Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzicielstwo przez zabawę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzicielstwo przez zabawę. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2015

Zabawą na ratunek trudnościom

Lato to czas, kiedy nasze dzieci nie zasypiają wcześniej niż po 22-giej. Wiem, że teoretycznie jest jeszcze wiosna, ale u nas jest już lato, co skutkuje późnym zasypianiem. W konsekwencji poranne wstawanie to dla dzieci, a nawet nas, gehenna.

Dziś odbył się już w tej kwestii jawny bunt. Spodziewając się go, na dzień dobry obdarzyłam dzieciaki buziakiem, przytulakiem, a nawet pełną empatią. Na dwie sztuki to zadziałało, ale na jedną nie. Co prawda wstał z łóżka, w piżamie zjadł śniadanie i jak tylko skończył wskoczył od razu pod kołdrę, oświadczając, że jemu się chce spać, że nie chce mu się ubierać ani iść do szkoły i basta!

No więc co mi pozostało?

Buziaki nie zadziałały
Przytulańsko też nie!
Empatia go nie rusza!

No i co robić? Już się miałam poddać i moralizować, tłumaczyć, zrzędzić, narzekać i w końcu wpaść we wściekłość, aż tu nagle mnie olśniło!

ZABAWA

A więc będę udawać potwora, który zdziera z niego piżamę. Podnoszę kołdrę a tu co? Piżamy już na dziecku nie ma, ani żadnego innego ubrania. Autentycznie mnie to zdziwiło i jednocześnie rozbawiło, więc mówię:

"O! Ja tu zamierzałam się z Tobą pobawić i pożreć Twoją piżamkę, a tu co? NIC. Dawaj więc tu te swoje ciało, potwór zarzuci się ciuchami, a wcześniej połknie twoje cudne stopy!"

Było trochę śmiechu, trochę łaskotek i figlów. Nie za dużo, wręcz króciutko. Dziś to wystarczyło, by "śpioch" zdążył wyjść z domu na czas.

Dziękuję Ci Boże, że zesłałeś mi pomysł z zabawą. Od kilku dni odkrywam ją na nowo. Ratuje nam życie w różnych kryzysowych sytuacjach. Jest po prostu genialna. Może dlatego, że całe życie dziecka to zabawa, a i dorośli nadal ją lubią, o ile odkryją w sobie tą małą istotę, która nadal w nich mieszka.

Ostatnio nawet dość kiepsko czułam się w relacji z dzieckiem, które ma już prawie naście lat. Wówczas na ratunek przyszła zabawa. Propozycja, na pierwszy rzut oka dość niejasna, wyszła od dziecka. Leży na trawie i mów:

"Mamo, złap mnie za nogę"



Moje myśli: "ale co jej się dzieje, czego ona chce, co to ma niby znaczyć. Taka duża.." I tu się zorientowałam, że nie chcę słuchać tych myśli. Złapałam za nogę i mówię:

"Robimy taczki. Odwróć się na brzuch, podnieś się na rękach, ja trzymam Cię za nogi, a ty idziesz"

Ona na to ze śmiechem na ustach, że nie umie, że nie da rady itp. Nie ważne, czy potrafi. Ważne, że jest śmiech, za którym warto podążać, który mnie zaraża, który zbudował między nami trwały, a ostatnio nadszarpnięty, most porozumienia i bycia razem. Od tego moment jest nam łatwiej. Wszystkie zmartwienia poszły w niepamięć. A jeśli wrócą, to wiem, że Bóg mnie natchnie, jak sobie z nimi poradzić:

może zabawą
może rozmową
może milczeniem, przytulaniem, oglądaniem wspólnie filmu, czy wspólnym czytaniem
a może spacerem, lodami,wspólnym gotowaniem.

Tylko z tym jednym człowiekiem.

czwartek, 23 października 2014

Maamooo tak bardzo nie chce mi się iść jutro do szkoły

Dziecko:
"Mamooo??? A czy Ty lubiłaś chodzić do szkoły?"
Mama:
"Tak" (na prawdę raczej to lubiła i teraz zdarza mi się tęsknić za tymi czasami)
Dziecko:
"A czy lubisz pracować"
Mama:
"Tak"
Dziecko:"To dziwne"

No i tak to na chwilę zostało. Mnie oczywiście zaświeciła się lampka alarmowa, że może jakieś szkolne kłopoty. Jak to matka z grubej rury od razu!

Chwil później:

Dziecko:
"Maamooo tak bardzo nie chce mi się iść jutro do szkoły. I na nic nie mam czasu, nawet bajek nie mogę pooglądać. Jutro nie idę do szkoły"

Mamo:
"OK, to może pójdziesz i powiesz jutro, że już nigdy więcej nie przyjdziesz"
Dziecko:
"Super. I będę robić co będę chciała."
Mama:
"I nikt nie będzie Ci mówił co masz robić"
Dziecko:
"Nie będę się już nigdy myła"
Mama:
"Ok, a co będziesz robić"

I tu popłynęła rzeka marzeń. Z pokoju przybiegła siostra, równie mocno rozmarzona. Pomysły były chociażby takie, by doba miała 48 godzin, by całymi dniami przebywać z końmi, by nic nie robić, oglądać bajki i cały czas się bawić.
Siedziałyśmy sobie. Ja i Ona na moich kolanach i siostra skacząca z radości, z buzią rozpromienioną marzeniami. Było cudownie i radośnie.

Potrzeby zaspokojone-poprzez chwilę marzeń, bez ocen i pouczeń, bez strachu i moralizowania. Puściłam wodze fantazji i temat niechęci przed szkołą miną. Na chwilę....

Wystarczyło się chwilę pobawić w marzenia.

A ja, mama, dorosła osoba, o czym ja marzę???


czwartek, 24 lipca 2014

O porządkach, bałaganie i zabawie

Uwielbiam domy, w których....jest codzienny bałagan, tu zabawka na podłodze, tu talerzyk po kanapkach i filiżanka po kawie, tu bluza dziecięca, a tam skarpetki męża i sukienka żony. Uwielbiam, bo to oznacza, że się uwolniłam. Uwolniłam się od pedantyzmy wpojonego mi w dzieciństwie. Dziś rzadko wycieram kurze, nie sprzątam co sobotę (nie do pomyślenia w moim domu rodzinnym), podłogę myję wtedy, kiedy lepi się od rozlanego soku, no i teraz latem częściej zamiatam, bo śmieci przyklejają mi się do stóp, gdyż uwielbiam chodzić boso po zimnych kuchennych płytkach. Bo wybieram spośród swoich potrzeb: czasami coś innego niż porządek, na przykład zabawę z dziećmi, czas spędzony z bliskimi, wyjście na spacer. To nie znaczy, że żyjemy w totalnym bałaganie, a dzieci nam wchodzą na głowę i stosujemy bezstresowe wychowanie. Nie! Mówimy i rozmawiamy o swoich potrzebach, także o takiej jak współpraca i wspólne dbanie o nasz dom i dzieci wtedy wiedzą o co chodzi z tymi porządkami i po co nam to wszystko. Czasami więc sprzątamy a innym razem się bawimy, bo nie żyjemy w sztywnych ramach.

W końcu mam dom, a nie muzeum. Mam dom, w którym bawią się i bałaganią dzieci, a ja ich nie zmuszam do robienia porządków.

ZABAWA...

