Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 stycznia 2018

W czwartej klasie jest dużo nauki

Piszę dziś o ważnym temacie, jaki pojawił się w szkole w Pietrzykowicach. Pojawiła się potrzeba rozmowy o tym, w związku z czym zaproszono mnie na spotkanie z nauczycielami i rodzicami uczniów klas czwartych. Spotkanie odbędzie się dziś, jutro i we środę. Ciekawa jestem jak ono się potoczy. Mam nadzieję, że zyskamy na nim wszyscy.


Spotkałam się kilka razy z opinią, że w czwartej klasie jest dużo nauki i że jest to duży przeskok między nauczaniem początkowym, w klasach 1-3 a nauczaniem późniejszym. Niektórzy rodzice mówią, że jest więcej nauki, więcej zadań domowych, że trzeba spędzić z dzieckiem kilka godzin na odrabianiu zadań domowych. Wydaje się, jakby nauczyciele więcej wymagali, albo że system nauczania wymaga więcej.

Czy to rzeczywiście chodzi o, że tej nauki jest więcej?

Wydaje się, że tak. Jest tego coraz więcej. Być może chodzi też o pojawienie się nowych przedmiotów. Nie ma już nauczania zintegrowanego, a jest osobno język polski, matematyka, przyroda i kilka innych. Na każdy z nich wymagane jest odrobienie pracy domowej. Pojawiają się sprawdziany, kartkówki i prace klasowe z tych różnych przedmiotów. Wymagań i oczekiwań cała góra. Sprostać im to prawdziwe wyzwanie. Chodzi o to, by mieć dobre, jak nie najlepsze, oceny ze wszystkiego. Dziecko chce temu sprostać, chce by rodzice i nauczyciele byli dumni, bo to da im poczuci bezpieczeństwa. Kiedy dziecko dostaje czwórkę, czy piątkę jest chwalony przez rodzica i nauczyciela i samo dobrze się czuje. Kiedy coś idzie nie tak, to zaczynają się trudności.Może pojawia się uczucia wstydu, smutku, a może nawet jakiś niepokój.

Zapominamy, że OCENA jest INFORMACJĄ i nie ma nic wspólnego z naszą wartością. Jesteśmy niepowtarzalną wartością, właśnie dlatego, że jesteśmy. To jakie mamy stopnie nie wyznacza naszej wartości.

Ocena, bywa wypadkową wielu czynników. Nie zawsze odzwierciedla poziom naszej wiedzy, czy wysiłku, jaki włożyliśmy w naukę. Czasami stres związany z odpowiedzią ustną, czy pisemną był tak duży, że nie poradziliśmy sobie z nim, a przez to wynik naszej pracy jest niższy, niż przyswojona wiedza. Warto o tym pamiętać i pytać dziecko o takie sytuacje. Możesz przecież powiedzieć pytająco:

"Hmm, jesteś wściekły, bo włożyłeś na prawdę dużo pracy w naukę, a na sprawdzianie, z powodu zdenerwowania, nie potrafiłeś sobie przypomnieć wielu rzeczy. Teraz wiesz, że to umiesz i na spokojnie wszystko pamiętasz?"

Nie przypadkowo mówię, o tym, by  było to w formie pytania. Nie wiemy co się dzieje z naszym dzieckiem. Nie zakładajmy od razu, że doskonale wiemy jak ono się czuje i co jest tego przyczyną. Pytaj:

"Co się stało"

Daj się dziecku wypowiedzieć. Nie pouczaj. Unikaj zwrotów "a nie mówiłem..., a jakbyś się bardziej przyłożył" nie dawaj rad. Lepiej okaż zrozumienie dla uczuć dziecka i TYLKO SŁUCHAJ, aktywnie, z pełną uwagą, przytakując.

Potem zapytaj, czy potrzebuje Twojej pomocy, rady, czy może ma pomysł co teraz zrobić. Dziecko na prawdę może mieć już w głowie doskonały plan.Jedyne czego potrzebuje to być wysłuchanym, zrozumiany. Twoja empatia może otworzyć drogę do kreatywności. A jeśli nie wie, to zapytaj, czy chce usłyszeć Twoją propozycję.

Możesz wtedy powiedzieć. "Wiesz, jeśli na prawdę Ci zależy, to jest to szansa na poćwiczenie. Wystarczy się przyłożyć, ćwiczyć, powtarzać, a wtedy to, co trudne staje się proste. Chętnie Ci pomogę, pokażę i wytłumaczę co trzeba"

Kiedyś opowiedziałam dziecku, że z nauką nowych rzeczy jest tak jak z szyciem nowej rzeczy. Wiem, że jeszcze tego nie umiem i bywa, że odkładam szycie na później. Jeśli jednak zrobię pierwszy krok i zacznę robić wykrój, potem skroję materiał i zacznę szycie, to zaczynam nabierać ochoty na więcej. Czasami ta pierwszym sztuka jest tylko próbną. Bywa, że dość nie udaną, ale wówczas ja już wiem, co mogę poprawić, jak zrobić lepszy projekt, jak inaczej skroić materiał, a może użyć innego, co będzie lepsze. Wtedy zaczynam mięć jeszcze większą ochotę na szycie właśnie tej jednej konkretnej rzeczy. Kolejna sztuka wychodzi lepiej, następna jeszcze lepiej i lepiej. Po prostu trening czyni mistrza. Pokonuję siebie samą, staję się lepsza od siebie i rywalizuję ze sobą, nie z innymi, tylko ze sobą. Chodzi o mój rozwój, o moją wiedzę i umiejętności.

