PbP jest dla mnie pewną bazą, na której buduje się empatyczne relacje z drugim człowiekiem. Jest przestrzenią, w której potrzeby i uczucia każdego są równie ważne, dlatego poszukuje się wspólnie najlepszych sposobów wzbogacania życia i zaspokajania potrzeb.
Każdy próbuje zaspokoić swoje potrzeby tak, jak tylko to potrafi najlepiej, tak jak został nauczony, jak zaobserwował u innych, według tego, co ma zapisane w głowie i sercu. Czasami sposoby, jakie wybieramy wcale nas do celu nie przybliżają, małe tego, bywa, że ranią i nas samych i innych oraz są tragiczne w skutkach. A przecież to co nami kieruje jest piękne i wspólne wszystkim ludziom: są nimi POTRZEBY chociażby takie jak:
Potrzeba BEZPIECZEŃSTWA
TROSKI
SPOKOJU
TWÓRCZEGO WYRAŻANIA SIEBIE
KREATYWNOŚCI
ZABAWY
AUTONOMII
ŁATWOŚCI
PŁYNNOŚCI
BLISKOŚCI
BYCIA ZAUWAŻONYM I WAŻNYM DLA DRUGIEGO
PRZYNALEŻNOŚCI
BYCIA USŁYSZANYM, BRANYM POD UWAGĘ
SZACUNKU itp
To, co nas różni to sposób w jaki realizujemy i zaspokajamy te potrzeby. Problem pojawia się też wtedy, gdy potrzeby mamy stoją w sprzeczności z tym, czego chce dziecko. Z mojego doświadczenia wynika, że łatwiej jest znaleźć porozumienie, kiedy na różnice zdań patrzymy przez pryzmat tego, czego chce dany człowiek, a nie zaczynamy oceniać zachowanie.
Jeśli zamiast skupić się na zachowaniu i jego ocenie, popatrzę na to co dziecko czuje i zastanowię się, zapytam go O CO MU CHODZI, to wtedy jestem z nim w kontakcie. Oceniające myśli w mojej głowie blokują mnie na relację. Wówczas bardzo chcę udowodnić, że mam rację i podobną reakcję wywołuję u dziecka. Takie zachowanie zaczyna naruszać i ograniczać możliwości drugiego człowieka, a to rodzi konflikt. To nie oznacza wcale, że mam się zgadzać na każde zachowanie dziecka. Rozumiem potrzeby, widzę uczucia i jednocześnie nie ma we mnie zgody na takie postępowanie.
Celem mojego bycia z drugim człowiekiem, celem rozmów jest chęć bycia zrozumianym i danie zrozumienia. Bardzo jest mi bliskie to zdanie, które cytuję poniżej i staram się go używać i kierować się nim w relacjach z drugim człowiekiem.
"Chciałbym wiedzieć, o co ci chodzi i chciałbym ci powiedzieć, o co mi chodzi, abyśmy mogli wspólnie znaleźć rozwiązanie, które zadowoli nas oboje. To pokrótce podejście Porozumienia bez Przemocy."
Frank i Gundi Gaschler
środa, 12 października 2016
sobota, 11 czerwca 2016
Czy da się nie teroryzować rodziny sprzątaniem?
Dziś sobota. W moim rodzinnym domu był to czas porządków. Tak tym nasiąkłam, że trudno jest mi to porzucić. Co tydzień zamęczam i siebie i moich bliskim dawką porządkowego stresu. Byłabym szczęśliwa, gdyby każdy z nich: dwie córki, syn i mąż w godzinę posprzątali wszystko co w tygodniu porozrzucali. Ja sama oczywiście z natury, rutyny, przyzwyczajenia i wewnętrznego przymusu sprzątam ile się da!
Takie marzenie, by o drugiej po południu usiąść przy kawce z bliskimi w czystym mieszkaniu.
