Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agresja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2015

Sobotnie sprzątanie jak zdobycie MOUNT EVEREST

Sobota - od zawsze kojarzy mi się ze sprzątaniem.

SMERF MARUDA - JAK JA NIE CIERPIĘ SPRZĄTANIA


Dziś wykrzyczałam:

"Nienawidzę sprzątania tego domu. Bleeeeeee, co za bałagan, gdzie się nie obejrzę, to wszędzie jakieś badziewie" Tupałam nogami, machałam rękami, rzuciłam plastykową łopatką do patelni teflonowej. Trzasnęłam drzwiami, takimi, którymi trzaskać się nie da, bo jakoś zawsze robi się taki nurt powietrza, że zanim nimi trzaśniesz, one zwolnią!

Na pytanie męża: "co się dzieje" - krzyczałam nic. Dzieci mu wyjaśniły, że mama się zdenerwowała, bo wszędzie jest bałagan

A potem, dodałam, że nienawidzę, tego parapetu, na którym ZAWSZE JEST BAŁAGAN.

Musiałam wyglądać jak szalona - opętana potrzebą porządku.

Złość na prawdę jest ok, uczucie jak każde, ani dobrem, ani złe - po prostu jest, po to, by się o mnie zatroszczyć.Tu konkretnie wynika z niezaspokojonej potrzeby współpracy, bycia ważnym dla innych i bycia braną pod uwagę, no i z potrzeby porządku. W Porozumieniu bez Przemocy złość wynika właśnie z jakiejś aktualnej, ważnej i niezaspokojonej potrzeby. Służy więc informacji o tym, co się ze mną dzieje i daje sygnał:

NO ALE HALO - JA TU STOJĘ I KRZYCZĘ - TY JESTEŚ WAŻNA - ZADBAJ O SIEBIE

 CO Z TYM PORZĄDKIEM?

Pewien znajomy żartował, że jeśli otworzy restaurację, to zatrudni mnie na stanowisku Menadżerki ds. Porządku.
Boże jak ja kocham porządek i jednocześnie nienawidzę stanu w jakim mnie aktualnie postawiłeś.
No uwielbiam porządek, estetykę, poukładaną przestrzeń - wszystko na swoim miejscu. Tylko jednej rzeczy OD DZIECKA nie cierpię - SAMEJ DBAĆ O TEN PORZĄDEK (i tu ukryła się potrzeba współpracy i chęć bycia braną pod uwagę).

Kurcze, najpierw było:

"posprzątaj po siostrach - jesteś starsza i mądrzejsza" Boże, czy Ty wiesz, jak ja bardzo tęsknie za byciem małą i głupią, taką, co to nic nie musi, bo za mała????

Teraz jest:

"jesteś matką i to matką polką to sprzątaj ten dom, jesteś pracowita, sama dajesz radę, sama posprzątasz najlepiej, no kto to widział, żeby kogoś do sprzątania zatrudniać"

zauważyliście ile myśli w jednym babskim umyśle - gwarantuję, że tam się zmieści więcej,zwłaszcza jak emocje mnie zalewają. Ponieważ teraz piszę już po "powrocie do siebie" to jest ciut mniej.



RZECZYWISTOŚĆ:

jeśli chcesz mieć PEDANTYCZNY, piękny, estetyczny DOM przy trójce dzieci i mężu, który nie ma potrzeby porządku (no ok,potrzebę może ma, ale zamiaru sprzątania z własnej i nieprzymuszonej woli to już nie) to albo się zajedziesz albo ZAPOMNIJ o ładzie i porządku. No ok jest jeszcze jedna, mało wciąż u nas popularna, opcja: zatrudnij panią do sprzątania (no bo panowie to zapewne rzadkość).

Pewno mogę PROSIĆ O WSPÓŁPRACĘ moich domowników, mogę motywować, zachęcać, mówić o swoich uczuciach i potrzebach i oczywiście TO DZIAŁA, ale na góra 30 min w jedną sobotę w miesiącu. A trzeba się przy tym mocno kreatywnie nagimnastykować, by rodziny nie przymusić (choć i tak zapewne lekki mus odczuwają).

PRAKTYKA:

Jasne dzieci mi chętnie pomogą-jeśli im będę dokładnie palcem wskazywać co mają zrobić, co wiąże się zporzuceniem swojej pracy i zabawę w poilicjanta, który pilnuje czy dziatwa rozkazy wykonuje. Nie zapominajmy, że dla dzieci NAJWAŻNIEJSZA JEST POTRZEBA ZABAWY, jak mama prosi o pomoc, to jasne-idziemy, ale za 5 minut już zapominamy i do zabawy wracamy.

