeć?"

- "Tak"

- "A jakby to dla Ciebie było, gdybyś usłyszała, że oni Cię lubią i jednocześnie czasami chcą robić coś innego, z kimś innym, albo może zwyczajnie nie wiedzą co im proponujesz. Może spróbujesz im powiedzieć, że chcesz z nimi iść, chcę o coś zapytać?"

- "Pytam czy mogę się bawić z jedną osobą, a ona mówi, że musi zapytać tą drugą i obie mówią że nie wiedzą"

- "Aha i Ty sama już nie wiesz co robić"

- "No właśnie"

- "A gdybyś powiedziała im tak: to zobaczmy jak nam będzie razem, sprawdzimy-dobra? Jak będziecie chciały pogadać same to mi powiecie-ok?"

- "No może..."

A więc widzę, że to jest dla mojego dziecka trudne. Nowe wyzwania, bywają owiane obawą i nie chodzi o to by się nie bać, lecz by pomimo lęku działać.

No to mówię dalej:

"Wiesz, ja czasami tak mam, że sobie coś myślę, a potem okazuje się, że w rzeczywistości jest inaczej. Wydaje mi się, że warto je zapytać, co chcą robić i czy mogłabyś się przyłączyć i nie wierzyć swoim myślom, zwłaszcza takim jak na przykład, że moje koleżanki mnie nie lubią."

Czasami dzieci zaczynają wierzyć swoim myślom, nie pytają, nie wychodzą z inicjatywą. Co tam dzieci, ja też tak miewam, że nie podejmuję mnóstwa wyzwań, bo lepiej nie ryzykować, nie narażać się na odrzucenie, bo z góry to zakładam. A gdybym założyła, że z ciekawością zapytam: jeśli ktoś zechce spełnić moją prośbę to super, jeśli nie to znajdę inny sposób na poradzenie sobie.

MOTYWOWANIE DO DZIAŁANIA

Mogę jeszcze dodać:

 "Widzę, że to Cię bardzo smuci, bo bardzo chcesz się z nimi przyjaźnić. Wiesz, warto próbować z uśmiechem do nich wychodzić, starać się się pytać co one chcą i wierzyć, że albo one się z Tobą zaprzyjaźnią albo poradzisz sobie i znajdziesz inny sposób na świetną zabawę. Najwięcej zależy właśnie od Ciebie! Sprawdź jak to dla Ciebie będzie. Chętnie z Tobą o tym znowu porozmawiam."


piątek, 13 marca 2015

"Wojna domowa" czy konflikt dający radość?

"Kłócące się" dzieci to dla mnie chleb powszedni. Czasami ich w ogóle nie zauważam, innym razem nad wyraz mi przeszkadzają. To jak ja to odbieram w ogromniej mierze, w właściwie w 100% zależy wyłącznie ode mnie samej,od mojego samopoczucia, nastroju, emocji, jakie przeżywam i ilości moich zaspokojonych, bądź nie, potrzeb. Ja też w 100% odpowiadam za swoje własne zachowanie i reakcję na te konflikty.

Jeśli nie mogę zmienić kłócących się dzieci, a nie mogę, bo nie mam takiej mocy, to mogę zmienić moje własne myślenie na ten temat. Wraz ze zmianą nastawienia, zmienia się moje zachowanie i reagowanie na konflikty. I wcale nie propaguję tu bezstresowego wychowania. Zresztą, każdy kto ma choć jedno dziecko i oczy szeroko otwarte,widzi, że stresu, frustracji i złości nie da się wyeliminować i chyba nawet nie warto. A to co warto,to wykorzystać te emocje do zaopiekowania się sobą. W pierwszej kolejności sobą, a później drugim człowiekiem.

I właśnie o tym będzie na kolejnych moich warsztatach: o zmianie SWOJEGO myślenia, nastawienia, o pracy nad sobą, o trosce i życzliwości dla siebie. Wszystko po to, by łatwiej sobie radzić z tymi "nieustającymi" konfliktami, by budować relacje, a nie skupiać się na swoich racjach, by tworzyć a nie niszczyć. By życie nasze i naszych bliskich było bogatsze.