W zamian za to bawię się z nimi, szyję im rybki, które łowią na niby. Dzwonimy do siebie na niby, a ja realizuję ich zamówienia np. kupuję na niby śledzie i dorsze. Jest cudnie, bo jestem wolna od przymusów mojej podświadomości i od oczekiwań różnych osób. Bo oczekiwania stają się oczekiwaniami, tylko wtedy, kiedy my sobie na nie we własnym sercu i głowie pozwalamy-czasami nieświadomie.

Kiedy jestem świadoma - jestem staję się wolna, mam wybór i to nie tylko w kwestii sprzątania.

ps. fajnie było się dziś spotkać z mamą, która była zupełnie naturalna, jej dom pełen życia - a nie muzeum, z jej otwartością i zwyczajnie super się nam gadało, choć pierwszy raz twarzą w twarz. Jakbyśmy się latami znały, a właściwie dziś był pierwszy raz!

A jak już idę drogą wdzięczności, to fajnie, że Bóg dał nam takie ciała, które po chorobie dochodzą do siebie i wraca zdrowie. Dzięki Ci Panie Boże :)


Nadal czasami lubię pobyć w posprzątanym domu. Jednocześnie lubię teraz inne rzeczy, nawet odrobinę bałaganu, bo on świadczy o tym, że czasami mam inne potrzeby, że potrafię wybierać, że znam swoją hierarchię potrzeb i nią się kieruję. Posprzątany i lśniący dom to u mnie dziś nie jest priorytet!

wtorek, 29 kwietnia 2014

Gdzie dwóch się bije....

Gdzie dwóch się bije....ewentualnie kłóci, tam trzeci korzysta i tym trzecim byłam akurat ja. Skorzystałam na kłótniach w rodzeństwie moich dzieci w taki sposób, że wyciągnęłam z nich lekcję. Z resztą stale powtarzam, że DZIECI UCZĄ POKORY.


CO ROBIĆ KIEDY DZIECI SIĘ KŁÓCĄ?

Zastanawiałam się co robić, kiedy widzę/słyszę kłótnie dzieci. Na początku NIC, o ile nie dochodzi do rękoczynów, no bo wtedy, to trzeba kogucików zatrzymać! Sytuacja się komplikuje, kiedy dzieci przychodzą "na skargę". Wtedy warto wysłuchać, empatycznie słuchać, przytakiwać, broń borze nie usprawiedliwiać przeciwnika, nie doradzać. No trudna sztuka, no i ileż można słuchać??? No tak "77 razy" albo i więcej. Ok, jeśli się ma swój kubek pełny, czyli wcześniej się o siebie zadbało, wysłuchało się samego siebie, wiemy o co nam chodzi, czego potrzebujemy, to wtedy łatwiej jest słuchać innych. Pewno każdy, albo prawie każdy rodzic, włącznie ze mną, podniesie teraz larmo, że to nie takie proste. No pewno, że nie łatwe. Mega trudne, zwłaszcza, jeśli natężenie tych kłótni to przynajmniej z dziesięć dziennie. No to co robić??? No też się nad tym głowiłam. Wyjaśnię jeszcze, że jedno z dzieci, najczęściej to starsze, z większym doświadczeniem i wiedzą, atakuje słownie, a młodsze ręką, bo może czuje bezsilność, coć dodam jednocześnie, że nie jest to oczywiście reguła.

Kazania i morały nie przyniosły oczekiwanych efektów, czyli, powiem to z przymrużeniem oka, definitywnego ukrócenia kłótni. Z przymrużeniem ponieważ, choć bardzo tego pragnę, to jednocześnie wiem, że te kłótnie dzieciom są zwyczajnie potrzebne. No bo gdzie, jak nie w domu, na rodzeństwie, można w miarę bezpiecznie poćwiczyć negocjacje i nie tylko to?? No jeszcze można na rodzicach. Tak więc wiem, są im potrzebne! Tak samo jak lwom są potrzebne zabawowe walki.

A mnie czasami potrzebny jest spokój i Wam pewno też. Można wyjść-ale za często się nie da. Hahaha poza tym musiałabym być 12 godzin poza domem ;)

Tak więc, obmyślając plan, jakby sobie tu poradzić z kłótniami, wymyśliłam, przetestowałam i jest mi już lżej. Po prostu zajęłam się tym najstarszym.

RODZICIELSTWO PRZEZ ZABAWĘ....

Zaczęłam się z nią wygłupiać, śmiać, żartować. Zupełnie niezależnie od kłótni. Tak zwyczajnie, okazjonalnie i przypadkowo. A to jak zapomni odnieść talerz do zmywarki, żartuję sobie z niej, że jej "głowę urwę". Śmieje się więc i ochoczo głowę nadstawia. Przytulam ją, rzucam się na łóżko, figlujemy, siłujemy i śmiejemy.

Trwa to może 2 minutki, kilka razy dziennie i DZIAŁA!!! :-)

No może i ja czuję się, dzięki tej zabawie bardziej zrelaksowana, spokojna, wypoczęta. Na pewno zadbałam o siebie i dzieci poprzez danie nam okazji do bycia razem, do budowanie bliskości, a właśnie o to mi chodzi najbardziej. Dbam o swoją potrzebę życia w zgodzie i spokoju poprzez zabawę i czuję ulgę i zadowolenie, bo się udało.

Polecam podążanie za śmiechem. Wiele razy się to u nas sprawdziło. Uśmiech posłany nawet do koleżanek i kolegów moich dzieci zawsze łamał pierwsze lody między nami.

A ostatnio usłyszałam, że świeżo kanonizowany Św. Jan XXIII spotkał się we śnie z Aniołem, który mu podpowiedział, by nie traktował siebie samego zbyt poważnie. No i powiem Wam, że to jest to! Więcej luzu i uśmiechu.

Dziękuję Ci Boże, za to, że pokazujesz mi poprzez moje dzieci i ich zachowanie, którędy warto iść.

czwartek, 27 lutego 2014

Trzyletni fryzjer

Już jutro warsztaty o agresji. Pojawia się więc pytanie:

Jak uniknąć agresji?

A może lepiej zastanowić się, jak być z dzieckiem, jak się z nim bawić, jak uczestniczyć w jego życiu. Zamiast być przeciwko agresji, ja jestem za zabawą z dzieckiem, za uczestniczeniem w życiu dziecka.

A oto krótka relacja z pracy z dziećmi, na potwierdzenie mojej tezy o tym, że warto być z dzieckiem:

Spotkałam ostatnio pewną wesołą trzylatkę, którą wyraźnie przyciągnęłam wygłupami. Ten mój śmiech i przejaskrawianie, przeobrażanie wszystkiego w coś wesołego okazało się kluczem do sukcesu.

Tak więc znalazłam się w samym środku kilkunastoosobowej grupy maluchów, gdzie z dziesięciu to były same trzylatki. Na szczęście była ze mną jeszcze jedna dorosła osoba. Dzieciaki nas zupełnie nie znały, więc było to jak 1 wrzesień w w nowym przedszkolu. Kilkoro od razu się dobrze poczuło w tym miejscu. Inne były totalnie przerażone i chciały tylko do mamy. Inne mocno zdystansowane. No i nie ma się co dziwić, ja w nowym środowisku i wśród nowych twarzy też czuję niepewność. Co tu dużo mówić, sama byłam zaniepokojona co to będzie. I jakoś tak zupełnie naturalnie zaczęło mi coś spadać na podłogę: a to kredka, a to nożyczki no i się zaczęło:

"o uciekające nożyczki"
"a kredki to nie chcą bym je dotykała"

Dzieciaki zaczęły się śmiać. Podążałam więc tym tropem. Udawałam niezdarę. Nagle cała grupka siedzących przy stolików młodych rysowników była moimi najlepszymi kumplami. Wystarczyło tylko głośno i wyraźnie powiedzieć, że się jest fajtłapą!