Mąż-chętnie o ile nie ma swoich, jakże ważnych i potrzebnych, spraw do załatwienia. I nie mówię to wcale sarkastycznie. No i oczywiście relaks przed TV też jest ważny (tylko dlaczego ja tak nie mam)

No sobotnie sprzątanie to jak wyjście na MOUNT EVEREST. Co tam sobotnie, codziennie trzeba się wspinać na szyty własnej kreatywności, by domu nie doprowadzić do stanu jak po tornado. A huragan i tak przyjdzie.



Oby wiosna i lato szybko przyszły. Kiedy wyjdę z domu na cały dzień, to bałagan będzie mnie krócej drażnił.

Cały ten post to takie moje EMPATYCZNE BYCIE Z SAMĄ SOBĄ, ze swoimi uczuciami i niezaspokojonymi potrzebami. A co rodzina dziś widziała - autentyczne przeżywanie złości.


niedziela, 11 stycznia 2015

"Tak się wściekłam, że wyszłam z siebie."

Jak wytrzymać z marudzącym, narzekającym i płaczącym dzieckiem, które czegoś od nas chce, my się bardzo staramy, robimy to, o co ono nas prosi, a jednocześnie to wymaga czasu i cierpliwości.

Taka sytuacja:

Dziecko chce oglądać bajkę, a TV nie działa. Przychodzimy, próbujemy coś zrobić a w tym czasie nasza pociecha zawodzi, pospiesza nas i płacze.

Nam to absolutnie nie pomaga. Przecież bardzo się staramy. Aby naprawić TV potrzebujemy czasu, z pięć, może dziesięć minut. A córka lub syn w tym czasie płaczą, krzyczą, narzekają. Co gorsza, by naprawić usterkę, konieczne jest skupienie, chwila namysłu. No i to, co nie jest od nas zależne - naprawa wymaga czasu, czasami np. chodzi o zresetowanie dekodera lub internetu. Przecież naprawiam, a tu za uszami wciąż płacz. Już się ciśnie na usta: "No przecież robię, co mogę, nie widzisz, że naprawiam. Twój płacz tylko mi przeszkadza."

DWA SPOJRZENIA

1. Ja się staram, naprawiam, zaczynają mi już nerwy puszczać, a tu ten płacz, no skupić się nie idzie. No za chwilę wykipię. Nie wspomnę już o tym, że sama w tym czasie oglądałam ciekawy film, że siedziałam na wygodnej kanapiei ja też, tak jak dziecko, nie mogę oglądać. No lekko nie jest.

2. Dziecko też czuje złość, bo nie może oglądać swojej ulubionej bajki. Ono samo próbowało coś zrobić, poprosiło o pomoc, a tu, nawet rodzic, nie wie o co chodzi. Bajka nadal nie idzie. No aż się płakać chce. No i płacze. Z bezsilności, z bezradności, z nerwów, ze złości.

Te uczucia nie pochodzą ze złości na mamę czy tatę. One są, bo po prostu bajki nie da się oglądać, a dziecko tak bardzo chciało. Może ono się boi, że straci coś ciekawego. Jest już okąpane,leży w ciepłym łóżeczku, chciało tylko jeszcze przed snem coś obejrzeć, a tu nic. Tylko płacz pozostaje.
No tak, tylko, że nawet popłakać sobie nie można, bo denerwuje się rodziców. A przecież dziecko wcale nie po to płacze, by mnie złościć, by mi przeszkadzać. To jemu zależy na szybkim załatwieniu sprawy. Ok, może nie wie, że płacz mi przeszkadza.

Może warto by powiedzieć:

"miśku, słyszę, że się wściekasz i trudno jest Ci się doczekać na to, aż w końcu się to uruchomi. Przez to, aż płaczesz. Jednocześnie ja teraz potrzebuję pomyśleć w ciszy. Możesz mi pomóc i na chwilę być cichutko?"

Dziecko w takim zdaniu dostaje zrozumienie, uwagę i akceptację tego, że jest mu naprawdę trudno.
Dostaje też komunikat, że zarówno ono jak i rodzic są OBOJE WAŻNI, oboje są brani pod uwagę.