Wiecie dlaczego czasami nie lubię kłótni? Bo czasami zdarzy się, że popłynę i zerwę relację, by udowodnić rację i wtedy pozostaje mi już tylko smutek, żal, tęsknota za tym co zbliża i buduje.

A czy można w takim razie konflikty lubić? Hmmm, na pewno można na ich podstawie budować relacje. Mogą one ludzi zbliżać i w efekcie końcowym odczuwać radość i mieć zaspokojoną potrzebę bliskości i wspólnoty. Mówię "na pewno", ponieważ mam to przetestowane na własnej skórze i skórze moich dzieci. I widzę, że to działa. Tylko, że nie mam zaczarowanej różdżki, ani wy jej nie będziecie mieć. Metoda na kij i marchewkę też na dłuższą metę nie działa - nie buduje więzi, poczucia własnej wartości, pewności siebie, samodzielności i wielu jeszcze aspektów, na którym nam, rodzicom, właśnie zależy.

To co działa? Co robić? Dużo, by pisać. Więcej opowiem na spotkaniu 28 marca w Bielsku Białej, a póki co powiem tak:

Empatia dla siebie
Empatia dla każdego z osobna dziecka, będącego w konflikcie
Akceptacja uczuć
Szukanie potrzeb
Pomoc w znajdywaniu strategii
Mediacja
Samodzielność i odpowiedzialność dzieci będących w konflikcie
Wiara i zaufanie dzieciom
Siła ochronna

To tylko hasła, które pomagają, o których będzie więcej, już wkrótce, na blogu i na warsztatach.

Zapraszam na nie serdecznie

 
„KONFLIKTY W RODZEŃSTWIE” w oparciu o ideę Porozumienia bez Przemocy
Konflikty dziecięce Cię przerażają? Masz poczucie winy i wyrzuty sumienia, bo sobie z nimi nie radzisz?
Chcesz wiedzieć kiedy i jak „wkroczyć do akcji”? Chcesz pomóc im się dogadać? Potrzebujesz pewności, że to, co robisz jest skuteczne, efektywne i bezpieczne?
Nie wiesz co robić, kiedy Twoje dziecko uderza, gryzie brata, siostrę, kolegę?
Martwi Cię, że Twoja pociecha zatraca się w złości, gniewie, histerii albo zupełnie nie potrafi się obronić?
Twoje dzieciaki cały czas krzyczą, biją się między sobą i kłócą, a Ty masz już dość?
Wspólnie poszukamy odpowiedzi na pytania:
1.      Jakie jest źródło dziecięcych konfliktów?
2.      Jak pomóc dzieciom się dogadać, czyli kilka słów o mediacji?
3.      Czy rzeczywiście dziecięce kłótnie to samo zło?
4.      Jak nauczyć dzieci bezpiecznie i konstruktywnie „być w konflikcie”?
5.      Jak zapobiegać konfliktom?
PRZYJDŹ NA SPOTKANIE SERDECZNIE CIĘ ZAPRASZAMY TYM RAZEM BEZ DZIECI
KIEDY?
28 marca SOBOTA
GODZINA 10-14
GDZIE?
HOMEMADE TATTOO
BIELSKO BIAŁA
UL.Komorowicka 15


CENA
80 zł osoba
PARA 120 zł
ZAPISY I INFORMACJE
Tel. 604 187 548
kasia@czarnota.eu

czwartek, 26 lutego 2015

Jak dbać o siebie....i o złość

"Życzę Ci dni bez łez i bez złości" trafiłam wczoraj na takie oto zdanie, życzenia składane przez bliskie sobie osoby.

A ja sobie życzę, by czasami umieć pokazać łzy i złości, zwłaszcza przed bliskimi. By być prawdziwą i autentyczną, łez się nie wstydzić, a złością nie przerażać.

