Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dbanie o siebie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dbanie o siebie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 czerwca 2015

Wybieram

O nie było mnie tu aż ponad miesiąc!

Przez ten czas kilka razy miałam zamiar się podzielić tym, co było dla mnie ważne. Kiedy się to działo, nie było przestrzeni na pisanie, a po kilku dniach zwyczajnie wybrałam coś innego: zazwyczaj było to odpoczynek, najczęściej ten wieczorny, po intensywnym dniu i choć wtedy właśnie miałam ochotę pisać, to już sił nie było. I tak sobie myślę, że ten brak sił, brak odpoczynku, brak troski o dorosłe potrzeby kieruje mnie na manowce. Wtedy tak łatwo wybrać, mniej lub bardziej świadomie, drogę, którą wcale nie chcę iść, której potem żałuję i po której czuję się jeszcze gorzej.

Brak sił, brak cierpliwości, brak spokoju, brak odpoczynku.

To chyba dość częste stany towarzyszące rodzicom, zwłaszcza małych dzieci. Bo tak wiele uwagi i czasu potrzeba maluchom, że dla starszych, a zwłaszcza dorosłym to już niewiele lub nic pozostaje.

To, że mam małe dzieci nie sprawia automatycznie, że moje potrzeby są mniej ważne i nagle nie zależy mi na odpoczynku, spokoju, łatwości, łagodności. Przeciwnie, czasami mam wrażenie, że te konkretne potrzeby wzrastają, a już na pewno dawno zaniedbywane, w końcu pragną być zaspokojone. I tu powstaje największy konflikt.

Jak to zrobić? Jak się o siebie zatroszczyć i jednocześnie dbać o dzieci, dom, rodzinę?

JAK DBAĆ O SIEBIE



To co, mnie pomaga to pewne nastawienie, świadomość:

1. Warto pamiętać, że Moje potrzeby są równie ważne jak dziecka, męża, czy innych osób obok mnie. Jeżeli jednak ja się o siebie nie zatroszczę, to i dla innych nie będę mieć serca. Dlatego wybieram południową drzemkę z małym dzieckiem, zamiast prasowanie, sprzątanie, gotowanie.

2. Odpuszczam wiele rzeczy i w miarę upływu czasu jest ich coraz więcej. Właściwie nie odpuszczam, a wybieram coś innego Zamieniam je na inne, aktualnie ważniejsze dla mnie samej. Przykładowo: latem wolę spędzić czas z rodziną na spacerze, na rowerach, nad wodą, wśród znajomych, na uprawie mojego warzywnego ogrodu zamiast sprzątać, prasować dziecięce ubranka (na prawdę nie zauważam, by były zmięte). Wybieram wieczorny czas spędzony z mężem, zamiast sprzątanie kuchni po kolacji.

3. Proszę o pomoc. Ludzie obok mnie chcą mi pomagać w zaspokajaniu moich potrzeb, wystarczy poprosić. I oczywiście, że czasami proszę, ale w sercu mam pewność, strach, że nie zechcą zrobić tego, czego chcę. Takie myśli nie są dobrymi doradcami i dość skutecznie odstraszają. Za to wiara w to, że inni chcą mi pomagać, czasami ułatwia. Dodatkowo świadomość, że prośba to jednocześnie akceptacja odmowy (w przeciwnym razie nie proszę, tylko żądam) może tylko zachęcić innych. Kiedy zakładam, że ktoś może odmówić, to staram się mieć w zanadrzu jakieś inne ciekawe rozwiązanie. Jeśli ktoś odmawia, to dlatego, że dla niego jego aktualne potrzeby są ważne. To wcale nie oznacz, że ten ktoś mnie olewa, nie chce mu się, jest beznadziejny, robi mi na złość. Nie! On po prostu wybiera siebie. Jasne, że dla mnie to może być trudne, ale to jeszcze nie powód, by kogokolwiek zmuszać.

Przykład:  

Córcia zależy mi na porządku, proszę Cię zanieść ubrania do szafy.
 
Kiedy ona mówi nie, to proszę kogoś innego o pomoc lub pytam ją co takiego się dzieje, że nie chce zrobić tego o co proszę, pytam kiedy by mogła to zrobić i sprawdzam, czy mi to odpowiada. Zastanawiam się też, czy te ubrania mogłyby być schowane w innym czasie. Tak czy inaczej sprawdzam o co mi i temu, kogo proszę, chodzi. Zdarza się bowiem, że nie chodzi mi o pomoc, tylko mam w głowie myśl, że nie odpocznę, dopóki w domu nie zobaczę porządku. Więc chyba nie chodzi o porządek, a o odpoczynek. A więc pojawia się nowa perspektywa:

zostawiam bałagan i idę spać




ALBO
zostawiam bałagan i idę na spacer
zostawiam bałagan i idę pogadać z przyjaciółką

Kiedy przestaję się upierać na jednym rozwiązaniu, łatwiej jest mi być szczęśliwą, bo łatwiej znaleźć swoje potrzeby i je zaspokoić, chociażby marząc.

MARZENIA


I tu jeszcze taka myśl, obserwacja: dzieciaki uwielbiają marzyć i czasami to wystarcza, by ich potrzeby były zaspokojone, dostrzeżone!

Ach synuś! Ale byłoby cudownie nie wstawać wcześnie do szkoły, cały czas się bawić, jeść tylko lody, mieszkać w kraju, gdzie codziennie świeci słońce i jest ciepło. Jak byłoby cudownie bawić się z mamą i tatą od rana do wieczora.

Marzenia są od tego, aby bawić się na całego!

U nas to działa i wcale nie chcą nic więcej, tylko sobie marzymy. Jasne, że to nie jedyny nasz sposób. To, co działa u nas, u innych może okazać się totalną klapą. Dlatego warto mieć kilka opcji i nie ustawać w poszukiwaniach nowych.

wtorek, 17 marca 2015

Pamiętaj: "bądź konsekwentna"

Konsekwentnie podążam za uczuciami i potrzebami wszystkich członków rodziny.
Konsekwentnie jestem elastyczna.
Konsekwentnie mówię o sobie, co czuję i czego potrzebuję, zamiast SZTYWNO trzymać się zasad.

Tak więc dzisiaj zamiast podążać za zasadą:

1.Najpierw zadanie domowe, potem zabawa na trampolinie
2. Najpierw obiad, później bieganie po podwórku

DOSTRZEGAM

1. Radość dzieci na widok trampoliny (rozłożonej wczoraj po raz pierwszy po zimie)
2. Dziecięcą potrzebę zabawy, potrzebę pobycia na powietrzu i złapania kilku promieni słonecznych

DOSTRZEGAM

1. Swoje uczucia: tęsknota
2. Bo potrzebuję słońca, ciepła, powietrza

WYBIERAM:

1. DLA DZIECI: bawią się tuż po szkole na podwórku (ps. tu akurat mam od lat zasadę-najpierw odpoczynek. Zasada wynika z potrzeb. Nie jest sztuczna, ani z "księżyca". Jednocześnie jeśli dzieci wybierają najpierw zrobienie tego zadania, bo chcą, to ok - nie mam nic przeciwko)

2. DLA SIEBIE: przerwa w pracy i kawa na słonecznym podwórku.

Wybieram troskę o siebie, o drugiego i słuchanie swoich potrzeb. Kiedy jestem życzliwa wobec człowieka (siebie również) z ogromną przyjemnością toczy się życie i obowiązki przestają być przymusem.


środa, 4 marca 2015

"Pierwszy raz w życiu"

Odbieram paczkę w kiosku Ruchu. Pierwszy raz w życiu.