Mam jeszcze inne, takie nie do pogodzenia z tym pierwszym. Wolność, radość, szczęście każdego z moich domowników. Każdy chce robić co innego. Mąż woli kosić trawę. Dzieci biegać, skakać, bawić się. O nie sprzątać. Ja, dziś akurat chcę pisać. I właśnie to robię. Kiedy już napiszę, to może przyjdzie mi ochota na sprzątanie. Może nawet ogarnę dom, jak co tydzień, z największego bałaganu, nie wchodząc w szczegóły. Pewno nawet kurzy nie zetrę. Pozbieram tylko zabawki, skarpetki, buty, kartki i gary wrzucę do zmywary. Odkurzę, umyję podłogę w kuchni i gotowe! Co więcej, kiedy nic nie wymagam, to i moi bliscy sami przychodzą i pytają co pomóc lub sama proszę o pomoc, mówię co by mi pomogło, co warto jeszcze zrobić. Zawsze podając konkretne i precyzyjne wskazówki. Przyznam się, że cały czas się tego podejścia cierpliwie uczę. Staram się być dla siebie życzliwa, kiedy sobie nie radzę, kiedy popłynę, nakrzyczę i wyleję wiadro żali, że nikt mi nie pomaga. Idealnie nie jest, ale przecież nie ma być idealnie, tylko rozwojowo. I tak chyba jest. Czasami popełnię błąd, przeproszę, powiem o co mi chodziło i posłucham też drugiej strony. Uczę się cały czas.
I....
Chyba byłoby mi bez tego mojego nowego życia smutno: bez bałaganu, rumoru dzieci i męża. Niech już tak będzie jak jest. Ja też w sobotę wolę wyjść do ogrodu, plewić jarzyny, łapać promienie słońca, widzieć uśmiech bliskich i sąsiadów, słyszeć gwar życia.
Jest takie powiedzenie: "robota nie zając, nie ucieknie". Za to czas płynie nieubłaganie, dlatego warto go tak wykorzystać, by dać z serca na maxa:
BUDUJĄC RELACJE
Jasne, że można je budować nawet sprzątając. Dla mnie osobiście ważne jest, bym pamiętałą, że warto sprzątając szanować i siebie i drugiego.
Po pierwsze: nie zmuszać!
Po drugie: pytać co w danej chwili jest dla człowieka ważne.
Po trzecie: szukać rozwiązać dobrych dla wszystkich.
Tak więc, kiedy już zrobiłam to, co było dla mnie teraz ważne (czyli pisanie), zabieram się za sprzątanie. Aż mi się chce.
I o to chodzi, by się chciało, a nie musiało!
Takie marzenie, by o drugiej po południu usiąść przy kawce z bliskimi w czystym mieszkaniu.
Mam jeszcze inne, takie nie do pogodzenia z tym pierwszym. Wolność, radość, szczęście każdego z moich domowników. Każdy chce robić co innego. Mąż woli kosić trawę. Dzieci biegać, skakać, bawić się. O nie sprzątać. Ja, dziś akurat chcę pisać. I właśnie to robię. Kiedy już napiszę, to może przyjdzie mi ochota na sprzątanie. Może nawet ogarnę dom, jak co tydzień, z największego bałaganu, nie wchodząc w szczegóły. Pewno nawet kurzy nie zetrę. Pozbieram tylko zabawki, skarpetki, buty, kartki i gary wrzucę do zmywary. Odkurzę, umyję podłogę w kuchni i gotowe! Co więcej, kiedy nic nie wymagam, to i moi bliscy sami przychodzą i pytają co pomóc lub sama proszę o pomoc, mówię co by mi pomogło, co warto jeszcze zrobić. Zawsze podając konkretne i precyzyjne wskazówki. Przyznam się, że cały czas się tego podejścia cierpliwie uczę. Staram się być dla siebie życzliwa, kiedy sobie nie radzę, kiedy popłynę, nakrzyczę i wyleję wiadro żali, że nikt mi nie pomaga. Idealnie nie jest, ale przecież nie ma być idealnie, tylko rozwojowo. I tak chyba jest. Czasami popełnię błąd, przeproszę, powiem o co mi chodziło i posłucham też drugiej strony. Uczę się cały czas.