Nagle pomysł, pożyczony od zaprzyjaźnionej pięciolatki. Właściwie, to ona usilnie dążyła do zaspokojenia swoje potrzeby. Chciała być królewną.

"ciociu, ciociu, zrób mi koronę"

A więc robiłam, koronowałam, nadawałam tytuły królewskie zwracając się do młodych księżniczek jak przystało per "SZANOWNA PANI"

No to też im się podobało! Tak więc było na sali kilka królowych.

Jedna wesoła dziewczynka królową jednak być nie chciała. Za to fryzjerką być by bardzo chciała i usilnie za mną z nożyczkami "ganiała" (ganiała to za dużo powiedziane, ale wyraźnie powiedziała, że obetnie mi włosy). Przeraziłam się, o mój Boże, tak długo włosy zapuszczałam, żeby teraz mi je dziecko podczas zabawy obcięło???? O nie, no i tak jakoś trochę na poważnie, a trochę z uśmiechem na twarzy powiedziałam, że absolutnie się nie zgadzam, że lubię swoje włosy i o pomoc zaczęłam krzyczeć. No tak, jak raz z siebie zrobisz "głupka" to już masz etykietkę przyklejoną. Koniec, małą wzięła to żartem, a może i nie???? Śmiałą się i stale powtarzała, że obetnie mi włosy. Pękała przy tym ze śmiechu, a razem z nią cała sala i za chwilkę okazało się, że i jej brat przyłączył się do zabawy. Z dinozaurem w ręku zaatakował moje nogi. Wzywałam więc pomocy i ratunku lekarza. Nagle mały chłopiec z atakującego, zamienił się w niosącego pomoc doktora.

Akcja powtarzała się jeszcze kilka razy, a dzieci idąc do domu czuły radość po dniu pełnym wrażeń.

A wrażeń miały mnóstwo też za sprawą mojej koleżanki, która do zabawy przyniosła im masę solną, makaron i nitkę do zrobienia korali i każdy dał radę! I był też czas rzucania piłką do celu i tańce przy muzyce.

A na koniec dnia chyba ktoś mi od tych maluchów energię wstrzyknął niespodzianie, bo po kilku godzinach pracy z dziećmi, miałam jeszcze ochotę swój dom posprzątać.

Moja teściowa powiada: "jak nie masz siły, to popatrz na dziecko" a ja dodam, to pobaw się z nim a zyskasz siłę, zadowolenie, energię i chęć do życia!

środa, 23 października 2013

Nie pamiętam kiedy ostatnio bawiłam się z dziećmi

A ja dziś znów o dziecięcej zabawie, swobodnej, radosnej i dającej dziecku możliwość "przepracowania" trudnych spraw.

To co radosne i swobodne:

"Patrz mamo, ściąłem to ogromne drzewo jednym uderzeniem patyczkiem"

Lepienie z gliny, ciasta drożdżowego (dziś podkradli mi ciasto na kluski) czy z masy solnej, to okazja do rozwoju przez zabawę:

Czy jazda taczką, czy innym gospodarczym pojazdem...


to okazje do zabawy z dzieckiem. A ja taka przemądrzała mama myślę, że od kilku dni się z nimi w ogóle nie bawię, bo każdą wolną chwilę spędzam, jak nie na porządkach jesiennych w moich rabatkach, to na zaprawianiu tego, co rabatka dała. A to, że ich taczkami wożę, to się nie liczy? A to, że razem ze mną w kuchni pichcą, to też nic? A to, że się wygłupiam? A to, że żartuję? A to, że razem na spacer po lesie się wybraliśmy i na warsztaty ceramiczne? To się nie liczy? Liczy! Wiem też, że potrzebuję czegoś więcej. Turlania się po łóżku, łaskotania, siłowania, odbijania piłką, skoków w pajaca, prasowania i udawani, że jestem babcią ich dzieci i może jeszcze coś by do głowy przyszło. Zapędziłam się w obowiązkach, tęsknię za bliskością przez zabawę!

No dobra, już wiem, czego potrzebuję, a w między czasie:

Eeee, chyba nie jest tak źle. No jeszcze razem rysujemy:

No i jak zgadniecie które drzewo narysowała matka, a które córcia?

A to co trudne, to:

czekają u nas w domu kule dla koleżanki, która złamała nogę. Dzieciaki biorą te kule i udają, że nogę mają złamaną i wczuwają się w rolę. Na szkoleniu z Rodzicielstwa przez zabawę Cohen o tym mówił:
dzieciaki bawiły się z niepełnosprawnym kolegą, udając go, naśladując. Mały nie tylko się nie obraził, tak jakby sobie mogli pomyśleć dorośli, a wręcz włączył się w zabawę i nawiązał z nimi bliski kontakt. Wszyscy się świetnie bawili i mieli okazję zrozumieć świat, w którym LUDZIE SĄ RÓŻNI i WYJĄTKOWI!A

Wspomnę tu jeszcze o szkolny ocenach i czarnych kropkach z przedszkola (które dzieci dostają za złe zachowanie). To też maluchy przepracowują poprzez zabawę. Swoje frustracje związane z nieustannym ocenianiem. Powstał więc rysunek dziewczynki, która dostaje czerwone kropki za DOBRO  i czarne za ZŁO, jakie wyrządzi. No matka sobie pomyślała, że no niby co to ma być, no halo???? Jak to jedna drugiej takie coś robi i to jeszcze używając własnych imion opisując dziewczynkę, no i zrobiły sobie normalnie tabelkę ocen! Na szczęście powstrzymała się od krytyki. No bo już w pierwszym odruchu myślała, że to jakaś złośliwość. Że jedna drugiej przykrość robi. Ohhh ta matka, duuużo się jeszcze nauczyć musi, o sorki, nie musi-CHCE!!!

Powiedziałam, że widzę ten rysunek i zastanawiam się, czy jednej z nich nie będzie smutno.

"Nie mamo, to tylko taka zabawa, siostra się zgodziła dostać czarne kropki.Bawimy się!"

Ok, kamień z serca! Skoro to zabawa, to są na bezpiecznym terenie!

środa, 18 września 2013

Zabawa dobra na wszystko

No tak mi przyszło do głowy, że zabawa jest "lekiem na całe zło". Jednak po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno? No wiecie, mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony wierzę, że to idealny sposób na dotarcie do dziecka, a z drugiej znam też wiele innych dróg by zbudować silną więź z dzieckiem. Tak więc pozostanę przy ty, że kiedy nic innego "nie działa" warto pomyśleć o zabawie. Każdy jednak ma swoje sposoby.

Na początku warto jednak przyjrzeć się dziecku i spróbować odgadnąć w jakim stanie ono jest. Bo jeżeli się smuci, płacze, "zamyka w sobie", albo złości, czyli jest pod wpływem silnych emocji, to najpierw warto dotrzeć do tych emocji i pomóc dziecku je nazwać i poszukać razem z nim potrzeby. Dzieci czasem płaczą a nie do końca wiedzą o co im chodzi. Czasem jedna sprawa wywołuje u dziecka płacz, a tak na prawdę tych spraw nagromadzonych może być kilka i jak już płacze, to nagle te wszystkie sprawy się domagają wypowiedzenia, te wszystkie kłopoty chcę być wypłakane. Więc warto dać dziecku okazję i przestrzeń do płaczu, być obok, przytulić, zapytać "smutno Ci? I nic, po prostu na chwilę być, a potem pomóc zgadnąć skąd ten płacz, bo: "wczoraj mama się nie zgodziła bawić się z Julką i dziś też nie, a koleżanka ze szkolnej ławki popychała ją, inne się z tego śmieją, a jeszcze siostra nie chce się dzielić zabawkami, a brat wrzeszczy <nie ruszaj>, tak, przez to wszystko Ci smutno?"