Pani w okienku mówi: "Oj a ja pierwszy raz w życiu taką paczkę będę wydawać"
Ja: "o a ja pierwszy raz odbieram"
Pani: "a nie mogłaby Pani przyjść jutro"
Ja: "nie, proszę spróbować, pomogę Pani, poradzimy sobie"

Pani próbuje, trzy razy i się nie udaje. Minę ma kwaśną, choć ja zapewniam, że poczekam. Tłumaczy mi, że jej koleżanka, która zwykle to robi jest teraz z dzieckiem w domu i nie może tu przyjść wydać tej paczki. Po raz drugi pyta mnie, czy nie zechciałabym przyjść jutro. A ja w sercu mam takie zwykłe, łaskawe, pewne NIE. W końcu proponuję, by zadzwoniła do koleżanki i podpytała jak tą paczkę wydać.To jest jakiś system, coś tam należy kliknąć, zaakceptować, zeskanować...No więc Pani dzwoni. Koleżanka podpowiada, na twarzy Pani w okienku pojawia się uśmiech, padają słowa:

"aaaa. wiem"

coś wstukuje, drukuje, uśmiech coraz większy. Moje serce pęka z radości. Jej serce też. Obie mamy ochotę skakać. Ona, że dała sobie radę, ja, że się nie wycofałam, że posłuchałam swojego serca, które mówiło:
"Jutro nie możesz, nie chcesz przyjechać. Daj Pani szansę, podpowiedz, że sobie poradzi."

I tak zrobiłam, no i dałyśmy obie radę. Ja ze spokojem, cierpliwości i  życzliwością w sercu.

Nawet ani razu nie pomyślałam, że to jakaś porażka, zero oceny w myślach, że jak tak można. Co kiedyś się mi zdarzało. Dziś tylko wiara w to, że na pewno sobie poradzimy, że wystarczy poszukać jakiegoś rozwiązania dobrego dla obu stron.

Mam wrażenie, że ta Pani była dumna z siebie, z tego, że sobie poradziła!

Ja nadal mam w sobie moc wdzięczności, że uwierzyłam, że się da, że można, jeśli tylko się chce.

Powiedziałam jej na do widzenia:

"Strasznie, przeogromnie się cieszę. To, że się Pani postarała  włożyła tyle wysiłku w wydanie tej paczki jest dla mnie ogromnie ważne. Bardzo dziękuję i życzę miłego dnia".

Nie wiem czy mnie słyszała, to znaczy słyszała, ale chyba do niej nie dotarło, nadal była w skowronkach, kiedy odchodziłam. A za mną ustawiła się w międzyczasie kolejka 3 osób. Młoda kobieta stojąca tuż za moimi plecami serdecznie się uśmiechała.

Czyż życie nie bywa piękne!!!???

Czy da się to przełożyć na komunikację w rodzinie. Da się! Ja się właśnie takiego mówienia nauczyłam w swojej rodzinie: w rozmowach z mężem, dziećmi, siostrami, teściową. I nadal się uczę, codziennie, bo warto.

Bo to co czuję, kiedy sobie radzę i buduję relację, a nie udowadniam swoich racji, daje mi taką radość i energię, że nie da się tego z niczym innym porównać.

Poczułam jakby tą nieznajomą Panią z okienka kochała. I to się chyba nazywa "miłować bliźniego"

czwartek, 26 lutego 2015

Jak dbać o siebie....i o złość

"Życzę Ci dni bez łez i bez złości" trafiłam wczoraj na takie oto zdanie, życzenia składane przez bliskie sobie osoby.

A ja sobie życzę, by czasami umieć pokazać łzy i złości, zwłaszcza przed bliskimi. By być prawdziwą i autentyczną, łez się nie wstydzić, a złością nie przerażać.

Łzy wypływają ze smutku, żalu, bólu, bezsilności, bezradności.

Złość to uczucie, które wypływa z jakiej ważnej i aktualnej potrzeby, której nie udaje się zaspokoić. Podobnie zresztą jest ze smutkiem, żalem, bólem, bezradności i bezsilnością. One też mówią mi o tym, że czegoś bardzo potrzebuję, właśnie tu i teraz, kiedy to czuję. Dzieci też tak mają. Każdy człowiek tak funkcjonuje, że coś czuje, kiedy ma jakąś potrzebę.

Wtedy, gdy czuję radość, zadowolenie, spokój to wiem, że mam te potrzeby zaspokojone.

Kiedy czuję właśnie np. złość, to wiem, że nie drugi człowiek jest tego przyczyną, tylko MOJA NIEZASPOKOJONA POTRZEBA! A pojawiające się uczucie jest tego naturalną konsekwencją.

Kiedy więc moje/Twoje dziecko krzyczy:

"jestem teraz złaaaaa!!!!!"
"jesteś głupia"
"nie lubię Cię"
"ona kłamie"
"nie będę jej słuchać"

albo wpada w furię, tupie nogami, kładzie się w supermarkecie na podłodze, piszczy, upiera się przy swoim NIE

to "na chwilę" zapominam, odkładam, nie zwracam uwagi na to zachowanie, tylko mówię:

"widzę, że się wściekłaś!", "aha, widzę, że bardzo się rozzłościłeś!", "hmm czujesz teraz ogromną złość?"

albo

stoję i patrzę, nic nie mówię - pozwalam się pozłościć, potupać nogami, rzucić poduszką (czymś bezpiecznym)
przytulam

KAŻDY (DZIECKO TEŻ) człowiek potrzebuje 100% AKCEPTACJI nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy czuje ZŁOŚĆ.

SIŁA OCHRONNA

Są sytuacje, w których nie ma na co czekać, stać i patrzeć, aż pod wpływem złości, dojdzie do zranienia, do krzywdy.

Kiedy widzę, że ręka jednego dziecka podnosi się w górę i jest skierowana w drugiego? NIE CZEKAM aż się "pozabijają". Wkraczam i zatrzymuję tą rękę. Staję między nimi, jednego z nich (tego w silniejszych emocjach) przytulam, obejmuję, przyjmuję jego uczucie (mogę przyjąć to na poduszkę, którą mam przy sobie, by chronić też siebie)



A co mówię, to jest napisane wyżej. Generalnie nie oceniam. A jeśli już chcę coś powiedzieć to czekam aż emocje opadną, aż zostaną w 100% wylane, wypowiedziane, wyskakane. Bez tego ani rusz. Mam 100% gwarancję, że do osoby "zalanej" uczuciem złości, NIC nie dotrze, ona NIC nie zapamięta, i NICZEGO się nie nauczy.No chyba, że chcę ja nauczyć, pokazać, powiedzieć, że jej złość mnie nie obchodzi, czyli to co się z nią dzieje, co czuje i czego potrzebuje, jest dla mnie bezwartościowe, bo bardziej się liczy zasada, albo ja sama. Tak, ja wiem, że to jest trudne. W takich chwilach i ja sama mam już "po korek". Kiedyś dałam radę: nic nie mówiłam, słuchałam, zatrzymałam rękę, powiedziałam: "widzę, że się strasznie zdenerwowałeś", innym razem nic nie powiedziałam. Później patrzyłam na to zdarzenie jak na sukces, mój własny - dałam radę! Powstrzymałam się od moralizowania. Poskutkowało i w tej trudnej sytuacji złapałam z dziećmi kontakt. Kiedy sytuacje konfliktowe się powtarzają, staram się robić właśnie to, co buduje relację, czyli:

jestem z uczuciami
zastanawiam się o co chodzi (jaka jest za tym zachowaniem potrzeba)
mówię co widzę 
daję empatię
czekam, aż uczucia się wybrzmią

Dopiero potem mówię, że kiedy widzę jedną rękę zaciśnięte na ramieniu drugiej osoby, to czuję przerażenie, bo potrzebuję dla Was obu bezpieczeństwa, chcę się o Was zatroszczyć. Dlatego proszę weź poduszkę, paczkę chusteczek i uderz nią o podłogę. Chcę byście złość wyrażali w taki sposób, by wszyscy byli bezpieczni.