Słowo "JESZCZE" jest tu kluczowe.

Jeszcze tego nie umiem, ale mam wszystko czego potrzebuję, by się nauczyć.
Mam chęci, samozaparcie i wewnętrzne postanowienie wytrwania w dążeniu do celu. Wierzę, że jeśli tylko się postaram i będę działać, uczyć się i ćwiczyć, to dam radę. Mam wiarę w siebie.

Jeśli Twoje dziecko takiej wiary nie ma, to warto mu pomóc ją zdobyć, pokazują, co dobrego już zrobić, jak wiele już potrafi, ile się już nauczyć. Powiedz mu, że nie może się poddawać, że może zostać kim chce. Zrób to zaraz po tym, jak okażesz szacunek dla jego uczuć rezygnacji, braku wiary w siebie, zniechęcenia, smutku i przygnębienia. Usłysz te uczucia, uszanuj i dopiero, gdy zobaczysz, że dziecko poczuło się zrozumiane dodaj mu wiary.

Dziecko i każdy człowiek jest już wystarczająco kompetentny, by wypłynąć na głębię swoich możliwości.



środa, 4 marca 2015

"Pierwszy raz w życiu"

Odbieram paczkę w kiosku Ruchu. Pierwszy raz w życiu.



Pani w okienku mówi: "Oj a ja pierwszy raz w życiu taką paczkę będę wydawać"
Ja: "o a ja pierwszy raz odbieram"
Pani: "a nie mogłaby Pani przyjść jutro"
Ja: "nie, proszę spróbować, pomogę Pani, poradzimy sobie"

Pani próbuje, trzy razy i się nie udaje. Minę ma kwaśną, choć ja zapewniam, że poczekam. Tłumaczy mi, że jej koleżanka, która zwykle to robi jest teraz z dzieckiem w domu i nie może tu przyjść wydać tej paczki. Po raz drugi pyta mnie, czy nie zechciałabym przyjść jutro. A ja w sercu mam takie zwykłe, łaskawe, pewne NIE. W końcu proponuję, by zadzwoniła do koleżanki i podpytała jak tą paczkę wydać.To jest jakiś system, coś tam należy kliknąć, zaakceptować, zeskanować...No więc Pani dzwoni. Koleżanka podpowiada, na twarzy Pani w okienku pojawia się uśmiech, padają słowa:

"aaaa. wiem"

coś wstukuje, drukuje, uśmiech coraz większy. Moje serce pęka z radości. Jej serce też. Obie mamy ochotę skakać. Ona, że dała sobie radę, ja, że się nie wycofałam, że posłuchałam swojego serca, które mówiło:
"Jutro nie możesz, nie chcesz przyjechać. Daj Pani szansę, podpowiedz, że sobie poradzi."

I tak zrobiłam, no i dałyśmy obie radę. Ja ze spokojem, cierpliwości i  życzliwością w sercu.

Nawet ani razu nie pomyślałam, że to jakaś porażka, zero oceny w myślach, że jak tak można. Co kiedyś się mi zdarzało. Dziś tylko wiara w to, że na pewno sobie poradzimy, że wystarczy poszukać jakiegoś rozwiązania dobrego dla obu stron.

Mam wrażenie, że ta Pani była dumna z siebie, z tego, że sobie poradziła!

Ja nadal mam w sobie moc wdzięczności, że uwierzyłam, że się da, że można, jeśli tylko się chce.

Powiedziałam jej na do widzenia:

"Strasznie, przeogromnie się cieszę. To, że się Pani postarała  włożyła tyle wysiłku w wydanie tej paczki jest dla mnie ogromnie ważne. Bardzo dziękuję i życzę miłego dnia".

Nie wiem czy mnie słyszała, to znaczy słyszała, ale chyba do niej nie dotarło, nadal była w skowronkach, kiedy odchodziłam. A za mną ustawiła się w międzyczasie kolejka 3 osób. Młoda kobieta stojąca tuż za moimi plecami serdecznie się uśmiechała.

Czyż życie nie bywa piękne!!!???

Czy da się to przełożyć na komunikację w rodzinie. Da się! Ja się właśnie takiego mówienia nauczyłam w swojej rodzinie: w rozmowach z mężem, dziećmi, siostrami, teściową. I nadal się uczę, codziennie, bo warto.

Bo to co czuję, kiedy sobie radzę i buduję relację, a nie udowadniam swoich racji, daje mi taką radość i energię, że nie da się tego z niczym innym porównać.

Poczułam jakby tą nieznajomą Panią z okienka kochała. I to się chyba nazywa "miłować bliźniego"