Łzy wypływają ze smutku, żalu, bólu, bezsilności, bezradności.

Złość to uczucie, które wypływa z jakiej ważnej i aktualnej potrzeby, której nie udaje się zaspokoić. Podobnie zresztą jest ze smutkiem, żalem, bólem, bezradności i bezsilnością. One też mówią mi o tym, że czegoś bardzo potrzebuję, właśnie tu i teraz, kiedy to czuję. Dzieci też tak mają. Każdy człowiek tak funkcjonuje, że coś czuje, kiedy ma jakąś potrzebę.

Wtedy, gdy czuję radość, zadowolenie, spokój to wiem, że mam te potrzeby zaspokojone.

Kiedy czuję właśnie np. złość, to wiem, że nie drugi człowiek jest tego przyczyną, tylko MOJA NIEZASPOKOJONA POTRZEBA! A pojawiające się uczucie jest tego naturalną konsekwencją.

Kiedy więc moje/Twoje dziecko krzyczy:

"jestem teraz złaaaaa!!!!!"
"jesteś głupia"
"nie lubię Cię"
"ona kłamie"
"nie będę jej słuchać"

albo wpada w furię, tupie nogami, kładzie się w supermarkecie na podłodze, piszczy, upiera się przy swoim NIE

to "na chwilę" zapominam, odkładam, nie zwracam uwagi na to zachowanie, tylko mówię:

"widzę, że się wściekłaś!", "aha, widzę, że bardzo się rozzłościłeś!", "hmm czujesz teraz ogromną złość?"

albo

stoję i patrzę, nic nie mówię - pozwalam się pozłościć, potupać nogami, rzucić poduszką (czymś bezpiecznym)
przytulam

KAŻDY (DZIECKO TEŻ) człowiek potrzebuje 100% AKCEPTACJI nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy czuje ZŁOŚĆ.

SIŁA OCHRONNA

Są sytuacje, w których nie ma na co czekać, stać i patrzeć, aż pod wpływem złości, dojdzie do zranienia, do krzywdy.

Kiedy widzę, że ręka jednego dziecka podnosi się w górę i jest skierowana w drugiego? NIE CZEKAM aż się "pozabijają". Wkraczam i zatrzymuję tą rękę. Staję między nimi, jednego z nich (tego w silniejszych emocjach) przytulam, obejmuję, przyjmuję jego uczucie (mogę przyjąć to na poduszkę, którą mam przy sobie, by chronić też siebie)



A co mówię, to jest napisane wyżej. Generalnie nie oceniam. A jeśli już chcę coś powiedzieć to czekam aż emocje opadną, aż zostaną w 100% wylane, wypowiedziane, wyskakane. Bez tego ani rusz. Mam 100% gwarancję, że do osoby "zalanej" uczuciem złości, NIC nie dotrze, ona NIC nie zapamięta, i NICZEGO się nie nauczy.No chyba, że chcę ja nauczyć, pokazać, powiedzieć, że jej złość mnie nie obchodzi, czyli to co się z nią dzieje, co czuje i czego potrzebuje, jest dla mnie bezwartościowe, bo bardziej się liczy zasada, albo ja sama. Tak, ja wiem, że to jest trudne. W takich chwilach i ja sama mam już "po korek". Kiedyś dałam radę: nic nie mówiłam, słuchałam, zatrzymałam rękę, powiedziałam: "widzę, że się strasznie zdenerwowałeś", innym razem nic nie powiedziałam. Później patrzyłam na to zdarzenie jak na sukces, mój własny - dałam radę! Powstrzymałam się od moralizowania. Poskutkowało i w tej trudnej sytuacji złapałam z dziećmi kontakt. Kiedy sytuacje konfliktowe się powtarzają, staram się robić właśnie to, co buduje relację, czyli:

jestem z uczuciami
zastanawiam się o co chodzi (jaka jest za tym zachowaniem potrzeba)
mówię co widzę 
daję empatię
czekam, aż uczucia się wybrzmią

Dopiero potem mówię, że kiedy widzę jedną rękę zaciśnięte na ramieniu drugiej osoby, to czuję przerażenie, bo potrzebuję dla Was obu bezpieczeństwa, chcę się o Was zatroszczyć. Dlatego proszę weź poduszkę, paczkę chusteczek i uderz nią o podłogę. Chcę byście złość wyrażali w taki sposób, by wszyscy byli bezpieczni.