ZŁOŚĆ nie jest ani dobra, ani zła. Ona po prostu JEST zupełnie neutralna. To co robimy pod jej wpływem bywa raniące dla nas lub innych. Zawsze jednak robimy to, by zaspokoić nasze potrzeby. Pytanie, czy rzeczywiście wybierając taką czy inną strategię udało nam się zaspokoić tę potrzebę. Jeśli nie, to warto potraktować to jako próbę i poszukać innego lepszego sposobu.

Nasze dzieci się tego dopiero uczą - doświadczając. Jeśli mówią "głupia jesteś" to nie dlatego, że chcą nas zranić, tylko dlatego, że nie znają innego lepszego sposoby na wyrażenie swoich uczuć i potrzeb, bo ich zasób wiedzy jest jeszcze niepełny, a pod wpływem emocji ich mózg zwyczajnie nie myśli logicznie. 
Zresztą ja też tak mam, że kiedy się złoszczę to "wychodzę" z siebie, gadam rzeczy, które mnie potem dziwią i zastanawiam się co mi się stało. No rozumowe, logiczne i myślowe klapki mózgu mi odpadły i zostały tylko gadzie, instynktowne emocje. I dobrze, bo one mnie mają chronić. Złość pełni funkcję ochronną i informacyjną. To uczucie mi wykrzykuje:

"zajmij się sobą, już czas, już masz po korek, bardzo, ale to bardzo potrzebujesz:

odpoczynku
spokoju
współpracy
troski
uznania
akceptacji

i czego tam jeszcze chcecie"

W złości nie chodzi o drugiego człowieka, tylko O MNIE SAMĄ, to ja jestem na tyle ważna, że moje emocje mi krzyczą "WEŹ SIĘ ZA SIEBIE", pomyśl, czego potrzebujesz i poszukaj sposobu, by to dostać. Poproś o pomoc, znajdź kilka strategii, szukaj, kop, aż znajdziesz. SPRAWDZAJ co Ci służy, co wzbogaca Ciebie i Twoich bliźnich.

Jesteś jak sklep porządnie wyposażony, no taki SUPERMARKET w największym mieście świata czynny 24h na dobę. Znajdziesz tam dosłownie wszystko, czego dusz zapragnie! Ty to rozdajesz ludziom za darmo, zwłaszcza bliskim, tym na których Ci zależy. Jak się wszyscy dowiedzą, że jest 100% przecena na cały asortyment, no to się od ludzi nie odgonisz i sama zauważasz, że do tygodnia czasu sklep masz pusty! Nie miałaś czasu, by zajechać po towar, nawet, by go przez neta zmówić. Żaden przedstawiciel handlowy, zasobów w Twoim sklepie nie uzupełnił! Cały czas trwała wyprzedaż, co tam rozdawnictwo totalne i teraz TRACH! Ludzie się już nauczyli, przychodzą do Ciebie, a u Ciebie PUSTKA! Chcesz znów mieć swój sklep pełny? Zamknij go na chwilę, zajedź po towar, uzupełnij braki. Nikt tego za Ciebie nie zrobi. Upadniesz, będziesz musiała zamknąć swój sklep, swoje serce.


piątek, 20 lutego 2015

DOBRY PORÓD


W imieniu Stowarzyszenia Niezależna Inicjatywa Rodziców i Położnych „Dobrze Urodzeni” 
polecam i ZAMIESZCZAM, specjalnie dla zainteresowanych tematem mam, osób, położnych, doul

informację dotyczącą projektu „Dobry poród na ekranie”. Jest to cykl bezpłatnych pokazów filmowych z zakresu tematyki okołoporodowej, trwający przez siedem miesięcy.

            Pokazy prowadzone są przez położne zrzeszone w Stowarzyszeniu „Dobrze Urodzeni”. Już 28 lutego o godz. 13.00  odbędzie się projekcja filmu „Poród w ekstazie”. Miejsce seansu to Mój Wymiar. Braffiting ul. 11 Listopada 70 w Bielsku-Białej. Inicjatywa skierowana jest do wszystkich osób zainteresowanych tematyką okołoporodową. Szczególnie zapraszamy do udziału kobiety planujące ciążę, kobiety w ciąży lub już te, które stały się mamami.  W projekcie uczestniczyć może również personel medyczny, doule oraz wszystkie osoby, dla których poród jest ważnym tematem. Może w dzięki informacji zamieszczonej na Pani blogu znajdą się osoby chętne do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu. Celem projektu jest zmiana opieki okołoporodowej w Polsce. Pokazy organizowane są przy współpracy Stowarzyszenia Doula w Polsce, Fundacji Rodzić po Ludzku, Polskiej Szkoły Masażu Shantala oraz Katedry Zdrowia Kobiety SUM w Katowicach.

            Wszelkie informacje dotyczące projektu „Dobry poród na ekranie” zamieszczone są na stronie www.dobrzeurodzeni.pl oraz na Facebooku

środa, 11 lutego 2015

Skaczę z radości

Czuję dziś radość, bo moja potrzeba kontaktu z rodziną jest zaspokojona. To niewiele mówi, a że mam jeszcze niezaspokojoną potrzebę świętowania i dzielenia się tą radością, to opowiem coś więcej, bo to właśnie z Wami chcę się podzielić.

Otóż odkąd są ferie, to w naszym domu są zmiany. Takie zwykłe, naturalne: dzieci są w domu, a więc jest i głośniej, jest wrzawa, więcej zabawek, rzeczy, garów, szklane, talerzyków, mokrych ubrań po śniegu, suchych i brudnych też sporo i takie tam - życie w rozgardiaszu. A!!! I zapomniałabym o kłótniach, których co dziennie z mężem słuchamy (nawet jak słuchać nie chcemy), czasami o bójkach i takie tam - tam, gdzie dzieci więcej niż jedno, to tak to bywa. No więc było nam trudno, mi i mężowi. No bo nasza potrzeba ciszy, efektywnej pracy i sprawczości nie zaspokojona (tak - oboje pracujemy w domu). Na dokładkę potrzeba troski o kłócące się dzieci, bycia usłyszanym, brania ich i nas pod uwagę - no cóż, ciężko. Coś z tym trzeba zrobić! Tylko CO???

Otóż 4 kroki Porozumienia bez Przemocy

przykład:

Dzieci wychodzą z domu. Dwoje i tata już gotowe. Trzecie siedzi, gra, nie ubrane i wcale nie zamierza skończyć grać. Siostra mówi, eeee co tam, krzyczy:

"hej kończ już to WYCHODZIMY!!!"

Brat zero reakcji. Ja siedzę przy komputerze i słyszę. Domyślam się jak to się skończy. Siostra będzie coraz bardziej krzyczeć, a brat nie będzie słuchał. Może będzie płacz (bezsilność) może agresja (za którą kryje się potrzeba ochrony własnych granic). Ja chcę widzieć, że oni się szanują i biorą się pod uwagę. Potrzebuję, by zostało to załatwione efektywnie i sensownie. Dziś akurat im pomogę.

"Kiedy tak mówisz do brata, to chcesz się zatroszczyć o niego i o resztę, chcesz zdążyć na czas?"
"Tak"
"Ja też tego chcę, pomóc Ci"
"Tak"
"OK. Jest 15:04, a zaczynacie zajęcia o 15:15. Widzę, że grasz, chcesz dokończyć, ja jednocześnie chcę, żebyście zdążyli. Tata i siostry już wyszło. Jak Ci pomóc, żebyś już wyszedł?"
"ok, to ja już kończę. Podasz mi kurtkę?" I wyszedł. Mam nadzieję, że dotarli na czas.

A ja mam w sobie wdzięczność i uznanie dla siebie samej, bo podjęłam wysiłek zauważenia potrzeb moich dzieci i swoich własnych też. Znalazłam sposób, by się o nas wszystkich zatroszczyć i on się dziś sprawdził.

Dziś już wiem, że jak coś nie działa to poszukam innej drogi i SPRAWDZĘ jak się z tym będę miała ja i ludzie obok mnie. Teraz mam w sobie zaufanie, że cokolwiek, by się nie działo, to sobie poradzę.