Weź głęboki oddech, dostrzeż swoją frustrację, zdenerwowanie tym, że przyjście do dziecka przerywa Ci spokojny wieczór. Pomyśl, też o nim, że i jemu jest trudno, i ono ma przerwany wieczór. Nie trać czasu na wściekanie się.

Może warto powiedzieć:

"wiesz, ja też tak jak Ty mam dość tego popsutego telewizora. Ty nie możesz oglądać bajki, a ja filmu. To może strasznie złościć"

Choć myślę sobie, że może to być trudne, kiedy i ja i dziecko kipimy emocjami. Wtedy tak ciężko jest myśleć logicznie.

Jeśli pomimo wszystko uda się złapać oddech to ten zepsuty telewizor to okazja do krótkiego bycia chwilę i na prawdę z dzieckiem i sobą. Z tym co czujecie, i Ty i dziecko. Z tym co chcecie robić, a czego się nie da. Z tym co możecie zrobić razem. Ty naprawiasz i pytasz, czy ono ma jakiś pomysł, czy Ci pomoże, choćby tym, by na chwilę było cichutko.

Można też zwyczajnie nie brać płaczu jako ataku na siebie, nie traktować go jako naruszanie autorytetu, a jako wyraz smutku, żalu, niezadowolenia.To, co człowiek czuje musi mieć ujście. A więc dziecko płacze. A ty mówisz/myślisz, ok, jest mu strasznie smuto, wścieka się, no i to w te sposób wyraża. To jest zupełnie naturalne i ja to akceptuję. Człowiek musi dać upust emocjom i w trakcie ich trwania nie jest w stanie normalnie myśleć.

Znacie to powiedzenie:

"Tak się wściekłam, że wyszłam z siebie." Dokładnie tak jest - zalała mnie złość i odjęło mi logiczne myślenie. Jestem w stanie tylko się wściekać, złościć, krzyczeć, tupać nogami, machać rękoma itp. Dopiero jak to minie to zaczynam myśleć i widzę wszystko w innych kolorach.

DZIECI TEŻ TAK MAJĄ i warto o tym pamiętać. Kiedy targają nimi silne emocje nie ma sensu ich pouczać, dyskutować, upominać, czasami nawet trudno o cokolwiek prosić, bo i tak nie usłyszą. Niech wyrażą te emocje w bezpieczny sposób, w przyjaznej przestrzeni i bądź z nimi przy tym. Dzieci potrzebują być widziane, nawet w trudnych chwilach. Pozwól im popłakać, a potem mów.

wtorek, 18 listopada 2014

Kłótnie powracają jak bumerang, czyli jak sobie poradziłam z uczuciami i czego potrzebowałam

Temat kłótni z rękoczynami na pierwszym planie powraca jak bumerang. Wydawałoby się, że po przeczytaniu tylu książek, po odbyciu szkoleń i warsztatów, nawet po poprowadzeniu kilku spotkań dotyczących właśnie trudnych emocji, potrafię sobie poradzić z agresją i złością u dzieci.
Dzisiejszy wieczór pokazał, że z tym moim radzeniem sobie nie jest tak, jakbym chciała by było. Kiedy zobaczyła szarpaninę moich pociech, ba nawet regularną bitkę, to poczułam jakby mnie ktoś za serce ścisnął i zatrzymał w miejscu.

UCZUCIA

jakie mnie ogarnęły to smutek i totalna, totalna bezsilność, bezradność, a nawet rozpacz. Ogarnął mnie paraliż. Stałam i patrzyłam z rozdziawioną buzią i przerażeniem w oczach i sercu. A walka trwa, jedne biega za drugim. No bo wszak trzeba uciekać, kiedy się odda ostatni strzał w ramię, by wyszło na moim. No jest to dość podobne do zabawy w Berka, z tym, że tu nie ma forów i chodzi o wygraną. Naglę się starli, dopadli się wzajemnie za ramiona i już myślałam by wystartować, kiedy nagle zobaczyłam uśmiech na jednej z walczących twarzy. No ale pamiętajmy, że mnie wtedy do śmiechu nie było. Co innego teraz, kiedy emocje opadły, potrafię o tym pisać nawet z nutką humoru. Chwilę wcześniej na mojej twarzy rysowała się

ROZPACZ I BEZSILNOŚĆ.