Nie szukam od razy gotowego rozwiązania na płacz, smutek, złość. Czasami poszukanie przyczyny smutku, czyli jakieś dziecięcej niezaspokojonej potrzeby, wystarczy i nie jest powiedziane, że od razu mam je zaspakajać, chodzi o ich wypowiedzenie, a czasem dziecko samo znajduje sposób, by je zaspokoić. I nagle z wielkiego płaczu, przechodzi w śmiech, znacie to?

To dorosły jest potrzebny dziecku by pomóc mu poradzić sobie z intensywnymi emocjami. Kiedy dziecko jest "zalane" emocjami, nie myśli logicznie, działa z poziomu uczuć i czasem może np. kogoś uderzyć, bo w danym momencie nie znalazł innego sposobu wyrażenia tej emocji. To my rodzice, "pożyczamy" dzieciom nasz mózg. Pokazujemy co można zrobić, kiedy nas "roznosi". Można powiedzieć: "widzę, że jesteś strasznie zły, choć idziemy na coś skoczyć, albo walnijmy ręką o poduszę!" To co działa w jednej rodzinie może okazać się niewypałem u innych. Warto opracować swój sposób na rozładowanie emocji. Kiedy one opadną, wtedy zaczyna się prawdziwa, swobodna zabawa, w której nie ważne jak się wygląda i czy dzwoni telefon, wiem to trudne. Warto spróbować.


Patrzyłam ostatnio na moją siostrę, która na urodzinach rocznej siostrzenicy biegała z nią na rękach po ogrodzie i bawiła się z dziesięciolatką, ośmiolatką i ponad sześcioletnim siostrzeńcem. Wyglądali na zadowolonych. Na twarzy dzieci oczywisty uśmiech, a co ciekawe na twarzy siostry też, radosny i spontaniczny. Zazdrościłam im tej zabawy, tej chęci do biegania, tej spontaniczności. Wyszłam do nich, zrobiłam kilka zdjęć a potem pomyślała, że się dołączę. Oczywiście dzieci nie miały dość. Uszanowały jednak potrzebę odpoczynku cioci. Po przerwie bawiliśmy się już razem. Nie udawała, na prawdę nie potrafiłam ich znaleźć ani dogonić. Żałuję, że wtedy akurat ból w szyi przeszkadzał mi w zabawie.



Dodam, że zawsze zazdrościłam siostrze tego spontanicznego wejścia w świat dziecięcy. Tej więzi jaka ich łączy i tego ciepła i szacunku. To, że dorosła ciocia zakłada na buzię maskę kotka, schodzi na czworaka i udaje kota dla dzieci jest niesamowitą frajdą. To wejście w ich świat i schylenie się do ich poziomu. Wiecie jak wygląda świat z poziomy metra lub mniej??? Zniżcie się, zobaczycie, że jest inny niż nasz. A to, że jestem mamą swoich dzieci, bywa czasem największym utrudnieniem. Bo to ja mam być niby poważna i mówić co wolno a co nie. Nie lubię tego. Nie lubię tego mojego zaprogramowania, tego mojego wewnętrznego dysku twardego, który tak ciężko zrestartować. Jednak czasami się udaje i wtedy wolę się z nimi śmiać, żartować, podążać za śmiechem. Tak, uwielbiam się z nimi śmiać, nawet z tego co ich śmieszy najbardziej, a są to słowa: "siku", "kupa", "bąki" no i ukochane bekanie na żądanie. Śmieję się razem z nimi! Uwielbiam odbijać z nimi w piłkę i bawić się w piasku. Kocham się z nimi turlać po łóżku i siłować. Boskie są zabawy paluszkowe, masaże placów z rymowankami. A i jeszcze kocham z nimi śpiewać. W ogóle uwielbiam nucić piosenki i śpiewać razem z radiem. I oni też to robią! A i jestem ekspertem w teatrzyku pluszakowy! Dzięki tej zabawie przerabiamy wiele trudnych emocji. I dziś rano moja córka sama coś przerobiła. Miała do dyspozycji tylko swoje dłonie, które się kłóciły o czesanie włosów, o to, że czasem to boli, a mama chce by włosy były upięte, a dziecko woli rozpuszczone. Jedna dłoń to mama, druga to córka. Ja stoję obok i ją czeszę. Nic nie mówię, bo wiem, że w ten sposób ona oswaja się z tym, co jest dla niej trudne. Pozwalam jej powiedzieć wszystko, bo to dzieje się w świecie zabawy i nie wykracza poza jego granice. Pomaga natomiast oswoić się z rzeczywistością, przerobić to, co trudne, wypowiedzieć złość, ból, frustrację. Prawda, że lepsze to niż, gdyby wybuchła awantura, padły przykre słowa i krzyki? A tak, potraktowałam to z uśmiechem i akceptacją.

Jedynej rzeczy, której nie robię to nie gram w Farmę. Dzięki Farmie, mój syn znalazł bliski język z moją drugą ciocią. No nie wiem, czy kiedyś się przekonam do gier.

Zazdroszczę więc póki co kilku rzeczy tym, co mają ciepłe relacje z dziećmi poprzez to, co kochają robić:

poprzez granie na komputerze, czy innych sprzętach
poprzez wodne zabawy na materacu (no gdyby woda miała 36 stopni i dno widoczne jak w basenie, to kto wie)
poprzez bieganie bez końca w berka
poprzez gry planszowe (czasem nad chińczykiem zasypiam)
poprzez wspólne czytanie książek (tu też zasypiam, no góra 10 min daję radę)

Te wszystkie rzeczy otwierają drzwi do dziecięcego świata. Poprawiają relacje dorosły-dziecko. Pomagają dziecku zrozumieć świat.

Na warsztatach z Lawrence J. Cohenem usłyszałam, że dzieci się nie naśmiewają np. z niepełnosprawnych, bawiąc się i udają niepełnosprawnego. Oni w ten sposób pojmują świat, uczą się go, oswajają się z nim, biorą na siebie to co świat przynosi. Więc udają niepełnosprawną osobę, udają, że mówią w obcym języku, że są lekarzami, żołnierzami czy nauczycielami itp.To nam dorosłym wydaje się, że dziecko się naśmiewa a rzeczywistości ono zachowuje się zupełnie naturalnie.

środa, 11 września 2013

Warsztaty "Pobaw się ze mną"

Cieszę się bardzo, że znów będę miała okazję się spotkać z rodzicami, by móc im opowiedzieć o roli zabawy w życiu dziecka, by odkryć tajniki tej dziedziny życia człowieka, która jakby nie do końca jest doceniana.