Wieczorem, kładąc się spać w domu, który wyglądał jakby przez niego przeszło tornado, pomyślałam:

"jak ja chcę sobie poradzić z tym bałaganem, czego ja potrzebuję, jak ja chcę ich prosić o pomoc?"

Przyszła odpowiedź:

"Z zaufaniem, że oni chcą pomagać, współpracować, sprawiać, że bierzemy się pod uwagę i jesteśmy dla siebie ważni"

Rano wstałam i też tą myśl miałam. Moje prośby kierowane do domowników były słyszane i brane pod uwagę. Ja skupiłam się na pracy i zaufałam, że oni dadzą radę w drobnostkach tj: zrobienie sobie kanapki, pozbieranie swoich ubrań, umycie umazanego farbami stołu, obranie jajek itp. I co się okazało?
Nie tyle zrobili o co prosiłam, ale nawet więcej - w kuchni na stole czekał na mnie i męża talerz z zupą. Jasne, dzieci mają już 8, 9 i pół i ponad 11 lat, zupę ugotowałam ja, ale jajka to już wysiłek córki, a współpraca w nalewaniu? Syn stoi i podaje talerz, pierworodna nalewa, młodsza podaje na stół. I łyżki też były. Tylko krzesła trzeba było sobie znaleźć i przytaszczyć do kuchni, bo się po domu rozpierzchły.

No radość w sercu, a wystarczyło tylko w nim pogrzebać, doszukać się swoich uczuć, potrzeb, pomyśleć o zaufaniu i wiary w to, że I JA I ONI DADZĄ RADĘ. Tyle, albo aż tyle. I nie myślcie, że to przyszło od tak. Nie to jest ciężka praca, moja własne zmiana i rozwój. I nadal się uczę, dosłownie: czytam, chodzę na szkolenia, sama prowadzę warsztaty, do których się solidnie przygotowuję i tym samym się uczę. Robię coś i widzę, że czasami nie tędy droga, czasami płaczę,chcę tym rzucić, dostaję wsparcie i empatię, czasami kopa w cztery litery i znów się zbieram w sobie, łapię energię i znów szukam lepszych strategii. To nie jest łatwa praca. Nie widzę jednak innej drogi jak poprzez własną zmianę. A żeby nie brzmiało to tak strasznie, to ten post jest właśnie po to, by cieszyć się sukcesami. I ich też jest mnóstwo, maleńkich i tych większych. I dziś chcę się cieszyć i to robię. Dlatego piszę, że serce mi radość wypełnia. Aż chce się skakać!




środa, 21 stycznia 2015

Z cyklu "warto bym dbała o siebie"

Czasami tak rozmawiam z ludźmi, że zaświeca mi się lampka alarmowa "chyba nim/nią manipuluję". Mam takie myśli w sercu, mam takie wewnętrzne sygnały, niepokoje. Bywało, że zupełnie ten wewnętrzny głos zagłuszałam. Ostatnio znowu powrócił i tym razem postanowiłam, że się zastanowię, wejrzę w głąb siebie.

Po pierwsze:

Przyznałam się, że to może być dla mnie manipulacja. Skoro czuję niepokój, to coś jest nie tak.

Po drugie poszukam w sobie odpowiedzi na pytanie:

O CO MI CHODZI? Czego ja chcę?

Chcę zatroszczyć się o swoje potrzeby i to jest zupełnie naturalna sprawa. biorę za siebie 100% odpowiedzialność i wybieram taki sposób, który wydaje mi się najlepszy. Widzę jednocześnie, że troszcząc się o siebie, tracę kontakt z drugim człowiekiem. A więc jeszcze jakaś jedna ważna potrzeba, przy tej okazji, nie została zaspokojona. Jaka?

BYCIA W RELACJI z drugim, chcę go brać pod uwagę, chcę się troszczyć zarówno o siebie jak i o drugiego i dlatego szukam strategii zaspokojenia potrzeb obu stron.

Przykład:

ja:
 "Dzieciaki, chcę tu teraz posprzątać. Proszę Was zabierzcie swoje ubrania z łazienki i zanieście je do szafy"

dzieciaki chórkiem:
"za chwilę"

Ja (z czystą ciekawością i zainteresowaniem oraz z zaufaniem, że oni na prawdę mi chcą pomóc i że ja też potrafię ich usłyszeć):

"to, co Wy teraz robicie?"

I idę zobaczyć co robią, by w ogóle sprawdzić, czy jest szansa na współpracę. I widzę, że właśnie przygotowują przedstawienie, więc mówię:

"Aha, macie teraz próbę i pewno chcecie ćwiczyć. Ja chcę teraz posprzątać, wy ćwiczyć - macie jakiś pomysł, co teraz zrobić?"

No i zaczyna się dialog, oni mają swoje pomysły, ja sprawdzam, czy dla mnie to jest ok, a może ja wpadnę na jakieś rozwiązanie, sprawdzę jak bardzo mi zależy na porządku, co stracę a co zyskam jeśli oni mi nie pomogą. Myślę nad tym na czym bardziej mi zależy, czyli która potrzeba jest ważniejsza:
porządku, czy bycia w relacji z dziećmi (prowadząc z nimi dialog jestem w relacji). Zmuszając ich (np. manipulacją) do pomocy zrywam relację. Mówiąc o sobie dbam o autentyczność. Biorąc ich pod uwagę, pytając o zdanie, pokazuję, że są dla mnie ważni, że akceptuję ich bezwarunkowo, też wtedy, gdy ja chcę sprzątać, a oni chcę robić coś innego. I to nie koniec ja się nie poddaję. To dla mnie początek - TO JEST RELACJA.

To, czym się kieruję, to troską o siebie. Głównie dbam o siebie, o swoje uczucia i potrzeby, a jedną z nich jest potrzeba troski o drugiego i chęć zbudowania z nimi relacji. A więc mogę być "zdrową egoistką", która z własnej potrzeby troszczy się o innych, bo to jest korzyć sama w sobie dla mnie. To co robię, wypływa z moich potrzeb.

Jasne, czasami nie mam siły na budowanie relacji i, albo zmuszam ich, albo siebie do czegoś, czego w gruncie rzeczy nie chcę. Takie działanie, wcale nie sprawia, że żyje mi się dobrze. Cóż...może to też jest potrzebne-do rozwoju, do zmiany. Tak postępując też coś wybrałam, za tym były jakieś moje ważne potrzeby. Tak, pewno, ja widzę, że to nie było najlepsze wyjście, nie udaję. Ta refleksja pozwoli mi na kontakt ze sobą, na przyjrzenie się temu, o co mi chodzi i znalezienie lepszego sposobu na raz następny. Użalanie się nad sobą, dla mnie, nie jest konstruktywne. Szukanie uczuć, potrzeb i strategii tak, nawet jeśli będą przynosiły korzyści w przyszłości. To jest dla mnie uczenie się przez doświadczenie. Takie podejście pozwala mi nie mieć niszczącego poczucia winy.



sobota, 10 stycznia 2015

Gdzie dwóch się bije...

Jak pomóc dzieciom podczas kłótni?

Staram się pamiętać, że kłótnie, czy sprzeczki są dzieciom potrzebne i nie zawsze warto się w nie angażować. Dzieciaki po prostu w ten również sposób uczą się rozmawiać, negocjować, dogadywać. Owszem czasami widzę, słyszę, że sytuacja się pogarsza. Domyślam się lub wręcz widzę, że ktoś może ucierpieć, zostać uderzony. W takich sytuacjach reaguję od razu. Zatrzymuję więc rękę dziecka w locie, zanim trafi brata, czy siostrę, o ile zdążę.