No i zbiegły się nasz oczy! Moje pełne SMUTKU, a może nawet już ZŁOŚCI i dzieci-już pełne uśmiechu. I czar zniknął. Zapanowała atmosfera grozy i powagi. A było tak blisko do zrobienia z tego niezłej zabawy. Ale cóż, okno mojej duszy pokazało im co o tym myślę i co czuję. Chyba ich to przeraziło. A może coś innego. Nie wiem, nie mam teraz jeszcze pojęcia co się stało. Rozeszli się-jedno wróciło do zabawy, drugie uciekło w jakieś jemu tylko znane, bezpieczne miejsce. Zapewne, jak to u dzieci bywa, szybko zapomnieli o tej drobnej sprzeczce. Nie to co mama. Mama jeszcze długo pozostała ze swoimi uczuciami i te emocje ją tak zalały, że nie miała pojęcia o co jej chodzi. Aż do czasu kolejnego "ataku" band - mandy. Zaczęły się pytania o to czy mogą coś obejrzeć, czy mogą to i tamto. A mama potrzebowała czasu i przestrzeni na dojście do siebie. Na znalezienie odpowiedzi na pytanie:

skąd wzięły się te uczucia, PO CO one się pojawiły, CZEGO ja chcę-POTRZEBUJĘ?

POTRZEBY

Wydawało mi się, że potrzebuję ŁATWOŚCI w byciu z dziećmi. Każdy rodzic wie, że nie zawsze to takie łatwe i piękne być z dzieckiem, że czasami my mówimy, a one nie słyszą, my prosimy, a one chcą czegoś zupełnie innego. Wykorzystaliście już wszelkie znane wam na dany moment strategie dotarcia do dziecka i nic. Jest wieczór i chyba już nie masz głowy na to, by być kreatywnym i w zabawowy sposób nawiązać z dzieckiem relację. Nie chcesz krzyczeć, nawet na to nie masz już siły, zresztą wiesz doskonale, że nie tędy droga. Co prawda możesz otrzymać upragniony posłuch i współpracę (bo o łatwości nie ma tu mowy), ale nie o to Ci chodzi by strachem wymuszać coś od dziecka. A jakie potem ma się wyrzuty sumienia. A więc to odpada. Na ten haczyk nie daję się tym razem złapać. Ponieważ cały czas czuję tą przenikliwą bezsilność, to zaczynam mówić do nich wszystkich razem, że:

"czasami jest mi po prostu trudno. Nie mam już pojęcia co zrobić i jak mówić. Że tak bardzo potrzebuję, by ten kontakt z nimi był dla mnie łatwiejszy, ale dziś już nie mam siły i pomysłu co zrobić."

No i złapały mnie - łzy za gardło, ścisnęły i zatkały mi mowę. No i może dobrze. Co za dużo to nie zdrowo. Powiedziałam, że idę pod prysznic i do łóżka odpocząć. W łazience jeszcze tylko przez chwilę łzy płynęły. Potem przyszła myśl, że tak, przydałaby się taka łatwość działania. Wiedzieć co robić i by to się zawsze sprawdzało i nie krzywdziło NIKOGO. Ale nie ma co brnąć w potok łez-wszak stres szkodzi zdrowi. Jakoś dziś to zdanie, które nagle mnie naszło, bardzo mi pomogło. Wzięłam prysznic, co prawda z lekką obawą, że jak wyjdę, to zacznie się proszenie mnie o milion rzeczy, a dziś akurat

POTRZEBUJĘ CISZY, SPOKOJU, ODPOCZYNKU i chwili na pomyślenie NA ODNALEZIENIE SIEBIE, na zaglądnięcie w głąb siebie. I co tu zrobić,, by we własnym domu, pełnym dzieci (wiem, troje to jeszcze nie tak dużo) znaleźć przestrzeń dla siebie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam. Powiedziałam tylko półgłosem i ze łzami w oczach:
"Jezu, tak mi ciężko, ja już nie wiem co robić, by przestali się tłuc. Pomóż". No i prośba została spełniona. Wyszłam a tu w domu cisza-jakby już spali. A oni z tatą coś oglądali. Ps. prosiłam też Boga: "spraw, by mąż mi pomógł", bo nie chcę go dziś prosić, bo i w tej relacji też potrzebuję ŁATWOŚCI, tak by czasem coś się zadziało poza moimi prośbami. No i stało się. Weszłam, zabrałam laptop, uciekłam do łóżka. Mąż tylko zapytał: "co chcesz jeszcze pisać" a ja na to: "no" i poszłam i piszę, to co teraz wydaje mi się dużo łatwiejsze i nie takie straszne jak jeszcze 30 minut temu.