Sama będąc na szkoleniu prowadzonym przez Lawrenca J. Cohena, autora książek "Rodzicielstwo przez zabawę" i "Siłowanek" odkryłam wiele aspektów, o których nie miałam pojęcia, a które teraz pomagają mi zrozumieć siebie i dziecko. Na co dzień wykorzystuję tą wiedzę w relacjach z moimi dziećmi: najstarszą 10-letnią córką, średnią 8-lenią i 6,5-lenim synem. Podążam za śmiechem i żartami, skaczę na trampolinie udając lwa, zamieniam się rolami, bawię się "w służącą i króla/księżniczkę", siłuję się i figluję, wspólnie rysuję, a dziś będę się bawić w "dziecko", które jest ich przyjacielem i przyszło w odwiedziny.  Na co dzień jestem mamą, która zapraszam, dzieci swoje i nie tylko, do wspólnej zabawy w kuchni, gdzie gotujemy i razem pieczemy. Każdą chwilę swojego życia spędzanego z dziećmi staram się wykorzystywać na bycie razem. Kiedy wykazują zainteresowanie moją ogrodniczą pasją, to razem siejemy, sadzimy i zbieramy plany naszych upraw i to też jest dla nich zabawa. Nie odganiam ich, bo "się pobrudzą", czy rozsypią ziemię, czy mąkę. Ta otwartość owocuje, bo sami ze swej inicjatywy, np. rozsypaną ziemię chcą posprzątać. A szkolną fasolkę, wykiełkowaną w słoiku sami w ogrodzie zasadzili i już niedługo ją zbierzemy.

A wracając do warsztatów to serdecznie na nie zapraszam, chętnie posłucham jak Wy się bawicie.
A może tego nie robicie i potrzebujecie przyjść by usłyszeć, że nie jesteście sami, że ten "wstręt" do zabawy mają i inni (czasami ja też go mam i to jest zupełnie naturalne) i zastanawiacie się, co zrobić by się przełamać???

Zapraszam, przyjdźcie, bądźmy dla siebie inspiracją!

BEZPŁATNE WARSZTATY

"POBAW SIĘ ZE MNĄ...czyli radzimy sobie z nieśmiałością, smutkiem, wstydem, strachem, agresją i złością"

KIEDY?

21 września (sobota) 
GODZ. 10-12  

GDZIE?

Łodygowice, koło Żywca.
Zamek (Sala kominkowa)
ul. Plac Wolności 5

ZAPISY:

TEL. 604 187 548
TEL. 880 028 880

Na warsztatach będzie mowa o tym:
  • "Skąd się biorą emocje i jak wpływają na życie nasze i naszych dzieci"
  • Jak poprzez zabawę budować u dziecka poczucie własnej wartości i wiarę w siebie
  • Jak radzić sobie z trudnymi emocjami tj. złość, strach, agresja, nieśmiałość, wstyd, lękliwość, smutek
  • Trochę praktycznych ćwiczeń "jak, w co się bawić" by budować z dzieckiem więź i być z nim w bliskiej relacji
JEŚLI:
  • Chcesz by Twoje dziecko było odważniejsze?
  • Chcesz mu pomóc radzić sobie z agresją?
  • Chcesz się zbliżyć do dziecka, odbudować nadszarpniętą więź?
  • Potrzebujesz pomysłów "w co się bawić?
  • Chcesz wyjść z "domowych pieleszy", poznać i wymienić się doświadczeniami z innymi rodzicami?
  • Szukasz inspiracji, wsparcia, empatii?
  • Chcesz podzielić się swoimi pomysłami na zabawę?

To serdecznie zapraszam wraz z Łodygowickim Klubem Rodzica  na warsztaty POBAW SIĘ ZE MNĄ.


WAŻNE:

Warsztaty planowane są dla dorosłych, ale jeżeli bardzo chcesz być i warunkiem przyjścia jest obecność na warsztatach Twojego dziecka, to serdecznie zapraszamy. Skontaktuj się z nami byśmy mogły przygotować dla niego przestrzeń do zabawy.

sobota, 24 sierpnia 2013

Nudzi mi się

Mamo "nudzi mi się". To zdanie było inspiracją do napisania tego posta, choć nie tylko o nudzie będzie.

Czasem chyba każdy rodzic czy opiekun to słyszy.

A co za tym się kryje?

No cóż, może na przykład być to prośba o bliskość, o chęć zabawy z rodzicem. Może dziecko potrzebuje kontaktu z dorosłym, a może z rówieśnikiem. Zwykle, jeśli ma do wyboru rodzica, wujka, ukochaną ciocię czy kolegę to bardzo możliwe, że wybierze dorosłego. Oczywiście nie zawsze!

A najważniejsze, o czym czasami zapominam! Warto by dziecko się zwyczajnie ponudziło i coś ciekawego wymyśliło. By miało czas, by jego grafik nie był wypełniony po brzegi, bo taka moda, bo trzeba pędzić w wyścigu szczurów, gdzie na starcie stoją nasze dzieci.

Zabawa z rodzicami lekiem na nudę

Zabawa z dorosłym to zupełnie coś innego, niż z innym dzieckiem. Każda z nich jest wyjątkowa i niepowtarzalna i warto, by każdej w życiu dziecka było choć trochę. No i nie zapominajmy o swobodnej zabawie, czyli nie ma nas w pobliżu (przynajmniej dziecko nas nie widzi), jest samo lub z rodzeństwem, kolegami i ma okazję do bycia kreatywnym, do ustalania swoich zasad i negocjowania ich, jednym słowem do nauki. Mojego pokolenia nikt nie pilnował, od podstawówki pamiętam, że chodziłam do koleżanek sama i nikt wcześniej nawet do ich rodziców nie dzwonił, by zapytać czy mogę tam iść. Szłam i pytałam: "cześć, idziesz się pobawić?" To też jest dzieciom potrzebne. Swoboda.

Dziecko bawi się właściwie cały czas. Z nami dorosłymi czasami, bo wiadomo, mamy pracę, obowiązki i takie tam...Czasami jednak warto stać się dzieckiem choć na chwilę. Pożartować, z siebie samego, nie z dziecka, poudawać, że się czegoś nie wie, nie potrafi odgadnąć dziecięcej zagadki. Tak jak pisze o tym Cohen w Siłowankach:


 No to udajemy:

Ostatnio dostałam od syna instrukcję:

"mamo, kiedy Madzia zanurkuje, zapytaj gdzie ona jest, a potem powiedz: nie wiem, a jak się wynurzy to powiedz: o tu jest".

Banał? Przecież ją widzę, wiem, że nurkuje, mam udawać? I synowi to pasuje? No tak, skoro to wymyślił i chce się tak bawić i siostra się zgadza. OK, czemu nie?

Uwaga pomyliłam swoją rolę. Poprawił mnie i poprosił o dokładne powtórzenie. OK! To też zabawa, taka krótka, szybka, ze scenariusza dziecka. Jeśli tego potrzebuje a ja jestem to się cieszę. Nie fiksujmy się jednak na konieczności i obowiązku zabawy z naszymi dziećmi. Cieszmy się tym szczerze i dajmy im to z serca. Oni i tak znajdą sposób na zaspokojenie swojej potrzeby. Jeśli nie z nami, bo my mamy swoje obowiązki, to z rówieśnikami lub z samym sobą i to tez jest ok. Najważniejsza jest chęć i równowaga.