Ostatnio miałam taką sytuację:

Zbliża się późna pora wieczorna. Późna dla mnie, czuję zmęczenie i już marzę o wzięciu prysznica i położeniu się. Widzę, że jeszcze sporo mam do zrobienia. Chcę też jeszcze usiąść z dziećmi i poczytać im na dobranoc. Zastanawiam się więc co najbardziej bym chciała zrobić. Wiem, że czasami po wzięciu prysznica odnajduję w sobie drugą siłę i sen z powiek znika. Wiem, też, że zazwyczaj bardzo mnie to relaksuje i szybko ładuje baterię. No więc wybrałam prysznic.

Wracam, zregenerowana i słyszę w pokoju dziecięcym płacz i przekrzykiwania się. Słyszę też próbę uspokajania młodszych przez najstarszą. Na szczęście, chwilę wcześniej wybrałam SIEBIE, odpoczęłam pod prysznicem. Przypomniał mi się też wywiad z Moniką Szczepanik o budowaniu relacji z dzieckiem. Posłuchać go można TUTAJ

Tak więc te dwie rzeczy zrobione dla siebie, mój kubek wypełniony po brzegi i miałam co "odlać dzieciom".

Wchodzę i widzę, że syn siedzi na łóżku siostry. Ona płacze i mówi, że on nie chce zejść. Słucham ją.

I mówię:

"tak, widzę, że chyba jest Ci bardzo smutno" (ona płacze... bardzo, łzy się leją, buzia czerwona)
Ja ciągnę nadal:
"chcesz, żeby brat Cię pytał, czy może wejść do Twojego łóżka???"
Ona: "Tak! I one nie wychodzi, chociaż go proszę"

Wiecie, jej było bardzo ciężko, a mimo to siedziała na tym krześle bez ruchu. Kiedyś mogłam się spodziewać, że ona po prostu załatwi sprawę "ręcznie". W sumie, to wtedy też to zrobiła, ciut wcześniej. I mówi:

"mamusiu, ja wiem, że nie wolno go bić, ale bardzo się zdenerwowała. Ja tego nie chciałam, bardzo przepraszam"

Ja: "aha"

W między czasie brat rozpoczął swoją wersję. A więc teraz skupiam uwagę na nim. Słucham, przytakuję.
"aha, jesteś zły"
On:
"tak, ona powiedziała, że jak nie zejdę to wyrzuci moje zabawki na balkon"
Ja:
"aha, wystraszyłeś się, boisz się? chcesz być pewny, że ona tego nie zrobi" (potrzeba bezpieczeństwa i nienaruszalności granic)
On:
"tak"

Słuchałam raz jego, raz jej. Tyle czasu i uwagi dla każdego z osobna ile chcą, skacząc jak z kwiatka na kwiatek. Tylko słuchałam. Nic nie moralizowałam, nie prawiłam kazań, nie upominałam. Byłam uważna na to, co mówią - bez oceniania.

W pewnym momencie mówię:
"Krzysiu, ja chcę Wam teraz poczytać, a Twoja siostra chce się położyć w swoim łóżku. Potrzebuję Twojej pomocy. Chcę, żebyś położył się w swoim łóżku." I widzę, że on przechodzi do siebie. Co prawda minę ma kiepską, no ale łóżko zwolnił. Chcę się zatroszczyć o jego uczucia i pytam, czy jest nadal zły, a może smutny. A on się chowa pod kołdrą i rzuca krótkie i ostre NIE. Drążę temat:

"chcesz pogadać?"
"Nie"
"ok, to chcesz, żebym czytała"
"Tak"

Zanim zaczęłam czytać, syn wyszedł spod kołdry i nagle widzę, że uśmiecha się do siostry i przyjaźnie z nią rozmawia. No normalnie z wielkiej złości do wielkiej radości. No niesamowite!

A co ja z tego miałam?

Radość, zadowolenie, że udało mi się utrzymać z nimi relację, być z nimi w ich trudnych chwilach.
Nie było narzekania, marudzenia, złoszczenia się, uspakajania, zakazywania i moralizowania.

Było współczucie, empatia, słuchanie. Zobaczyłam ich, że jest im trudno się dogadać, że nie łatwo się jest o siebie troszczyć i jednocześnie szanować drugiego, że to wymaga ciężkiej pracy, panowania nad sobą, cierpliwości, wiedzy, doświadczenia. To wymaga zasobów, których dzieci zwyczajnie mogą jeszcze nie posiadać. Mogą je nabyć ucząc się i ten wieczór był dla nich nauką:

empatii
spokoju
słuchania
uwagi i troski

I czuję wdzięczność. Bo zatroszczyłam się o nich w duchu szacunku, po tym jak chwilę wcześniej zadbałam o siebie. Bo potrzeby wszystkich zostały zauważone i wzięte pod uwagę.


piątek, 9 stycznia 2015

"MUSZĘ" się o siebie zatroszczyć

Dla mnie bardzo odkrywcze było stwierdzenie, że nic nie muszę.

Zacznę jednak od tego, że słowo MUSZĘ jest bardzo popularne. Czasami zamieniamy go na POWINNAM, WYPADA.
Nie trzeba się specjalnie zastanawiać, by zobaczyć jak wiele rzeczy muszę.

MUSZĘ rano wstać do dzieci
WYPADAŁOBY zrobić im kanapki
POWINNAM im wyprasować bluzki
MUSZĘ zdążyć
MUSZĘ iść do pracy
POWINNAM do niej zadzwonić
WYPADAŁOBY ją odwiedzić
MUSZĘ iść z nim do lekarza
POWINNO się robić badania

Dopiszcie co jeszcze chcecie, bo ja już się oduczyłam MUSIEĆ i kiepsko mi idzie to wymyślanie.

JA WYBIERAM

MUSZĘ zastępuję WYBIERAM, CHCĘ, WARTO

I odkąd już tak zastępuję, to i słyszę, że moje dzieci też się nauczyły. Czasami słyszę:

"ej, ale nie musisz, możesz, jeśli chcesz"

Dziś jednak odkryłam, że jest takie MUSZĘ, które MUSZĘ!!! W moim sercu pojawia się MUSZĘ, które obrazuje silną potrzebę, coś bardzo ważnego, o co CHCĘ się ZATROSZCZYĆ.

TROSZCZĘ SIĘ O MOJE WNĘTRZE

Jest to MÓJ świadomy wybór. Jest to coś niezwykle silnego, na czym mi bardzo zależy, o co koniecznie CHCĘ zadbać. Czuję wewnętrzną siłę i energię do zmierzania w kierunku zrobienia tego, co tak bardzo krzyczy o zatroszczenie się. Ciągle mi to chodzi po głowie. Codziennie się upomina, wręcz "męczy" wewnętrznie. Jeśli odkładam to już od dłuższego czasu to zaczyna, że może to być coraz silniejsze. Te potrzeby ze zwiększoną siłą proszę, wręcz żądają, by o nie zadbać. 

Wtedy takie MUSZĘ jest dla mnie WYBOREM. 

To jest mój wybór i robię to w 100% w zgodzie ze sobą samą. Robię to dla siebie, a nie na pokaz, czy też dlatego, że ktoś każe, albo ze strachu.

Wtedy, kiedy WYBIERAM, to takie "MUSZĘ" pochodzi z serca. A siła tego słowa odzwierciedla wewnętrzną potrzebę i zgodę, w poszanowaniu własnej wolności i wyboru, na swoje działania.

Takie MUSZĘ może pochodzić nawet ze spontanicznego wyboru. To może chodzić o jakąś chęć zrobienia czegoś, co nie koniecznie się zaniedbywało.

MUSZĘ iść z dziećmi na sanki, bo wewnątrz serca czuję ogromną potrzebę zabawy, szaleństwa, radości i śmiania się. Potrzebuję właśnie z nimi, właśnie na śniegu, w spontanicznej dziecięcej zabawie poszaleć, być w bliskiej relacji zabawowej.

MUSZĘ koniecznie wyjechać i pobyć w środowisku bez dzieci, wśród dorosłych, na warsztatach, albo w samotności, w SPA.