DLACZEGO?

Bo poszłam za swoimi uczuciami.
Znalazłam to, o co mi chodzi.
Odkryłam, że pojawiają się oczekiwania wobec siebie samej: by zawsze zaradzić, by zawsze nieść pomoc i ratować dzieci. Nie jest to możliwe. Nie chcę tego i nie chcę tych oczekiwań. W zamian za to wolę wiedzieć, że czasami się pokłócą i jednocześnie "w ogień by za sobą wskoczyli". Czasami znajdę sposób - strategię na działanie od razu, a innego dnia mogę jej nie widzieć. Nie ma co panikować.
UCZUCIA to nie ja, one są, pojawiają się i znikają. Potrzeby są i czasami wiem jak je zaspokoić, a czasami nie. Mogę myśleć, szukać, mogę się nawet bać, że się nie uda. Mogę czuć to, co czuję, bo jestem człowiekiem. Chyba ta BEZSILNOŚĆ mnie przeraziła i ogarnął mnie STRACH, bo nie widziałam NADZIEI, bo POTRZEBOWAŁAM BEZPIECZEŃSTWA, i JASNOŚCI że sobie poradzę, że wiem co robić, że znajdę drogę, którą mogę bezpiecznie razem z dziećmi iść.

A i jeszcze jedno: oceniałam siebie i narzuciłam sobie powinność: Ja muszę umieć sobie radzić z kłótniami dzieci, skoro o tym tyle czytałam, piszę o tym i prowadzę na ten temat warsztaty dl innych rodziców. No jakim ja jestem wzorem. No takim właśnie, że nie jestem ideałem, że zdarza mi się zrobić coś, co wcale nie służy ani mnie, ani dzieciom. Każdego dnia wstaję na nowo i staram się żyć świadomie i poddaję się refleksji (ona właściwe mnie nachodzi nieustannie). Robię coś a potem widzę, że można inaczej i zmieniam się-codziennie. To nie jest tak, że raz się czegoś nauczyłam i już mam spokój do końca życia. To tak nie działa, to jest nieustanny rozwój. To jest proces. Wcale nie łatwy. A co tam - baaardzo trudny i jednocześnie dający wiele radości. Czasami męczący, czasami pod wpływem emocji chce się to wszystko rzucić, tyle, że ja nie mam do czego wracać. Owszem zdarzy się, że z rozpędu zadziałam rutynowo jak autopilot i sięgnę po raniącą strategię. Jednak ja nie chcę tego robić świadomie ani wybierać takiego działania. Jednocześnie mocno podkreślam, że nie wybielam się i przyznaje, że jest jeszcze wiele do zrobienia, do zmienienia i każdego dnia widzę to w coraz to drobniejszych sprawach. Teraz widzę, że to, co było kiedyś (krzyk, osądy, manipulacja, karanie i nagradzanie, zmuszanie) nam nie służy. Moja nieustanna zmiana mnie cieszy i widzę efekty w postaci coraz lepszych relacji z dziećmi i innymi ludźmi. Wiem, że jest to proces, który będzie trwał tak długo, jak długo będę żyć, bo życie płynie i przynosi nam co dzień coś nowego.

Nie warto się zrażać tym, co czasami się nie uda! Bo przecież możesz się zmienić.

"Bądź tą zmianą, którą chcesz widzieć w świecie."

wtorek, 29 kwietnia 2014

Gdzie dwóch się bije....

Gdzie dwóch się bije....ewentualnie kłóci, tam trzeci korzysta i tym trzecim byłam akurat ja. Skorzystałam na kłótniach w rodzeństwie moich dzieci w taki sposób, że wyciągnęłam z nich lekcję. Z resztą stale powtarzam, że DZIECI UCZĄ POKORY.


CO ROBIĆ KIEDY DZIECI SIĘ KŁÓCĄ?