ZŁOŚĆ nie jest ani dobra, ani zła. Ona po prostu JEST zupełnie neutralna. To co robimy pod jej wpływem bywa raniące dla nas lub innych. Zawsze jednak robimy to, by zaspokoić nasze potrzeby. Pytanie, czy rzeczywiście wybierając taką czy inną strategię udało nam się zaspokoić tę potrzebę. Jeśli nie, to warto potraktować to jako próbę i poszukać innego lepszego sposobu.

Nasze dzieci się tego dopiero uczą - doświadczając. Jeśli mówią "głupia jesteś" to nie dlatego, że chcą nas zranić, tylko dlatego, że nie znają innego lepszego sposoby na wyrażenie swoich uczuć i potrzeb, bo ich zasób wiedzy jest jeszcze niepełny, a pod wpływem emocji ich mózg zwyczajnie nie myśli logicznie. 
Zresztą ja też tak mam, że kiedy się złoszczę to "wychodzę" z siebie, gadam rzeczy, które mnie potem dziwią i zastanawiam się co mi się stało. No rozumowe, logiczne i myślowe klapki mózgu mi odpadły i zostały tylko gadzie, instynktowne emocje. I dobrze, bo one mnie mają chronić. Złość pełni funkcję ochronną i informacyjną. To uczucie mi wykrzykuje:

"zajmij się sobą, już czas, już masz po korek, bardzo, ale to bardzo potrzebujesz:

odpoczynku
spokoju
współpracy
troski
uznania
akceptacji

i czego tam jeszcze chcecie"

W złości nie chodzi o drugiego człowieka, tylko O MNIE SAMĄ, to ja jestem na tyle ważna, że moje emocje mi krzyczą "WEŹ SIĘ ZA SIEBIE", pomyśl, czego potrzebujesz i poszukaj sposobu, by to dostać. Poproś o pomoc, znajdź kilka strategii, szukaj, kop, aż znajdziesz. SPRAWDZAJ co Ci służy, co wzbogaca Ciebie i Twoich bliźnich.

Jesteś jak sklep porządnie wyposażony, no taki SUPERMARKET w największym mieście świata czynny 24h na dobę. Znajdziesz tam dosłownie wszystko, czego dusz zapragnie! Ty to rozdajesz ludziom za darmo, zwłaszcza bliskim, tym na których Ci zależy. Jak się wszyscy dowiedzą, że jest 100% przecena na cały asortyment, no to się od ludzi nie odgonisz i sama zauważasz, że do tygodnia czasu sklep masz pusty! Nie miałaś czasu, by zajechać po towar, nawet, by go przez neta zmówić. Żaden przedstawiciel handlowy, zasobów w Twoim sklepie nie uzupełnił! Cały czas trwała wyprzedaż, co tam rozdawnictwo totalne i teraz TRACH! Ludzie się już nauczyli, przychodzą do Ciebie, a u Ciebie PUSTKA! Chcesz znów mieć swój sklep pełny? Zamknij go na chwilę, zajedź po towar, uzupełnij braki. Nikt tego za Ciebie nie zrobi. Upadniesz, będziesz musiała zamknąć swój sklep, swoje serce.


środa, 11 lutego 2015

Skaczę z radości

Czuję dziś radość, bo moja potrzeba kontaktu z rodziną jest zaspokojona. To niewiele mówi, a że mam jeszcze niezaspokojoną potrzebę świętowania i dzielenia się tą radością, to opowiem coś więcej, bo to właśnie z Wami chcę się podzielić.