To gdzie i jak to są STRATEGIE, SPOSOBY zaspokojenia różnych POTRZEB:

ciszy
spokoju
rozwoju
odpoczynku

To MUSZĘ odzwierciedla moją gotowość. "Dla chcącego, nic trudnego". Ja bym powiedziała, że "dla GOTOWEGO nic trudnego". Kiedy odnajdę w sobie to MUSZĘ w poszanowaniu swojej wolności, zgody na swoje potrzeby, zgody na prawdziwość, to wówczas nie martwię się tym, co inni pomyślą, tylko idę za tym, co dla mnie ważne. I nie chodzi tu o bezczelny egoizm i brak szacunku dla innych, nie myślenie o drugim człowieku i nie branie go pod uwagę,Wcale nie! Chodzi o to, by zobaczyć siebie, czego tak naprawdę ja potrzebuję i próbować się o to zatroszczyć, przy jednoczesnej świadomości ważności potrzeb innych.

Ja mam takie wewnętrzne przekonanie, że to, co robię jest ważne, jest moje, jest potrzebne.

Śpiewam w samochodzie i nie martwię się, że fałszuję.
Zjeżdżam z dziećmi na "jabłuszkach" i co z tego, że ktoś pyta "ty też zjeżdżasz???" (choć tu akurat większość to pochwala, ale nie dlatego to robię)
Udaję głupka, by rozśmieszyć dzieci i nie martwię się, że patrzą na mnie jak na wariatkę!

Robię to dla siebie, bo naprawdę wewnętrznie "MUSZĘ", bo czuję, że jak nie zrobię, to pęknę. Robię rzeczy, które wydają się bezsensowne i niepotrzebne. Nawet czasami sama się zastanawiam "po co komu to potrzebne?" Czasami w głębi serca coś mi mówi, że warto, że może komuś się to przyda, że mnie da to radość. Kiedy za tym idę, zazwyczaj się okazuje, że to był szczał w dziesiątkę. A jeśli nie, to już się nie martwię i wstydu nie czuję. Uczę się do siebie samej dystansu, pozwalam sobie nie trafiać w sedno, zgadywać i słyszeć "nie, to nie to". Wiem, że nie jestem idealna. Wiem, że się mylę, że mogę zmienić zdanie.

I dobrze się czuję ze swoją omylnością. Jak dobrze NIE być AUTORYTETEM. To takie uwalniające: pozwolić sobie na bycie sobą.

Każdego dnia wybieram takie zachowania, które odzwierciedlają moją wiedzę, doświadczenie, wynikają z mojej gotowości, czy okoliczności i możliwości. Gdybym była w stanie, zrobiłabym inaczej. Jeśli zobaczę, że moje działanie jest krzywdzące, mogę je zmienić, wyciągnąć naukę, poszukać lepszych rozwiązań. Nie ma co siedzieć w czarnej dziurze poczucia winy. Nie o to chodzi, by się zadręczać. Widzisz, że można inaczej, zrób tak. Nie widzisz? Poszukaj, zaufaj, że można znaleźć kilka rozwiązań. Skupiając się na swoim błędzie i obwiniając siebie czy innych trudno wyjść z ciemności. Poużalaj się, ok, jednocześnie warto znaleźć nadzieję, pocieszenie, zaufanie, wiarę w to, że może się udać inaczej. Warto dać ujście trudnym emocjom, spisać je na kartce (ona wszystko przyjmie-a potem spalić), porozmawiać z zaufaną osobą, pomyśleć w ciszy nad tym "o co mi chodzi". Wentylacja uczuć otwiera drzwi do różnych rozwiązań.

piątek, 19 grudnia 2014

"Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni" Czy tylko łatwo powiedzieć?

W mojej głowie pojawiają się czasami oceny. Zastanawiałam się ostatnio skąd one się biorą i dlaczego wywołują tak żywe uczucia.

Myślę, że nie oceniam, lub szybko się potrafię powstrzymać przed oceną, kiedy pamiętam o tym, że każdy może być taki, jaki chce i robić to, co chce, a nie to, co JA CHCĘ!

OCENA

Mnie się zdarza kogoś ocenić, ba nawet osądzić i wydać wyrok. Gdyby ocena się we mnie nie pojawiała, gdybym nie miała przemyśleń, nie byłoby tego posta. Nie byłoby też zmiany i rozwoju i lepszego poznania siebie samej. A to, mam nadzieję, poprawia jakość mojego życia i ludzi obok mnie.

Ocena prowadzi mnie do zerwania kontaktu z drugim człowiekiem, do zamknięcia się lub do krytyki, która niszczy relację. Za moimi ocenami stoją moje wyobrażenia, że ktoś powinien, chcę by był i robił właśnie to co ja uważam za słuszne. Nie daję wolności, nie daję prawa do odmienności. W świadomości oczywiście daję. Natomiast podświadomie i w sercu dzieje się coś innego. Moje potrzeba np. życia w lepszym świecie (ten lepszy świat ma wyglądać tak jak ja sobie wyobrażam) może mnie poprowadzić do wyboru takiego jej zaspokojenia, który wcale nie sprawi, że będzie lepiej. Moje uczucia czasami rodzą się we mnie z powodu oceniających myśli. Kiedy sobie to uświadomię, widzę, że znacznie lepiej jest zmieniać swój wewnętrzny świat, swoje serce, siebie samego, a nie drugiego człowieka.

To nie jest łatwe. Nie przychodzi mi lekko pozbywanie się oczekiwań i wymagań. Bardzo chcę, by mój świat był taki, jak ja sobie wyobrażam. Właśnie przyszło mi do głowy, że to, czego ja chcę, wszystkie te moje potrzeby, owszem są ważne i warto się o nie troszczyć i jednocześnie pamiętać, że inni też chcą być ważni, potrzebują troski, dostrzeżenia itp. Może warto czasami pomyśleć jakie mam potrzeby i spośród nich wybrać te, które są najważniejsze. Jeśli aktualnie zależy mi na budowaniu lepszego świata, to zapewne, dostrzeżenie drugiego człowieka i sprawienie, by jego świat był lepszy zaspokoi równocześnie moją potrzebę współtworzenia piękniejszej rzeczywistości. Ważne jest dbanie o siebie. Ważne jest też dostrzeganie i troszczenie się o innych. Dla mnie jest to ważne, tego bardzo chcę i czuję, że jestem gotowa podjąć wyzwanie szukania równowagi. Teraz, widzę, że jest to możliwe. Wiem, łatwo mi się mówi, bo dzieci już są starsze i coraz bardziej potrafią się same o siebie zatroszczyć. Więc nie mądrzę się, nie pouczam. Tak tylko chciałam się podzielić radością płynącą z dawania części siebie innym. Każdy by taką radość chciał mieć, tyle, że czasami czujemy takie braki w dbaniu o siebie samych, że zwyczajnie nie mamy siły już nic dawać.

Dziś jestem gotowa na zmianę myślenia i otwarcia się na drugiego, czyli:, dziecko nie musi być takie, jak ja chcę, nawet nie może i nie powinno być takie. Bo czy wówczas będzie prawdziwe? Czy próba sprostowania moim oczekiwaniom nie doprowadzi ich do budowania swojego życia na kłamstwie, udawaniu, nie mówieniu całej prawdy? Już nieraz widziałam takie próby moich dzieci. I dobrze, ponieważ to otworzyło nam drogę do dialogu i zmiany.

W ostateczności wybieram prawdziwość każdego człowieka: SIEBIE i DRUGIEGO

dziecko
mąż
siostra, brat
teściowa
szef
koleżanka
przyjaciółka
znajoma
ksiądz
polityk
.......
CZŁOWIEK

warto by mógł, by umiał BYĆ SOBĄ, by być takim, jakim się JEST. By być AUTENTYCZNYM

Warto BYĆ PRAWDZIWYM i żyć prawdą.