Zastanawiałam się co robić, kiedy widzę/słyszę kłótnie dzieci. Na początku NIC, o ile nie dochodzi do rękoczynów, no bo wtedy, to trzeba kogucików zatrzymać! Sytuacja się komplikuje, kiedy dzieci przychodzą "na skargę". Wtedy warto wysłuchać, empatycznie słuchać, przytakiwać, broń borze nie usprawiedliwiać przeciwnika, nie doradzać. No trudna sztuka, no i ileż można słuchać??? No tak "77 razy" albo i więcej. Ok, jeśli się ma swój kubek pełny, czyli wcześniej się o siebie zadbało, wysłuchało się samego siebie, wiemy o co nam chodzi, czego potrzebujemy, to wtedy łatwiej jest słuchać innych. Pewno każdy, albo prawie każdy rodzic, włącznie ze mną, podniesie teraz larmo, że to nie takie proste. No pewno, że nie łatwe. Mega trudne, zwłaszcza, jeśli natężenie tych kłótni to przynajmniej z dziesięć dziennie. No to co robić??? No też się nad tym głowiłam. Wyjaśnię jeszcze, że jedno z dzieci, najczęściej to starsze, z większym doświadczeniem i wiedzą, atakuje słownie, a młodsze ręką, bo może czuje bezsilność, coć dodam jednocześnie, że nie jest to oczywiście reguła.

Kazania i morały nie przyniosły oczekiwanych efektów, czyli, powiem to z przymrużeniem oka, definitywnego ukrócenia kłótni. Z przymrużeniem ponieważ, choć bardzo tego pragnę, to jednocześnie wiem, że te kłótnie dzieciom są zwyczajnie potrzebne. No bo gdzie, jak nie w domu, na rodzeństwie, można w miarę bezpiecznie poćwiczyć negocjacje i nie tylko to?? No jeszcze można na rodzicach. Tak więc wiem, są im potrzebne! Tak samo jak lwom są potrzebne zabawowe walki.

A mnie czasami potrzebny jest spokój i Wam pewno też. Można wyjść-ale za często się nie da. Hahaha poza tym musiałabym być 12 godzin poza domem ;)

Tak więc, obmyślając plan, jakby sobie tu poradzić z kłótniami, wymyśliłam, przetestowałam i jest mi już lżej. Po prostu zajęłam się tym najstarszym.

RODZICIELSTWO PRZEZ ZABAWĘ....

Zaczęłam się z nią wygłupiać, śmiać, żartować. Zupełnie niezależnie od kłótni. Tak zwyczajnie, okazjonalnie i przypadkowo. A to jak zapomni odnieść talerz do zmywarki, żartuję sobie z niej, że jej "głowę urwę". Śmieje się więc i ochoczo głowę nadstawia. Przytulam ją, rzucam się na łóżko, figlujemy, siłujemy i śmiejemy.

Trwa to może 2 minutki, kilka razy dziennie i DZIAŁA!!! :-)

No może i ja czuję się, dzięki tej zabawie bardziej zrelaksowana, spokojna, wypoczęta. Na pewno zadbałam o siebie i dzieci poprzez danie nam okazji do bycia razem, do budowanie bliskości, a właśnie o to mi chodzi najbardziej. Dbam o swoją potrzebę życia w zgodzie i spokoju poprzez zabawę i czuję ulgę i zadowolenie, bo się udało.

Polecam podążanie za śmiechem. Wiele razy się to u nas sprawdziło. Uśmiech posłany nawet do koleżanek i kolegów moich dzieci zawsze łamał pierwsze lody między nami.

A ostatnio usłyszałam, że świeżo kanonizowany Św. Jan XXIII spotkał się we śnie z Aniołem, który mu podpowiedział, by nie traktował siebie samego zbyt poważnie. No i powiem Wam, że to jest to! Więcej luzu i uśmiechu.

Dziękuję Ci Boże, za to, że pokazujesz mi poprzez moje dzieci i ich zachowanie, którędy warto iść.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Agresja u małych i dużych

Nawet sobie nie zdawałam sprawy z tego, jak żywy to temat "AGRESJA". Każdy o tym mówi, chyba każdy, chociażby raz, miał z tym "problem".
Kiedy w zeszłym roku prowadziłam na ten temat warsztaty, to nie spodziewałam się, że będzie to aż tak żywy temat, że braknie nam czasu i okaże się, że potrzeba więcej podobnych spotkań i rozmów, choć nie tylko na temat agresji.

Spotkania będą. Już wkrótce, bo i ja sama wiele z nich wynoszę i są mi bardzo potrzebne.

Póki co, poczytajcie o tym co napisałam dla portalu www.beskidzkamama.pl

wtorek, 12 listopada 2013

Trudne sprawy, silne emocje. Złość. Agresja. Frustracja.

1. O agresji. Skąd ona się bierze?

Po-warsztatowe refleksje.