Zabawa z innymi dziećmi też lekiem na nudę

Czasami, kiedy znajome dzieci nie widzą się 2, 3 tygodnie, kiedy zdążyli się za sobą stęsknić, bawią się jakby ich nie było. Gdy mają siebie na co dzień też się bawią...czasami w ustalanie reguł, czyli my słyszymy kłótnie, sprzeczki, czasem krzyki i bitkę. Taka kłótnia to pewien rodzaj zabawy, poprzez którą uczą się negocjować, może mediować, rozwiązywać spory, odnajdywać równowagę między autonomią a współpracą, rezygnacją z siebie a dbaniem o swoje. Pozwólmy im na to choć ogarnia nas strach. Dzieję się tak bo my dorośli potrzebujemy, by między dziećmi panowała zgoda i spokój. Nie dajemy im szansy na dialog, na ustalanie zasad gry. Boimy się, by komuś nie stała się krzywda. Wkraczamy do akcji i.... "masz babo placek". Ktoś się cieszy, a ktoś płacze, bo mama stanęła po stronie brata a nie mojej.

Myślimy sobie: "czy oni nie mogą się dogadać sami? Czy ja zawsze muszę ich godzić?"

Nie, nie musimy. Ja wybieram zupełnie coś innego.

Czasami czekam na rozwój wypadków, czasami wchodzę (jeśli chcę i jeśli mam czas, bo jak mleko skipi to nie idę) i mówię:

Ty chcesz oglądać "Smerfy", a Ty "Zaczarowany ołówek". Czy macie jakiś pomysł jak to załatwić, tak by każdy był zadowolony?

Zdarza się, że nie dochodzą do żadnego rozwiązania, ale mają okazję porozmawiać, negocjować i uczyć się być ze sobą.

Czasami ktoś czuje smutek i wtedy możemy być z nim. Posiedzieć, pozwolić się wygadać, wysłuchać dziecko, bez radzenia, bez tłumaczenia (a zwłaszcza bez usprawiedliwiania drugiej strony konfliktu). Po prostu być i słuchać. Dać empatię, nawet jeśli ta empatia to tylko być, bo ktoś nie chce mówić.

Czuję wdzięczność, kiedy o tym pamiętam i daję to dzieciom. Empatię.

piątek, 23 sierpnia 2013

Zabawa czy pomaganie



Dziś miałam wenę do pisania i trochę tego sporo.

Miałam napisać o zabawie, a wyszło jeszcze o zaspokajaniu potrzeb, o dawaniu i braniu, bo właściwie to wszystko się łączy, bo takie jest życie: pełne niespodzianek, barwne i wielorakie. Tu niby się bawisz, a tu właściwie pomagasz. Ty, jako dziecko widzisz, że to zabawa, a my dorośli cieszymy się, bo pomagasz. Tak więc dłuższy post o zabawie i pomaganiu w jednym.

Dziś zabawowo. Dziewczynka prawie 8 lat stanęła w drzwiach i mówi swojej mamie, że jej nie przepuści. Mama w pierwszej chwili chciała powiedzieć "puść mnie, niosę zakupy i jest mi ciężko." Na szczęście przypomniała sobie, że ta dziewczynka uwielbia takie żarty, a mamie zależy na budowaniu relacji z dzieckiem i mama wie, że po ciężkim dniu w szkole, dziecko potrzebuje zabawy by się pozbyć frustracji. Mama bawi się z córką. Obie się śmieją i w zabawie wychodzą z piwnicy na pierwsze piętro. Zakupy okazują się lekkie a frustracja mija.

UWIELBIAM, KIEDY TAK ZUPEŁNIE NIEOCZEKIWANIE POJAWIAJĄ SIĘ W JEJ GŁOWIE POMYSŁY NA ŻARTY I ZABAWĘ

Znam kilka osób, które uwielbiają się bawić z dziećmi, przynajmniej mój odbiór jest taki. Widzę, że w różnych okolicznościach łapią kontakt z dzieckiem bawiąc się z nim, czasem coś do dziecka powiedzą, podejdą, zaczepią, dadzą delikatnego "kuksańca" pod żebra, połaskoczą i od tak subtelnego wstępu przechodzą, zupełnie naturalnie do poważniejszych zabaw siłowych z dzieckiem. Zawsze ich darzyłam wielkim uznaniem i lekką zazdrością myślałam sobie: "Jak oni to robią? Z taką lekkością i radością. Tyle frajdy czerpią z zabawy, zarówno dorośli jak i dzieci. Też bym tak chciała...znaleźć czas i chęć w natłoku codziennych spraw złapać oddech, zatrzymać się i zwyczajnie dobrze się bawić."

Dlatego pomyślałam, że warto kupić książkę bostońskiego doktora psychologii, specjalizującego się w terapii przez zabawę, Lawrenca J. Cohen'a "Rodzicielstwo przez zabawę". Po jej przeczytaniu utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to jest to, co daje dorosłemu najbliższy kontakt z dzieckiem. Okazuje się, że jest to sposób na zaspokojenie wielu potrzeb dziecka i dorosłego. Jedną z nich jest potrzeba wzbogacania życia dziecka, czyli każdy rodzic chce, by jego dziecko miało zapewnione to, czego potrzebuje, by było szczęśliwe, uśmiechnięte, radosne i zadowolone.

O dawaniu i braniu.

Chcemy dzieciom dać nasz czas, uwagę, być blisko nich, bawić się z nimi, bo jak pisze Marshall B. Rosenberg: „dawanie sprawia radość większości ludzi”.

Czasami oczywiście chcemy też, by i nasze dziecko dało nam coś od siebie i co ciekawe, one też tego chcą. Chcą się przyczyniać do naszego szczęścia, a gdy widzą na naszych twarzach smutek, boją się, może czasami pytają: „Mamusiu, jesteś smutna?”, a nawet obwiniają się i myślą, że to ich wina, kiedy my się złościmy.

Dlatego warto rozmawiać z dziećmi i w chwilach frustracji wyjaśnić, że to może kłopoty w pracy, a może zmęczenie. Dzieci świetnie nas wyczuwają i są empatyczne. Jeśli damy im szansę do wzrastania w duchu empatii i posługujemy się językiem opartym na empatii, szacunku do siebie i drugiego, jednym słowem na Porozumieniu bez Przemocy to mamy gwarancję, że usłyszymy np. takie zdanie: „Mamo/tato, widzę, że się smucisz, chcesz ze mną porozmawiać, a może chcesz, żebym Cię przytulił albo z Tobą posiedział?”


Byłam kiedyś mocno sfrustrowana porozrzucanymi rzeczami w pokojach, talerzami zostawionymi po śniadaniu, obiedzie i kolacji i do tego jeszcze kilkoma szklankami tu i tam. No i wspomnę jeszcze o zabawkach na podłodze, łóżku, biurku, ławie, fotelach, ręcznikach i brudnych ubrań na podłodze. No to chyba już wiecie, co mam na myśli, jednym słowem bałagan wszędzie a ja zmęczona, przeładowana pracą i obowiązkami i planami, bo jeszcze pralkę warto załadować brudami i wyprać kilka rzeczy, bo zwyczajnie zaczyna brakować ciuchów, bo ogórki na zimę czekają na zaprawianie, bo jarzyny schną niepodlane od dawna.
To wszystko sprawiło, że zaczęłam syczeć, burczeć a nawet szczekać dość wrogo, chyba. Ponarzekałam na bałagan i nadmiar obowiązków i gdzieś między moimi lamentami usłyszałam taką oto rozmowę:

M. „Mama jest smutna?”
O. „Chyba zła, bo zrobiliśmy bałagan”

I oto się ocknęłam.

O nie, halo, nie jestem zła na Was. Jestem sfrustrowana, bo kilka moich potrzeb jest niezaspokojonych. To nie Wy jesteście odpowiedzialni za moje uczucia. Nikt nie musi zaspakajać moich potrzeb.
Ach tak! Wybrałam strategię, która jest nieskuteczna.
Zamiast powiedzieć, że potrzebuję pomocy, marudziłam coś od rzeczy.
Poprosić, to znaczy być gotowym usłyszeć NIE i uszanować to, nawet jeśli nadal będę sfrustrowana. A może uznam, że może warto najpierw odpocząć, albo znajdę inne rozwiązanie, bo kiedy ktoś mówi NIE, to zaprasza nas do dialogu, mówi TAK dla siebie. To tak może być zaproszeniem, do wspólnej zabawy, do odpoczynku przy herbacie, do wielu innych rzeczy.
Ok, jeśli moja najsilniejsze potrzeba w tej chwili, to porządek, zadbanie o dom? Mogę to zrobić sama. Może poczułam, że właściwie to chcę być sama, potrzebuję ciszy i spokoju i w takich warunkach posprzątam z przyjemnością? Może to chodzi o coś innego, ale nie wiem o co. Zaczynam sprzątać, może to nie potrzeba a strategia na rozładowanie napięcia. Chyba tak, po chwili napięcie powoli opada. Wchodzi córka i mówi, że chce być ze mną, że pomoże. I ot w ten sposób odkryłam, że tak naprawdę potrzebowałam współpracy i współodpowiedzialności za dom. Świadomość nakazuje mi, by prosić o pomoc dorosłych, bo dzieci nie mogą być naszą strategią na zaspakajanie dorosłych potrzeb, to inny dorosły może nam pomóc i też tylko wtedy, kiedy sam tego chce. Nie mogę zmuszać do sprzątania dzieci, bo to nie ich potrzeba dania o dom, tylko moja. Nie zrzucam na nie odpowiedzialności za dom. Proszę dzieci o pomoc, właściwie pytam, czy posprzątamy razem i mówię że to ja im pomogę. Jeśli chcą ok, jeśli nie też ok. Ja chcę więc robię swoje bez względu na innych, bez wyrzutów. Moje wewnętrzne nastawienie jest spokojne, realizuję swoją potrzebę. Ktoś przychodzi z pomocą, to się cieszę i mówię, że szybciej nam to sprzątanie poszło. Nie chwalę. Ten kto to robi, chce ze mną być, chce pomóc i to jest zaspokojenie jego potrzeb i to wystarcz. Oboje czerpiemy z tej relacji. Oboje dostajemy i bierzemy.

O pomaganiu, a może o zabawie.

To co nam się wydaje pomaganiem, dla dziecka może być po prostu zabawą z nami, byciem z nami, obok nas, współuczestniczeniem w naszym życiu.

Dziś 8-letnia córka mówi, że chce ze mną zrobić kotlety, że chce je dawać do bułki tartej. Opanowuje mnie jakiś utarty stereotyp, że będzie wszędzie rozsypana ta bułka. Obawy narastały, bo już 14-sta, wszyscy głodni a obiadu jeszcze nie ma. Byłam spokojna, choć lekko napięta i to podświadomie. Zdałam sobie z tego sprawę w chwili, kiedy zobaczyłam uśmiech córki. Wysypało się trochę bułki, a ona się uśmiechnęła. Ta moja podświadoma frustracja sprawiła, że nawet powiedziałam, żeby nie machała rękami i nagle! Stop! Uśmiechnęłam się z wzajemnością i mówię, że i tak się sypię, że potem posprzątam, żeby się tym nie martwiła.

Pomyślałam, na szczęście, że bycie z nią i jej uśmiech to jest to, czego potrzebuję teraz najbardziej i moje ciało się rozluźniło.

Robimy, jesteśmy razem, rozmawiamy. Ona pyta co jeszcze mogłaby zrobić. Mówię, co jeszcze jest do zrobienia. Ona wybiera co chce zrobić. Przygotowuje talerze, sztućce, kładzie na stół sałatkę. Jest bardzo głodna.

Przyszła pomóc bez pytania. Czy czuła, że kiedy pomoże będzie szybciej, czy chciała po prostu jeszcze się pobawić przed obiadem, ze mną w gotowanie i to takie prawdziwe. Nie wiem, nie pytałam. Cieszyłam się w duchu, tym, że jest. Uśmiechałam się, kiedy ona do mnie słała uśmiechy. Było nam razem dobrze.


czwartek, 22 sierpnia 2013

Przewracanie, boksowanie, siłowanie się.

Przewracanie, boksowanie, siłowanie się każde dziecko lubi to robić a najbardziej z rodzicami, wujkami, jednym słowem z dorosłymi. Osobiście wielokrotnie miałam okazję widzieć, jak wielką frajdę dzieci z tego czerpią.

Ostatnio na wakacjach zauważyłam, że moja 10-letnia córka uwielbiała, jak wujek podcinał jej nogi i nie pozwalał jej upaść, podtrzymywał ją i kład na ziemi, tak by bezpiecznie "wylądowała". Widziałam, że szukała okazji do tej zabawy, a za nią cała reszta a było chętnych pięcioro.

Wszystkie będące z nami dzieci lubiły też zabawę w rekina. Wskakiwały na materac a wujek i tata udawali rekiny. Ciągli ich na tym materacu, woda była wzburzona, dziecięce buzie uśmiechnięte, pełne pisku i wrzasku z radości. Odrobina strachu, choć cały czas asekurowanego przez dorosłych, dawka adrenaliny dostarczana w miarę potrzeb i cały czas pod czujnym okiem dorosłych, którzy wiedzą o zagrożeniach i dbają o bezpieczeństwo i swoje i dzieci.

Była też taka sytuacja, kiedy podczas meczu piłki nożnej to dzieci były lepsze od dorosłych. Trochę pomogły mi w tym zamiarze bycia gorszą moje klapki, które nie pozwalały na szybkie bieganie. I dobrze się stało, bo byłam chyba bardzo prawdziwa w dawaniu "forów" dzieciakom. Chwilami, kiedy zabawa mnie poniosła, porwał mnie entuzjazm i swoboda, miałam ochotę pobiec szybciej, trafić do bramki, wygrać, ale udało się tylko może raz, może dwa. Nawet usłyszałam:"ciocia, jesteś w tym dobra". No tak, będąc dzieckiem grałam czasami z kuzynem w piłkę.

Ostatecznie cieszę, się, że byłam dobra też w tym, by pamiętać, że dając wygrać, dajemy dziecku przestrzeń, gdzie może czuć się bezpiecznie, bez rywalizacji, takiej jak na podwórku czy szkolnym boisku, gdzie rówieśnicy nie popuszczą.

Życie i tak im pokaże, że nie zawsze będą wygrywać, a ja nie chcę im tego mówić, chcę by w moich relacjach i zabawach ze mną to oni czuli, że mogą wygrać, że mogą ustalać zasady, że mogą być górą!

Daję im przestrzeń do realizacji potrzeby bezpieczeństwa, akceptacji i bliskości.




wtorek, 11 czerwca 2013

Pobaw się ze mną

Znam kilka osób, które uwielbiają się bawić z dziećmi, tzn. ja to tak odbieram. Widzę, że w różnych okolicznościach łapią kontakt z dzieckiem bawiąc się z nim, czasem coś do dziecka powiedzą, podejdą, zaczepią, dadzą delikatnego "kuksańca" pod żebra, połaskoczą i od tak subtelnego wstępu przechodzą, zupełnie naturalnie do poważniejszych zabaw siłowych z dzieckiem. Zawsze ich darzyłam wielkim uznaniem i lekką zazdrością myślałam sobie: "Jak oni to robią? Z taką lekkością i radością. Tyle frajdy czerpią z zabawy, zarówno dorośli jak i dzieci. Też bym tak chciała...znaleźć czas i chęć w natłoku codziennych spraw złapać oddech, zatrzymać się i zwyczajnie dobrze się bawić."