Myślę sobie, że to nie byłoby możliwe, bez poznania samego siebie. To poznanie to proces, który nadal zresztą trwa. Opiera się on na refleksji, na zaglądaniu w głąb siebie, w to, co czuję i po co to czuję, czego tak bardzo chcę, co jest dla mnie tak ważne, skąd się biorą różne myśli. Refleksja pozwala mi szukać coraz to nowszych sposobów na mój własny lepszy świat.

Bo zmianę świata zaczynam od zmiany siebie.

A drugi człowiek jest wolny. CHCĘ tą wolność szanować. Jestem gotowa podjąć wyzwanie, uczyć się tego szacunku porzucając oczekiwania i wymagania.

Pomaga mi również świadomość, że:

Działania każdego wynikają z chęci zaspokojenia swoich potrzeb.

wtorek, 2 grudnia 2014

Adwent - czas przyjścia


Już w listopadzie dzieciaki pytają o pieczenie pierniczków. Nasze wielka rodzinna tradycja. Nasz dar serca dla wszystkich, których spotykamy na swojej drodze.

Najpierw jest wielkie pieczenie. Wielkie, bo ciasta mamy całą dużą miednicę na pranie. W tym roku surowego ciasta było 14 kg! Dobrze, że miał kto pomagać w pieczeniu: cała ekipa wykrawaczy, obsługa do piekarnika, logistyka wyładowcza ciepłych ciastek z blachy na miejsce studzenia i później do pudełek.

Na zdjęciu pierwsza dziecięca ekipa wykrawaczy - w kilka minut 6 dużych blach było pełne. Entuzjazm powoli jednak zaczął opadać. Na polu bitwy został tata, mama i syn. Na szczęście wkrótce dotarło wsparcie dorosłych. Bez ich pomocy pewno pieklibyśmy jeszcze przez tydzień, a tak to w kilka godzin i w jeden dzień temat został ogarnięty.


W międzyczasie podjadanie. Jednak nie ma się co obawiać, że zabraknie. Takich ilości ciastek nie da się samemu zjeść, dlatego z dziką rozkoszą je rozdajemy, dzieląc się miłością. Właśnie dlatego pieczemy aż tak dużo!


A tak wygląda roboczy magazyn na jeszcze ciepłe pierniczki. Poniżej są już przygotowane pudełka na schłodzone ciastka. Tak, tak, wszystkie zostały zapełnione. Tylko siły i czasu do fotografowania już zabrakło. Logistyka sióstr zajęła się obsługą tak perfekcyjnie, że w tym roku matka nie miała za bardzo okazji do wykazania się swoim pedantyzmem. Nie było pudełeczek "tylko z gwiazdkami", czy "tylko z serduszkami". O przepraszam, było jedno gwiazdkowe - wykonane na specjalne zamówienie - wkrótce można będzie dokonać odbioru paczki, lub też dostarczymy.


Zapraszamy też na wspólne dekorowanie. Dzieci to uwielbiają, zresztą, co tam dzieci - ja to kocham! Tak więc planujemy dekorować już w najbliższą niedzielę. Będzie to czas wspólnej zabawy z dziećmi i odrobina przestrzeni na pogawędki rodzicielskie.

Udekorowane pierniczki trafią do ręcznie zdobionych słoiczków, a te już dalej do tych, których spotkamy w tym pięknym adwentowym czasie na naszej drodze. Są i tacy, o których zwyczajnie staramy się pamiętać. Są i tacy, którzy dają znać, by też dostać. Bo warto się troszczyć i o siebie i o drugiego.

ADWENT

Ale adwent to dla nas czas przede wszystkim duchowego przygotowania do przyjścia Pana. Ulubione zajęcie dzieci to uczestnictwo w roratach, które u nas w parafii odbywają się o godzinie 17-stej, co znacznie ułatwia dzieciom dotarcie. Ja też je uwielbiam, ponieważ jest to dla mnie czas i przestrzeń na spotkanie się w swoim sercu z tym, co dla mnie ważne. Jest to okazja do rozmyślań, do refleksji nad tym, co każdego dnia mnie spotyka i jak to się ma w stosunku do moich wartości i dla drugiego człowieka. Jest to też dla mnie świetna okazja, by zwyczajnie odpocząć, rzucić wszystko, co akurat robię, co jest też ważne, choć może nie najważniejsze, by złapać chwilę dla siebie.

Nawet kiedyś moje dziecko mi powiedziało: "mamusiu, chodź z nami, to sobie odpoczniesz". No i tak właśnie jest. Bo idę, by być z Panem, który "pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach", by nacieszyć się Jego Słowem i obecnością w Eucharystii. Dziękuję Ci Panie, że Jesteś ze mną, że mam Ciebie na wyciągnięcie ręki.

 KALENDARZ ADWENTOWY

Jeszcze podzielę się pomysłem na kalendarz adwentowy. Zrobiony z kopert. Wspólnie wykonany z córką, zarówno zewnętrzna część, jak i pomysły do środka, a wśród nich: wspólna zabawa z dziećmi, wspólne śpiewanie z nimi piosenek, wspólne wyjście np. na basen, czy do kina, robienie kartek bożonarodzeniowych. I pomysł, który spodobał się nam najbardziej:
każdego dnia modlimy się w innej intencji,która jest już wcześniej zapisana i włożona do koperty. Wczoraj był dzień modlitwy za naszego syna. Ale miał rogala na buzi, kiedy wyjął kartkę z koperty. Poczuł się zauważony, jego potrzeba bycia widzianym docenionym, akceptowanym i może jeszcze jakieś inne zostały tym jednym gestem zaspokojone. A moje: potrzeba troski o innych, potrzeba wyrażenia swoich wartości (że warto pamiętać o innych, też poprzez modlitwę), że w ten sposób pokazuję dzieciom,co dla mnie jest ważne (autentyczność)


COŚ DLA DUCHA

A oto moje tegoroczne odkrycie:

słuchowisko adwentowe "Plaster Miodu" POSŁUCHAJCIE: TUTAJ

Dzięki poleceniu przez Martę Be, której refleksje znajdziecie TUTAJ

Szczególnie zwróciła moją uwagę komentarz Marty: "Żywić się Jezusem to nie tylko być na Mszy Świętej i przyjmować Komunię Świętą. To czytać Go i rozważać, to godzić i na nowo się nawracać po każdym upadku, to poznawać Go i wcielać w życie Jego naukę, to naśladować Go, dążyć do całkowitego zjednoczenia z Nim, to kochać."

NAWRÓCENIE - co to dla mnie znaczy?

Na nowo się nawracać po każdym upadku - to takie bliskie Porozumieniu bez Przemocy, Rodzicielstwu Bliskości i Chrześcijaństwu. Przecież każdy z nas popełnia błędy i tylko refleksja na nimi i uświadomienie sobie, że teraz, kiedy już widzę swój błąd to wiem, że mogę to następnym razem zrobić inaczej. I nie chodzi o jakieś umartwianie się. Chodzi o to, by powiedzieć: ok, teraz już widzę, że mogę inaczej. A więc próbuję  inaczej, zmieniam się każdego dnia, nawet kilka razy dziennie "Idź i nie grzesz więcej". Mogę to powtarzać codziennie i nie ma w tym nic złego. Jezus nas zna i wie, że codziennie Go potrzebujemy, że nawracać się będziemy co chwilę, bo to jest proces, proces dochodzenia do świętości. I Boga to nie przeraża ani nie martwi. Martwi Go nasza ślepota, nasz sen, nasza duchowa śmierć i nieświadomość. Kiedy już jestem świadoma, to On się cieszy. Owszem, cierpiał, widząc moje zbłądzenie i jeśli ja czuję smutek i cierpienie, to dlatego, że mogę sobie uświadomić, jak bardzo Ten Ktoś-Bóg mnie kocha a ja zupełnie tego nie widziałam. Może mi być jedynie żal, że zraniłam Boga, że zraniłam drugiego człowieka. Tak jak matka widzi, że sprawiła zawód swojemu dziecku i jest jej żal, że dziecko cierpi, tak może mi być żal, że zraniłam Boga i widzę, że On cierpi. Pan nie chce naszego użalania się nad sobą. On chce naszej zmiany. Codziennej zmiany.