Złość, agresja, frustracja. Trudne sprawy, silne emocje, zwłaszcza, gdy dotyczą własnego dziecka, gdy dotyczą bliskich osób, lub ludzi za których jesteśmy odpowiedzialni, gdy spoczywają na nas obowiązki zawodowe.

To są po prostu uczucia.
Nie oceniam ich. Staram się. Czasami się nie udaje. Zaczynam od nowa.
Choć nauczono mnie oceniać.
Warto nie oceniać ludzi.
Warto nie oceniać zachowań.
Warto szukać potrzeb, jakie stoją za zachowaniem.
Warto dbać o siebie i swoje granice, swoją wolność, integralność. Jak to robić, by nie krzywdzić?

Jak trudno jest opanować emocje, kiedy jest się rodzicem dziecka, którego dotyka agresja.
Jak trudno jest poradzić sobie z problemem agresji, kiedy jest się nauczycielem, wychowawcą, opiekunem.
Jak trudno słuchać "że moje dziecko znowu kogoś ugryzło".
Jak przykro patrzeć, kiedy rodzeństwo "się bije".
Jak ciężko dogadać się z drugim, kiedy w sercu tyle intensywnych i trudnych emocji.

Kiedy stoję przed jakąś sytuacją, która jest dla mnie trudna, czy to jestem dzieckiem, czy dorosłym, z którą sobie nie radzę, np.

i ja i mój brat w tym samym momencie chcemy zagrać w tą samą grę, na tym samym komputerze, a mamy tylko jeden.


czuję:

niepokój, rozdrażnienie, niepewność, niechęć, przytłoczenie

moje ciało daje mi sygnały:

ścisk w żołądku, szybsze krążenie, mimowolne drganie mięśni w nogach, szybszy oddech, gotuję się do akcji

bo potrzebuję:

rozwoju, zabawy, bycia wziętą pod uwagę, sama chcę zadecydować, kiedy i co chcę robić (sama wybieram sposób zrealizowania mojego celu), potrzebuję szacunku, zrozumienia.

 Boję się, że to, czego ja chcę nie jest tak ważne dla drugiej osoby jakbym chciała.

W panice i popłochu szukam w swojej głowie sposobu pokonania przeszkody, jaka stanęła mi na drodze do tego, czego bardzo chcę, czego potrzebuję.

To w jaki sposób zareaguję zależy od tego, czego do tej pory się nauczyłam, co wyniosłam z domu rodzinnego, ze szkoły, z grupy rówieśniczej, ze społeczeństwa w jakim żyję. Działam, niesie mnie energia, która jest życiową energią, która dba o mnie.

Jak ją spożytkuję?
W jakim kierunku poniesie mnie ta życiodajna siła?
Czy wybiorę troskę i szacunek o siebie i drugiego? Czy też poniesie mnie ku destrukcyjnej agresji, która nie da mi pełnego zadowolenia i doprowadzi do poczucia winy? A może zadbam tylko o siebie, poczuję, że wygrałam, że racja jest po mojej stronie?

I będzie mi z tym dobrze, bo w tym właśnie momencie i mając tą wiedzę, którą mam, mogę wybrać tylko takie działanie?

Może kiedyś przyjdzie refleksja, że gdybym wiedziała wtedy, to co wiem teraz, to bym tak nie postąpiła. I to chyba jest rozwój.

Ja przeżywam swoją złość na swój sposób, a moje dzieci uczą się ode mnie naśladując mnie i innych bliskich. TO DAJE MI DO MYŚLENIA, to popycha mnie do szukania konstruktywnych sposobów wyrażania złości.

środa, 30 października 2013

"czasami jest tak, że czuję złość, bo..."


Zacytuję tu słowa zaczerpnięte z bloga Klub Rodzica:

„Czasami jest tak, że nasze dziecko nas złości. I krzykniemy, obrazimy, uderzymy. Czasami jest tak, że nasze dziecko się zezłości. I popchnie, ugryzie, uderzy. Czasami jest tak, że to nasze dziecko zostanie popchnięte, ugryzione, uderzone.” 

A ja dodam od siebie, że czasami jest tak, że to my dorośli, czasami niezamierzenie i nieświadomie krzywdzimy nasze dzieci i uważamy, że robimy to dla ich dobra.

Padają zdania w stylu: 

„no Ty zawsze musisz go bić, no wiesz jesteś po prostu złośliwy/a”
„no nie przesadzaj, nic się nie stało, nie bądź beksą”
„no jak zwykle, nie zrobiłeś zadania domowego. No to jest już szczyt lenistwa”

Może komuś te zdania wcale nie wydają się krzywdzące.