Otóż odkąd są ferie, to w naszym domu są zmiany. Takie zwykłe, naturalne: dzieci są w domu, a więc jest i głośniej, jest wrzawa, więcej zabawek, rzeczy, garów, szklane, talerzyków, mokrych ubrań po śniegu, suchych i brudnych też sporo i takie tam - życie w rozgardiaszu. A!!! I zapomniałabym o kłótniach, których co dziennie z mężem słuchamy (nawet jak słuchać nie chcemy), czasami o bójkach i takie tam - tam, gdzie dzieci więcej niż jedno, to tak to bywa. No więc było nam trudno, mi i mężowi. No bo nasza potrzeba ciszy, efektywnej pracy i sprawczości nie zaspokojona (tak - oboje pracujemy w domu). Na dokładkę potrzeba troski o kłócące się dzieci, bycia usłyszanym, brania ich i nas pod uwagę - no cóż, ciężko. Coś z tym trzeba zrobić! Tylko CO???

Otóż 4 kroki Porozumienia bez Przemocy

przykład:

Dzieci wychodzą z domu. Dwoje i tata już gotowe. Trzecie siedzi, gra, nie ubrane i wcale nie zamierza skończyć grać. Siostra mówi, eeee co tam, krzyczy:

"hej kończ już to WYCHODZIMY!!!"

Brat zero reakcji. Ja siedzę przy komputerze i słyszę. Domyślam się jak to się skończy. Siostra będzie coraz bardziej krzyczeć, a brat nie będzie słuchał. Może będzie płacz (bezsilność) może agresja (za którą kryje się potrzeba ochrony własnych granic). Ja chcę widzieć, że oni się szanują i biorą się pod uwagę. Potrzebuję, by zostało to załatwione efektywnie i sensownie. Dziś akurat im pomogę.

"Kiedy tak mówisz do brata, to chcesz się zatroszczyć o niego i o resztę, chcesz zdążyć na czas?"
"Tak"
"Ja też tego chcę, pomóc Ci"
"Tak"
"OK. Jest 15:04, a zaczynacie zajęcia o 15:15. Widzę, że grasz, chcesz dokończyć, ja jednocześnie chcę, żebyście zdążyli. Tata i siostry już wyszło. Jak Ci pomóc, żebyś już wyszedł?"
"ok, to ja już kończę. Podasz mi kurtkę?" I wyszedł. Mam nadzieję, że dotarli na czas.

A ja mam w sobie wdzięczność i uznanie dla siebie samej, bo podjęłam wysiłek zauważenia potrzeb moich dzieci i swoich własnych też. Znalazłam sposób, by się o nas wszystkich zatroszczyć i on się dziś sprawdził.

Dziś już wiem, że jak coś nie działa to poszukam innej drogi i SPRAWDZĘ jak się z tym będę miała ja i ludzie obok mnie. Teraz mam w sobie zaufanie, że cokolwiek, by się nie działo, to sobie poradzę.

Wieczorem, kładąc się spać w domu, który wyglądał jakby przez niego przeszło tornado, pomyślałam:

"jak ja chcę sobie poradzić z tym bałaganem, czego ja potrzebuję, jak ja chcę ich prosić o pomoc?"

Przyszła odpowiedź:

"Z zaufaniem, że oni chcą pomagać, współpracować, sprawiać, że bierzemy się pod uwagę i jesteśmy dla siebie ważni"

Rano wstałam i też tą myśl miałam. Moje prośby kierowane do domowników były słyszane i brane pod uwagę. Ja skupiłam się na pracy i zaufałam, że oni dadzą radę w drobnostkach tj: zrobienie sobie kanapki, pozbieranie swoich ubrań, umycie umazanego farbami stołu, obranie jajek itp. I co się okazało?
Nie tyle zrobili o co prosiłam, ale nawet więcej - w kuchni na stole czekał na mnie i męża talerz z zupą. Jasne, dzieci mają już 8, 9 i pół i ponad 11 lat, zupę ugotowałam ja, ale jajka to już wysiłek córki, a współpraca w nalewaniu? Syn stoi i podaje talerz, pierworodna nalewa, młodsza podaje na stół. I łyżki też były. Tylko krzesła trzeba było sobie znaleźć i przytaszczyć do kuchni, bo się po domu rozpierzchły.

No radość w sercu, a wystarczyło tylko w nim pogrzebać, doszukać się swoich uczuć, potrzeb, pomyśleć o zaufaniu i wiary w to, że I JA I ONI DADZĄ RADĘ. Tyle, albo aż tyle. I nie myślcie, że to przyszło od tak. Nie to jest ciężka praca, moja własne zmiana i rozwój. I nadal się uczę, dosłownie: czytam, chodzę na szkolenia, sama prowadzę warsztaty, do których się solidnie przygotowuję i tym samym się uczę. Robię coś i widzę, że czasami nie tędy droga, czasami płaczę,chcę tym rzucić, dostaję wsparcie i empatię, czasami kopa w cztery litery i znów się zbieram w sobie, łapię energię i znów szukam lepszych strategii. To nie jest łatwa praca. Nie widzę jednak innej drogi jak poprzez własną zmianę. A żeby nie brzmiało to tak strasznie, to ten post jest właśnie po to, by cieszyć się sukcesami. I ich też jest mnóstwo, maleńkich i tych większych. I dziś chcę się cieszyć i to robię. Dlatego piszę, że serce mi radość wypełnia. Aż chce się skakać!




środa, 21 stycznia 2015

Z cyklu "warto bym dbała o siebie"

Czasami tak rozmawiam z ludźmi, że zaświeca mi się lampka alarmowa "chyba nim/nią manipuluję". Mam takie myśli w sercu, mam takie wewnętrzne sygnały, niepokoje. Bywało, że zupełnie ten wewnętrzny głos zagłuszałam. Ostatnio znowu powrócił i tym razem postanowiłam, że się zastanowię, wejrzę w głąb siebie.

Po pierwsze:

Przyznałam się, że to może być dla mnie manipulacja. Skoro czuję niepokój, to coś jest nie tak.

Po drugie poszukam w sobie odpowiedzi na pytanie:

O CO MI CHODZI? Czego ja chcę?

Chcę zatroszczyć się o swoje potrzeby i to jest zupełnie naturalna sprawa. biorę za siebie 100% odpowiedzialność i wybieram taki sposób, który wydaje mi się najlepszy. Widzę jednocześnie, że troszcząc się o siebie, tracę kontakt z drugim człowiekiem. A więc jeszcze jakaś jedna ważna potrzeba, przy tej okazji, nie została zaspokojona. Jaka?

BYCIA W RELACJI z drugim, chcę go brać pod uwagę, chcę się troszczyć zarówno o siebie jak i o drugiego i dlatego szukam strategii zaspokojenia potrzeb obu stron.

Przykład:

ja:
 "Dzieciaki, chcę tu teraz posprzątać. Proszę Was zabierzcie swoje ubrania z łazienki i zanieście je do szafy"

dzieciaki chórkiem:
"za chwilę"

Ja (z czystą ciekawością i zainteresowaniem oraz z zaufaniem, że oni na prawdę mi chcą pomóc i że ja też potrafię ich usłyszeć):

"to, co Wy teraz robicie?"

I idę zobaczyć co robią, by w ogóle sprawdzić, czy jest szansa na współpracę. I widzę, że właśnie przygotowują przedstawienie, więc mówię:

"Aha, macie teraz próbę i pewno chcecie ćwiczyć. Ja chcę teraz posprzątać, wy ćwiczyć - macie jakiś pomysł, co teraz zrobić?"

No i zaczyna się dialog, oni mają swoje pomysły, ja sprawdzam, czy dla mnie to jest ok, a może ja wpadnę na jakieś rozwiązanie, sprawdzę jak bardzo mi zależy na porządku, co stracę a co zyskam jeśli oni mi nie pomogą. Myślę nad tym na czym bardziej mi zależy, czyli która potrzeba jest ważniejsza:
porządku, czy bycia w relacji z dziećmi (prowadząc z nimi dialog jestem w relacji). Zmuszając ich (np. manipulacją) do pomocy zrywam relację. Mówiąc o sobie dbam o autentyczność. Biorąc ich pod uwagę, pytając o zdanie, pokazuję, że są dla mnie ważni, że akceptuję ich bezwarunkowo, też wtedy, gdy ja chcę sprzątać, a oni chcę robić coś innego. I to nie koniec ja się nie poddaję. To dla mnie początek - TO JEST RELACJA.

To, czym się kieruję, to troską o siebie. Głównie dbam o siebie, o swoje uczucia i potrzeby, a jedną z nich jest potrzeba troski o drugiego i chęć zbudowania z nimi relacji. A więc mogę być "zdrową egoistką", która z własnej potrzeby troszczy się o innych, bo to jest korzyć sama w sobie dla mnie. To co robię, wypływa z moich potrzeb.

Jasne, czasami nie mam siły na budowanie relacji i, albo zmuszam ich, albo siebie do czegoś, czego w gruncie rzeczy nie chcę. Takie działanie, wcale nie sprawia, że żyje mi się dobrze. Cóż...może to też jest potrzebne-do rozwoju, do zmiany. Tak postępując też coś wybrałam, za tym były jakieś moje ważne potrzeby. Tak, pewno, ja widzę, że to nie było najlepsze wyjście, nie udaję. Ta refleksja pozwoli mi na kontakt ze sobą, na przyjrzenie się temu, o co mi chodzi i znalezienie lepszego sposobu na raz następny. Użalanie się nad sobą, dla mnie, nie jest konstruktywne. Szukanie uczuć, potrzeb i strategii tak, nawet jeśli będą przynosiły korzyści w przyszłości. To jest dla mnie uczenie się przez doświadczenie. Takie podejście pozwala mi nie mieć niszczącego poczucia winy.



sobota, 10 stycznia 2015

Gdzie dwóch się bije...

Jak pomóc dzieciom podczas kłótni?

Staram się pamiętać, że kłótnie, czy sprzeczki są dzieciom potrzebne i nie zawsze warto się w nie angażować. Dzieciaki po prostu w ten również sposób uczą się rozmawiać, negocjować, dogadywać. Owszem czasami widzę, słyszę, że sytuacja się pogarsza. Domyślam się lub wręcz widzę, że ktoś może ucierpieć, zostać uderzony. W takich sytuacjach reaguję od razu. Zatrzymuję więc rękę dziecka w locie, zanim trafi brata, czy siostrę, o ile zdążę.

Ostatnio miałam taką sytuację:

Zbliża się późna pora wieczorna. Późna dla mnie, czuję zmęczenie i już marzę o wzięciu prysznica i położeniu się. Widzę, że jeszcze sporo mam do zrobienia. Chcę też jeszcze usiąść z dziećmi i poczytać im na dobranoc. Zastanawiam się więc co najbardziej bym chciała zrobić. Wiem, że czasami po wzięciu prysznica odnajduję w sobie drugą siłę i sen z powiek znika. Wiem, też, że zazwyczaj bardzo mnie to relaksuje i szybko ładuje baterię. No więc wybrałam prysznic.

Wracam, zregenerowana i słyszę w pokoju dziecięcym płacz i przekrzykiwania się. Słyszę też próbę uspokajania młodszych przez najstarszą. Na szczęście, chwilę wcześniej wybrałam SIEBIE, odpoczęłam pod prysznicem. Przypomniał mi się też wywiad z Moniką Szczepanik o budowaniu relacji z dzieckiem. Posłuchać go można TUTAJ

Tak więc te dwie rzeczy zrobione dla siebie, mój kubek wypełniony po brzegi i miałam co "odlać dzieciom".

Wchodzę i widzę, że syn siedzi na łóżku siostry. Ona płacze i mówi, że on nie chce zejść. Słucham ją.

I mówię:

"tak, widzę, że chyba jest Ci bardzo smutno" (ona płacze... bardzo, łzy się leją, buzia czerwona)
Ja ciągnę nadal:
"chcesz, żeby brat Cię pytał, czy może wejść do Twojego łóżka???"
Ona: "Tak! I one nie wychodzi, chociaż go proszę"

Wiecie, jej było bardzo ciężko, a mimo to siedziała na tym krześle bez ruchu. Kiedyś mogłam się spodziewać, że ona po prostu załatwi sprawę "ręcznie". W sumie, to wtedy też to zrobiła, ciut wcześniej. I mówi:

"mamusiu, ja wiem, że nie wolno go bić, ale bardzo się zdenerwowała. Ja tego nie chciałam, bardzo przepraszam"

Ja: "aha"

W między czasie brat rozpoczął swoją wersję. A więc teraz skupiam uwagę na nim. Słucham, przytakuję.
"aha, jesteś zły"
On:
"tak, ona powiedziała, że jak nie zejdę to wyrzuci moje zabawki na balkon"
Ja:
"aha, wystraszyłeś się, boisz się? chcesz być pewny, że ona tego nie zrobi" (potrzeba bezpieczeństwa i nienaruszalności granic)
On:
"tak"

Słuchałam raz jego, raz jej. Tyle czasu i uwagi dla każdego z osobna ile chcą, skacząc jak z kwiatka na kwiatek. Tylko słuchałam. Nic nie moralizowałam, nie prawiłam kazań, nie upominałam. Byłam uważna na to, co mówią - bez oceniania.

W pewnym momencie mówię:
"Krzysiu, ja chcę Wam teraz poczytać, a Twoja siostra chce się położyć w swoim łóżku. Potrzebuję Twojej pomocy. Chcę, żebyś położył się w swoim łóżku." I widzę, że on przechodzi do siebie. Co prawda minę ma kiepską, no ale łóżko zwolnił. Chcę się zatroszczyć o jego uczucia i pytam, czy jest nadal zły, a może smutny. A on się chowa pod kołdrą i rzuca krótkie i ostre NIE. Drążę temat:

"chcesz pogadać?"
"Nie"
"ok, to chcesz, żebym czytała"
"Tak"

Zanim zaczęłam czytać, syn wyszedł spod kołdry i nagle widzę, że uśmiecha się do siostry i przyjaźnie z nią rozmawia. No normalnie z wielkiej złości do wielkiej radości. No niesamowite!

A co ja z tego miałam?

Radość, zadowolenie, że udało mi się utrzymać z nimi relację, być z nimi w ich trudnych chwilach.
Nie było narzekania, marudzenia, złoszczenia się, uspakajania, zakazywania i moralizowania.

Było współczucie, empatia, słuchanie. Zobaczyłam ich, że jest im trudno się dogadać, że nie łatwo się jest o siebie troszczyć i jednocześnie szanować drugiego, że to wymaga ciężkiej pracy, panowania nad sobą, cierpliwości, wiedzy, doświadczenia. To wymaga zasobów, których dzieci zwyczajnie mogą jeszcze nie posiadać. Mogą je nabyć ucząc się i ten wieczór był dla nich nauką:

empatii
spokoju
słuchania
uwagi i troski

I czuję wdzięczność. Bo zatroszczyłam się o nich w duchu szacunku, po tym jak chwilę wcześniej zadbałam o siebie. Bo potrzeby wszystkich zostały zauważone i wzięte pod uwagę.