Dlatego pomyślałam, że warto kupić książkę bostońskiego doktora psychologii, specjalizującego się w terapii przez zabawę, Lawrenca J. Cohen'a "Rodzicielstwo przez zabawę". Po jej przeczytaniu utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to jest to, co daje dorosłemu najbliższy kontakt z dzieckiem. Okazuje się, że jest to sposób na zaspokojenie wielu potrzeb dziecka i dorosłego. Jedną z nich jest potrzeba wzbogacania życia dziecka, czyli każdy rodzic chce, by jego dziecko miało zapewnione to, czego potrzebuje. Dzięki zabawie dbamy o to, by dziecko się prawidłowo rozwijało na wielu płaszczyznach.

W trakcie zabawy dziecko uczy się rozwiązywać konflikty, kłóci się z rówieśnikami o zasady, negocjuje, wchodzi w relacje, zastanawia się, co zrobić by osiągnąć cel tak, by być zadowolonym i jednocześnie nie stracić przyjaźni z kolegami, jak zachować autonomię i pozostać w grupie, czyli jak iść na kompromis bez straty dla siebie. Czasem może woli poświęcić coś z własnej woli dla dobra ogółu, czyli współpraca może okazać się ważniejsza niż to, czego w danym momencie się chce. To właśnie bawiąc się dziecko nabywa wiele umiejętności społecznych, na których rodzicom tak bardzo zależy, jak na przykład umiejętność dzielenia się z innymi i współpracy. Rodzice czasem nie są wstanie słuchać dziecięcych kłótni, a dzieciom jest to bardzo potrzebne, bo dzięki temu uczą się dbać o siebie i innych. Wygląda to mniej więcej tak, że mały człowiek chce czegoś, ale chce też by jego kolega pozostał jego przyjacielem. To jest szukanie równowagi i dbanie o swoją autonomię. Warto więc nie ingerować, nie być sędzią a raczej obserwatorem: "widzę, że oboje chcecie tą samą zabawkę, was jest dwóch a zabawka jest jedna, macie jakiś pomysł co zrobić?"

Ogromne znaczenie ma w życiu dziecka bliskość, którą można doskonale budować poprzez zabawy siłowe, przepychanki, turlanie, łaskotanie, podrzucanie i wiele jeszcze innych.

O tych zabawach pisze w swojej nowej książce "Siłowanki" Lawrence J. Cohen. Książka zawiera wiele przykładów na wspólną zabawę z dzieckiem, dostosowanych do wieku i umiejętności dziecka. O znaczeniu siłowanek można więcej poczytać tu: Warto siłować się z dzieckiem oraz oczywiście w samej książce, którą polecam.

Dla zainteresowanych tematem zabawy z dzieckiem zapraszam też na Warsztaty Pobaw się ze mną

czwartek, 6 czerwca 2013

Warsztaty dla rodziców i opiekunów w tematyce zabawy

Kolejne warsztaty dla rodziców i opiekunów, którzy chcą budować z dzieckiem bliskie relacje, tym razem za pomocą zabawy.

Jeśli chcemy pomóc dziecku w radzeniu sobie z trudnymi emocjami a już sami nie wiemy jak to warto pomyśleć o zabawie. Jeśli widzimy, że nasze dziecko jest nieśmiałe, dodajmy mu odwagi bawiąc się z nim. Jeśli słyszymy, widzimy, że nasze dziecko się złości czy jest agresywne, nie martwmy się zbytnio a pobawmy się z nim. Jeśli chcecie wiedzieć jak to się dzieje, skąd się to bierze, dlaczego dziecko przeżywa trudne emocje i sobie samo z nimi nie radzi, przyjdźcie na warsztaty.

Już 15 czerwca w sobotę, w Pietrzykowicach koło Żywca.

Dla dziecka zabawa to podstawowa forma doświadczania świata. Warto się do tego świata dołączyć i być jego czynnym uczestnikiem. Warto usiąść na podłodze i zwyczajnie się pobawić czy też zaprosić dziecko do wspólnego gotowania wprowadzając elementy zabawy. Może okazać się, że i dla nas ten czas będzie świetną zabawą.

Najciekawsze jest to, że wiele spraw z codziennego życia dorosłego można połączyć z zabawą i na pewno wielu rodzicom się to udaje, a nawet jest to normą i codziennością.
Zapewne nie przypuszczają, że się bawią.

Przyjdź i zobacz, że bawiąc się z dzieckiem wiele zyskujesz Ty i Twoje dziecko.

poniedziałek, 18 marca 2013

O sprzątaniu

W ostatnią sobotę od godziny 10-tej  do 13-tej uczestniczyłam z dziećmi w warsztatach edukacyjnych koralikami Hama. Wychodząc z domu, nie zdążyliśmy go ogarnąć. Po powrocie było zderzenie z rzeczywistością. Nie było gdzie nogi postawić. To zabawki na podłodze, to ubrania, a to jeszcze nowe gadżety własnoręcznie wykonane na warsztatach, rozłożone na środku centrum zabawowego, czyli w dość obszernym przedpokoju i w pokoju dziennym, bo tylko tam dało się jeszcze rozłożyć z zabawą. Talerzyki po śniadaniu. Papierki po wycinankach. Walizka męża, który właśnie co wrócił z podróży. Nikomu nic nie chciało się robi, mnie też nie. No cóż, ale tak jest po prostu nie wygodnie, jakoś ciasno, duszno, więc "jakoś" to wieczorem ogarnęliśmy, choć nie do końca z zachwytem.

Za to w niedzielę, by zachować, z trudem wypracowany wspólnymi siłami porządek, tata i mąż, wpadł na genialny pomysł. Wszyscy z ogromną radością popędzili pozbierać wszystko, co utknęło nie tam, gdzie chcielibyśmy by było. Wyobrażacie sobie biegających z uśmiechem na twarzy małych i dużych, w sumie pięć osób? Było cudownie.

Tata rzucił hasło: uwaga ekipa, każdy zaczyna zbierać po 10 rzeczy, które leżą nie na swoim miejcsu i odkłada je tam, gdzie zawsze są.
Jak nigdy nie mam ochoty odkładać sweterków, spodni, kurtek, czy czapek "za moje" dzieci, tak w tym dniu brałam co popadło, a wpadły mi w ręce ich rzeczy, bo nie liczyło się tu stosowanie konsekwencji, czy uczenie porządku, lecz liczyła się dobra zabawa. I zrobiłam to, od niepamiętnych czasów, z przyjemnością. Złapać coś, krzyknąć: "mam, jeden, dwa, trzy itd. aż do dziesięciu". Było tak przyjemnie i prawie wszystko wróciło na miejsce. No może coś tam zostało ale to jakby celowo, by za 2/3 godziny znów mieć w co się bawić. I znów było hasło, tym razem po 5 rzeczy.

Tak więc sprawdziło się rodzicielstwo przez zabawę.

A dziś rano też zabawowo - w ubieranie. Tym razem zabawa opiera się na haśle: "Nie ubieram się".
Mamy taką umowę. Kiedy pada to hasło, wychodzę z pokoju dzieci, zamykam drzwi a oni w kilka minut się ubierają, wyskakują krzycząc: "tadam" a ja jestem zaskoczona :)