Może ktoś gdyby usłyszał:

„Ty matole, Ty głupku, ośle” to dopiero wtedy uznałby to za przemoc słowną.

Dla mnie taka przemoc ubrana w piękne słowa i delikatne zwroty jest jak najbardziej krzywdząca, zwłaszcza dla dziecka, które się obwinia, któremu w ten sposób zaniżamy poczucie własnej wartości, które ranimy. Dziecko bierze całą winę na siebie. 

Czy to na prawdę tak musi być, by dziecko stało się wartościowym człowiekiem, to najpierw musimy sprawić by poczuło się bezwartościowe?

Każde takie przezwisko, etykieta, ocena krzywdzi, czy to pada z ust dorosłego, czy tez dziecka.
Kiedy dziecko słyszy to od mamy, najczęściej stoi cicho i słucha lub zaczyna się bronić, bo czuje się zagrożone, bo się boi. Więc jeśli nie ma kontaktu, dziecko spuszcza wzrok, ucieka się to obrony czy ataku i mówi: „to nie tak było…”, „to on zaczął”, „będę płakać” to jest to dla nas znak, że warto poszukać innej drogi dotarcia do dziecka, do tego co ono czuje i dlaczego postąpiło tak jak postąpiło.

To są oznaki, że tracimy z dzieckiem kontakt, że relacja z nim jest krzywdząca, może i nawet my sami czujemy się podle, więc skoro jest krzywda, to jest i przemoc. Jest relacja z pozycji władzy, jest słabszy i silniejszy, a może lepiej by było, gdyby były dwie równe strony konfliktu, zrozumienie, empatia i szukanie tego, co czujemy i czego potrzebujemy i rozmowa tylko o tym.

No więc, kiedy u mnie w domu, między rodzeństwem pojawia się przemoc, mówię, a raczej pytam: 

„widzę, że strasznie Cię zezłościło to, że siostra przebiegła po Twoim łóżku??” 

Nie skupiam się na tym, by prawić mu kazania, że siostry się nie bije. Kiedyś, kiedy jego emocje opadały to mówiłam mu, że chcę by i on i jego siostry były bezpieczne, dlatego chcę by walnął poduszkę, rzucił poduszką, krzyknął.
On mówi, „tak mamo wiem, nie mów mi tego”. To jest dla mnie ok. Staram się już nie mówić, bo lepsze jest pokazać i żyć prawdziwie niż prawić morały. Szanuję to, czego on potrzebuje. Potrzebuje być zauważonym, nawet w złości, potrzebuje bym ja widziała, że jest mu ciężko, że targają nim silne emocje, z którymi sobie nie radzi. Nie potrzebuje mojego osądu i moralizowania. On wie, że ja potrzebuję bezpieczeństwa dla każdego w naszym domu, że chcę, by bezpiecznie wyrażał złość, dlatego daję mu siebie, przyjmuję jego cios, zatrzymuję jego rękę skierowaną na drugą osobę i tylko krótkim zdaniem potwierdzam, że widzę jak się zezłościł. Słucham go bez przerywania i oceniania czy napominania, że „tak nie wolno” lub po prostu siedzę obok. Potem przychodzi czas przytulenia, uścisków i powrót do zabawy.

Czasami dosłownie wkraczam między bijące się dzieci i osłaniam ataki swoim ciałem. Zdarzyło się też niedawno, że zaproponowałam synowi, by zamiast uderzyć siostrę uderzył mnie. Nie jest to mój pomysł. Zapożyczony od Moniki Żyrafy. Jeden raz zadziałało. Powiedziałam mu wtedy:
"o! ale się wściekłeś". I złość nagle mu przeszła. Innym razem nie miał na to ochoty. Schował się przede mną, więc nie napierałam, byłam obok. On chyba wtedy po prostu potrzebował chwilę pobyć sam ze sobą. Sam wybrał taką strategię. Nie był w odosobnieniu, bo ja go tam wysłałam. Czekałam obok, zresztą często to robię, kiedy widzę, że dzieciaki nie są gotowe na kontakt ze mną. Siedzę na łóżku, na którym oni leżą. Idę obok do kuchni i mówię, że jakby co to jestem obok. 

Po chwili mnie wołają, przytulają się i życie toczy się dalej.

Przy tej okazji polecam książki duńskiego terapeuty, Jespera Julla: