Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tata. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2013

Jak dobrze wyrwać się z domu.

Jeszcze czuję ogromne zadowolenie, które wynika z zaspokojenia wielu moich potrzeb.

W sobotę po południu pojechałam do siostry. Sama. Wsiadłam w autobus, tak by delektować się spokojem jazdy, nie patrząc na znaki drogowe, nie słuchając nawigacji, by w ciszy i bez wysiłku dojechać do Krakowa.

Spędziłam z moją siostrą kilka godzin. Pogadałyśmy sobie, jak to przystało na kochające się rodzeństwo, pośmiałyśmy się oglądając film, zjadłyśmy pyszne i zdrowe kanapki z kiełkami (i nie tylko). Rano moja siostra zrobiła mi śniadanie. Przyznam się, że to nie nowość, bo ilekroć u niej jestem to dba o mnie. Znam to przyjemne uczucie radości na widok śniadania, również z własnego domu. Mój mąż często przygotowuje nam śniadania. Ostatnio nawet nasza 8-latka zaskoczyła nas sobotnim śniadaniem z odpowiednim przystrojeniem.

Ale wracam do tego, co wyzwoliło we mnie to błogie uczucie. Otóż, ten sobotni wieczór i niedzielny poranek u siostry to był czas tylko dla mnie i dla niej. Czas cieszenia się sobą, czas rozmowy, empatii, zabawy i śmiechu

Dla mnie jako mamy - czas pobycia w innej sferze niż rodzicielskiej. Mogłam stęsknić się za dziećmi i mężem, który został w Sferze Taty ze swoimi dziećmi. Mogłam, chciałam i zrobiłam coś tylko dla siebie. Jest to dla mnie taki zdrowy egoizm, który mówi, że jeżeli zadbasz o siebie samego, to będziesz miał z czego dawać innym. Napełniam więc swój kubek po to, by potem z niego odlać innym.

No bo jak "(...) miłować bliźniego, jak siebie samego" skoro dla siebie tak mało się robi, tak czasami mało siebie samą darzy uznaniem, szacunkiem, prawie wcale nie zauważa, może nawet nie akceptuje, i czy w ogóle kocha?

No więc w odpowiedzi na to powyższe pytanie "jak?" odpowiadam, że ja to robię właśnie tak, że czasami jadę do siostry sama. Pomyślałam, że na co dzień warto by było dbać o siebie w drobnych sprawach. Poczytać ulubioną książkę, wyjść na spacer, zapisać się na, tak teraz modną, "zumbę" lub wodny aerobik. A może jeszcze coś zupełnie innego. Wiem jedno: dbanie o siebie pomaga i wróciłam wypoczęta.

To co mi pomogło, to również świadomość odpowiedzialności za siebie samą i zadbałam o siebie. Jadąc wiedziałam, że mój mąż sobie poradzi, że na pewno znajdzie sposób, by głodnym nie chodzić i dzieciom umrzeć z głodu nie da ;) Po prostu zdjęłam ze swoich ramion ten ciężar bycia idealną we wszystkim i odpowiedzialną za wszystko i każdego. Pomyślałam, że wcale nie muszę im wszystkiego przygotowywać, gotować obiadu na czas, kiedy mnie nie będzie, przypominać o wszystkim. Dadzą radę. I tak się też stało. Nawet po powrocie czekał na mnie rosół. Wyjeżdżając, wychodząc, "zostawiając" na chwilę tatę i dzieci daję im przestrzeń do bycia razem. Nie dzwonię by zapytać czy mają obiad, czy wiedzą gdzie są ubrania, by przypomnieć o zadaniu domowym. Dzwonię by powiedzieć, że dojechałam, że idę na warsztaty, że wracam. Dzwonię by powiedzieć, że ich kocham. To jest ta moja odpowiedzialność za siebie, która wyraża się w uwolnieniu innych ode mnie, od mojej idealności i nieomylności. Daję też sobie pozwolenie na to by inni, tata mógł zrobić to co chce, sam beze mnie.

A co oni beze mnie robili? Robili domowy makaron. Mój mąż jest w tym mistrzem. Ja nie wiem jak to się robi, choć jestem przekonana, że gdybym chciała, to bym zrobiła. No ale daję wykazać się tacie. Dzieci oczywiście mu pomagały. Uwielbiają to robić i to właściwie one o tym przypomniały. I tu mi przychodzi taka refleksja, że znam takich facetów, co to kuchni się nie boją i takie kobietki, które wolą do kuchni nie zaglądać. Chodzi chyba o to, by robić to co się chce i co wzbogaca życie danej rodziny i pasuje wszystkim jej członkom.

A co ja jeszcze dla siebie w niedzielę zrobiłam?

No bo "mój czas" nie skończył się na wizycie u siostry. Ciąg dalszy miał miejsce tu: FIGA
Tam odbyły się warsztaty na temat samodzielności u dzieci, które poprowadził psycholog wychowawczy Jarek Żyliński.
To był czas rozwoju, spotkania się z innymi rodzicami, bycie wśród ludzi o podobnych wartościach, czas dzielenia się tym, co dla mnie i innych ważne. Czas wspierania rodzicielstwa.
Spotkanie się z ludźmi tam obecnymi wzbogaciło moje życie i za to jestem wdzięczna i sobie, że zdecydowałam się tam być i innym, że byli i chcieli się dzielić swoimi wartościami, doświadczeniami i wiedzą.

Polecam to miejsce.

Zachęcam do dbania o siebie. Zachęcam do znalezienia swojego miejsca, czasu i przestrzeni dla siebie, by móc dawać innym.

PS. nie zawsze miałam świadomość, że warto o siebie dbać, dbać o zaspakajanie potrzeb. Raczej wpojono mi, że należy się poświęcać, co prowadzi do frustracji i stresu, który odbija się na relacji z bliskimi.
Cieszę się, że to się zmienia, że świadomość mam teraz inną, co nie znaczy, że nie dbam o bliskich.
Teraz dbanie i dawanie innym ma inny wymiar, jest to dawanie z serca, a nie z powinności.

środa, 20 listopada 2013

W mojej Strefie Mamy nadchodzą zmiany-tatusia i męża do dzieła zapraszamy!




Kilka dni temu padł mi komputer. Na szczęście mój mąż sprawił, że już mam na czym pracować i jestem mu za to bardzo wdzięczna. Cały dzień nad tym siedział i starał się, bym mogła pracować na sprzęcie, który chodzi szybciej niż ślimak. No i chodzi znacznie szybciej niż winniczek.

Ta awaria dała mi do myślenia. Otworzyło oczy na sprawy, które mogę załatwić bez używania komputera i tak odhaczyłam ze swojej listy "do zrobienia" masę zaległych spraw, co dało mi wielką radość. Z różnych powodów odkładam coś na później i tak dochodzi do sytuacji, w której nawarstwia się masę zaległości.
Dziś mam już zaspokojoną potrzebę efektywności, choć była rozciągnięta w czasie

Takie nieoczekiwanie zdarzenia powodują, że człowiek ma okazję "przejrzeć na oczy".

Przejrzałam i zobaczyłam, że mój mąż to gość, który naprawi wszystko. No niby to wszyscy wiemy, bo jak się zabawka zepsuje, to tatuś naprawi, sklei, skręci. Jak serwisant nawala, to mąż poprawia. Zupełnie nie nakręcamy gospodarki, od lat ten sam piec CO, ta sama zmywarka, kuchenka, no ok, może pralkę mamy nową, ale za naście lat dopiero drugą. To tylko taki maleńki wycinek z życia taty. To co robi na co dzień, choć zapewne powiedziałby, że nie zauważalne przeze mnie, jest dla mnie ważne, jest tego cała masa drobnych spraw, gestów, czynów. Kurcze, szkoda, że nie umiem darzyć uznaniem, okazać wdzięczność za każdym razem, gdy się pojawi okazja. Ale dość użalania się nad sobą.

Teraz już wiem, co można zmienić.

chcę częściej mówić mojej drugiej połówce, że darzę go uznaniem, że jestem mu wdzięczna, że go potrzebuję, że chcę być blisko niego i że go po prostu KOCHAM,
KOCHAM BO JEST.

To jest blog, który z tytułu nawet sugeruje, że będzie o mamach, dzieciach i już. No i tak chyba do tej pory było. Na szczęście to początki i okazja do pisania o tacie, tatusiach, mężach, partnerach i ich roli w życiu rodziny, jeszcze będzie.

Dziś tylko dodam, że kiedy mój mąż ostatnio wyprawiał naszą czeladkę do szkoły, to okazało się, że to co ja mozolnie osiągam w 40 minut on załatwił w 20! Okazało się, że dzieci potrafią samodzielnie wykonać wiele czynności, tak trudnych chociażby jak uczesanie sobie samej dwóch kucyków (dziewczę ma 8 lat). Ok a może to nie takie trudne, a ja mamuśka myślę, że beze mnie to moja familja zginie?!

OK! oddaję trochę odpowiedzialności za siebie samego moim dzieciom i mojemu mężowi i dzielę się z nim naszymi dziećmi. O nie, nawet mówię o MOICH dzieciach! Przecież one nie są ani moje, ani nasze (no szybciej nasze niż moje). One po prostu SĄ!

A I CO NAJWAŻNIEJSZE:     BIORĘ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SIEBIE.

To będzie trudne:
  1. nagle przyznać, że beze mnie świat się nie zawali, a co gorsza, może będzie lepiej funkcjonował ;)
  2. że ja sama jestem odpowiedzialna za siebie samą i ponoszę z tego tytułu wszelkie konsekwencje
No to trzymajcie kciuki czy też módlcie się za mnie proszę, jeśli chcecie wspierajcie. Bo tak jak już wyżej wspomniałam, to i tak ja jestem ODPOWIEDZIALNA, więc modlić się będę za siebie sama też.


środa, 24 lipca 2013

Gorący czas wakacji

Już prawie miesiąc wakacji za nami. Maliny już dojrzały, brokuły i kalarepki nawet na grządce przerosły, bo mamie się urlopu zachciało. I to jaki urlop! Pod namiotami! W roli mamy pierwszy raz. Za czasów dziecięcych, to tylko do ogrodu koleżanki mogłam się wybrać, na kolonie owszem jeździłam, ale pod namioty? Nigdy! Tak więc nowość i wyzwanie, kolejne w życiu... No i....
No w roli mamy to nie to samo co w roli dziecka. Choć chyba każdemu się podobało, i rodzicom i dzieciom. To było doświadczenie czegoś zupełnie nowego.

Mam w pamięci wiele rzeczy a Jedna z nich wiąże się z obserwacją życia namiotowego pewnej rodziny.

Rodzina podobna do mojej. Tata, mama, najstarsza córka w wieku około 9 lat, młodsza może jakieś 6 i syn może 5 lat. Nie wiem jak mieli na imię, wiem, że byli ze Słowenii. Rano mama wstawała pierwsza, by w spokoju się pogimnastykować. Pole namiotowe jeszcze lekko zaspane wówczas było, a że mnie samej zdarzało się wysunąć swój nos z namiotu około ósmej, dziewiątej, to zauważyłam ten fakt dopiero pod koniec wczasów. Potem wspólne śniadanie i wyjście na plaże, którą była kilka kroków od pola namiotowego. Często zdarzało im się idąc nucić piosenki. Czasem widziałam jak rodzeństwo śpiewa wieczorem lub rano w namiocie i tańczy ze sobą lub z miotłą, tak by było do pary. Rodzice bawili się z dziećmi. Tata grał z nimi w piłkę. Jedną grę nawet sobie do nich pożyczyliśmy, tak się spodobała mojej Madzi. A mama wcale przy garach nie siedziała, też ją można było spotkać na zabawie z dziećmi. A co do garów, to na zmywaku i tata czas spędzał i dzieci też. W ciągu dnia oprócz plażowania atrakcją były też rowery. A wieczorkiem czytanie i spanie. Dzieci przed zmrokiem już znikały, za to rodzice, w półmroku świec siedzieli razem i rozmawiali szeptem.

Mam wrażenie, że w tej rodzinie i potrzeby dzieci i dorosłych są równie ważne.

Sprawiali wrażenie szczęśliwej rodziny. Z daleka wyczuwało się ciepło i spokój, jaki ich otaczał.