I w PbP też tak jest-nie chodzi o potępianie i użalanie się nad sobą, bo to prowadzić może do samokrytycyzmy i zniechęcania. PbP jest po to, by pokazać, że popełniało się błędy, bo nie umieliśmy inaczej, nie mieliśmy takiej wiedzy, czy świadomości. A teraz, kiedy już to wiesz, masz szanse się zmienić.

Tylko NADZIEJA i radość, że można inaczej, że Bóg mnie nie potępia, daje mi szansę do zmiany - codziennie, w każdej chwili mogę się nawracać. Nawrócić, znaczy zmienić swoje zachowanie, to wyuczone i krzywdzące na to wzbogacające. Mogę to robić (zmieniać się=NAWRACAĆ) w swojej codzienności: w relacji z mężem, z dziećmi, ze znajomymi z pracy, w relacji z człowiekiem, jakiego Pan stawia przede mną każdego dnia.

W nawróceniu, dla mnie, pomocne jest:

uświadomienie sobie, że popełniłam błąd, grzech, że zraniłam
znalezienie innej drogi
wdzięczność za to doświadczenie
chęć zmiany
i radość z tego, że dana jest mi nowa szansa
i ta RADOŚĆ i NADZIEJA jest wodą na młyn - bez niej ani rusz, po prostu się nie da. Siedzę i marudzę. Kiedy mam w sobie radość, mam i energię i chęć do zmiany.

Z Panem wszystko jest możliwe, bo to On mnie kocha i umacnia.


Adwent - czas przyjścia Boga, który przyjść może do mnie dziś w drugim człowieku: dziecku, mężu, koleżance, kimś obcym spotkanym na ulicy....w kim jeszcze???

Marana Tha - Przyjdź Panie, przyjdź
Marana tha (aram. Przyjdź, Panie Jezu! lub zapisane jako maran atha Nasz Pan przyszedł)
Obym umiała Go dostrzec, bo On przyszedł na pewno już dziś do mnie.Kim byl-moim dzieckiem, mężem.?

środa, 8 października 2014

Granice - jak je wyznaczać?

Granice - jak je wyznaczać?

W Strefie Mamy - Granice

Nie ma potrzeby ich wyznaczać. One po prostu już są. Każdy z nas je ma. Rodzic je ma i dziecko po prostu każdy człowiek. To, co warto robić, to je pokazywać, dbać o nie, szanować je i przede wszystkim wiedzieć gdzie są, jakie są, co lubię, na czym mi zależy, z czym jest mi dobrze, dlaczego to, czy tamto jest dla mnie tak ważne, CZEGO POTRZEBUJĘ.

Rozmowa i wyjaśnienie co czuję i czego potrzebuję zamiast sztywnych zasad.

Nie wchodzimy do domu w butach. ZASADA
Którą łatwo obalić i która nie ma miejsca u mnie w domu w ciepłe i suche dni, bo wówczas ja sama wchodzę w butach.
Wolę więc wyjaśnić, że kiedy pada deszcz, śnieg, chcę (prośba) by bytu były zdejmowane, bo troszczę się o porządek w domu i zależy mi na czystości (potrzeba porządku i troski o dom), a mokre buty zostawiają wodę, błoto, śnieg, na drewnianej podłodze, która się od tego niszczy.

Mogą mojej prośby nie uszanować, wówczas konieczne będzie sprzątanie, może nie koniecznie przeze mnie, może ktoś kto naniósł błoto z chęcią to po sobie posprząta (jeśli nie usłyszy z mojej strony narzekań i żądań a raczej zrozumienie, że może zrobił to niechcący)

Jeśli czuję niepokój, bo moje dziecko krzyczy, piszczy, rzuca do mnie zabawką, ciągnie mnie za rękaw w czasie, kiedy ja rozmawiam z drugim człowiekiem, to warto uświadomić sobie, że coś się ze mną dzieje, tak fizycznie, w ciele i skąd się to bierze. Może czuję ścisk w żołądku, może czuję jak krew szybciej mi bije, a może pojawiają się jakieś oceniające myśli typu: "to nie wypada, by dziecko przerywało rozmowę". Cokolwiek się pojawi, warto się o to zatroszczyć, nie ignorować, nie czekać, aż miarka się przebierze.

To może mi przeszkadzać i to zupełnie normalna rzecz. Ja potrzebuję, czego? Np. spokoju i ciszy podczas rozmowy.Mogę o tym powiedzieć. "Synuś potrzebuje ciszy, chcę porozmawiać, możesz poczekać?"

Mówię od razu, nie czekam 10 minut, bo później to już wybucham.

Dla mnie w tej relacji ważny jest każdy: JA, moje DZIECKO i mój ROZMÓWCA

W określaniu (pokazywaniu, czy wyznaczaniu) granic skłonna byłabym powiedzieć, że istotne bardzo jest szanowanie granic dziecka. Jeśli ja będę go słuchać, szanować jego odmowę, poprzez chęć usłyszenia NIE i zastanowienia się co za tym stoi, to wówczas moje dziecko nauczy się szanować moje NIE.To nie znaczy, że ja mam się na wszystko zgadzać, czy moje NIE wobec dziecka to jest takie "NIE i KONIEC". To "NIE" to jest zaproszeniem do rozmowy, do dialogu, do zbudowania relacji. Ja biorę tą odmowę pod uwagę, przyjmuję trudne uczucia, jakie wiążą się z odmową.

Mówię mojemu dziecku, że chcę już jechać do domu, choć ono świetnie się bawi i mówi mi "NIE". Mówię, że widzę, że ono chce zostać i się jeszcze pobawić. Ja jednocześnie chcę już jechać, odpocząć w domu, iść spać. Mogę zaproponować zabawę w drodze do domu lub jeszcze inne rozwiązanie. Dziecko może powiedzieć NIE a ja mogę powiedzieć "chcę jechać". Bo to ja jestem rodzicem i wiem, że dziecko też potrzebuje np. odpocząć, czy ja potrzebuje zdążyć do pracy. Więc akceptując uczucia dziecka, np. złość, biorę je ze sobą i wychodzę, z empatią, ze zrozumieniem uczuć. "Tak wiem, że czujesz złość." "Jest Ci smutno, chcesz zostać?" Zgadzam się nawet na to, że dziecko płacze. Może mi jednocześnie to bardzo przeszkadzać, mogę potrzebować spokoju i mogę o niego poprosić (poprosić, znaczy tyle, że jeśli mały będzie nadal głośno płakał, no to trudno, znajdę iny sposób, by sobie z tym poradzić), mogę pomyśleć, ok płacz, czujesz smutek i potrzebujesz go wyrazić, to jest dla mnie zupełnie OK! Ja jednocześnie chcę już wrócić do domu. To jest ta moja GRANICA i tak o nią dbam, dbając jednocześnie i szanując granice dziecka. Zabieram je do domu choć ono chce się nadal bawić, bo to ja jestem rodzicem i wiem, że dziecko potrzebuje odpoczynku i wiem, że jak nie wyjdziemy za 10 minut to moje granice wytrzymałości pójdą w zapomnienie, a wówczas będzie już tylko gorzej. Szanuję dziecko w ten sposób, że akceptuję jego uczucia powstałe na wskutek przerwania zabawy. Pokazuję mu jak sobie z nimi radzić. Pokazuję, że smutek jest ok i możesz go wyrazić płacząc. Z czasem gdy dziecko staje się starsze i jest w stanie brać nas pod uwagę, nasze potrzeby, jest mu łatwiej, płacz jest łagodniejszy, może nie ma go wcale, bo był kiedyś, kiedy miało rok, czy dwa lata i wówczas był akceptowany.