I....
Chyba byłoby mi bez tego mojego nowego życia smutno: bez bałaganu, rumoru dzieci i męża. Niech już tak będzie jak jest. Ja też w sobotę wolę wyjść do ogrodu, plewić jarzyny, łapać promienie słońca, widzieć uśmiech bliskich i sąsiadów, słyszeć gwar życia.
Jest takie powiedzenie: "robota nie zając, nie ucieknie". Za to czas płynie nieubłaganie, dlatego warto go tak wykorzystać, by dać z serca na maxa:
BUDUJĄC RELACJE
Jasne, że można je budować nawet sprzątając. Dla mnie osobiście ważne jest, bym pamiętałą, że warto sprzątając szanować i siebie i drugiego.
Po pierwsze: nie zmuszać!
Po drugie: pytać co w danej chwili jest dla człowieka ważne.
Po trzecie: szukać rozwiązać dobrych dla wszystkich.
Tak więc, kiedy już zrobiłam to, co było dla mnie teraz ważne (czyli pisanie), zabieram się za sprzątanie. Aż mi się chce.
I o to chodzi, by się chciało, a nie musiało!
piątek, 15 kwietnia 2016
Ekologiczne torby szyte przez Strefę Mamy
Strefa Mamy realizuje kolejną pasję: SZYCIE
I takie oto powstają cuda. A to tylko część tego, co było, co jest i co, mam nadzieję jeszcze będzie.
I są sowy
I serca, które powędrowały już do pewnej uroczej Pani
I była kurka, która znalazła już nowy dom
I są flanelowe poduszeczki z serduchem
A dawno temu z recyklingu powstał taki oto komplet na dziecięcy prezent
I piórniki dla córek
A dla syna, na specjalne zamówienie, piórnik traktor
A wszystko okraszone miłością i troską o szczegóły, by cieszyło oczy i serca najbliższych.
Są i tacy, co od dawna namawiają mnie na szersze dzielenie się moimi dziełami, więc powolutku zaczynam to realizować. Jeśli więc chcecie mieć coś wyjątkowego dla siebie lub na prezent dla bliskich to obserwujcie bloga. Może znajdziecie coś dla siebie.
Zapraszam do kontaktu na kami@czarnota.eu
I takie oto powstają cuda. A to tylko część tego, co było, co jest i co, mam nadzieję jeszcze będzie.
I są sowy
I serca, które powędrowały już do pewnej uroczej Pani
I była kurka, która znalazła już nowy dom
I są flanelowe poduszeczki z serduchem
A dawno temu z recyklingu powstał taki oto komplet na dziecięcy prezent
I piórniki dla córek
A dla syna, na specjalne zamówienie, piórnik traktor
A wszystko okraszone miłością i troską o szczegóły, by cieszyło oczy i serca najbliższych.
Są i tacy, co od dawna namawiają mnie na szersze dzielenie się moimi dziełami, więc powolutku zaczynam to realizować. Jeśli więc chcecie mieć coś wyjątkowego dla siebie lub na prezent dla bliskich to obserwujcie bloga. Może znajdziecie coś dla siebie.
Zapraszam do kontaktu na kami@czarnota.eu
Dziecko w szpitalu
Ostatnio piszę sporadycznie, ponieważ moje zdrowie troszkę szwankowało. Kiedy dochodziłam do siebie, próbowałam wyprowadzić dom na prostą, a że wiosna mnie goniła, to i ogród i rabatka warzywna też domagała się ogarnięcia. Tak więc pośród różnych czynności wybierałam to co było w danym momencie dla mnie ważna, pilne itp. tak więc na pisanie już przestrzeni zostawało niewiele.
Dziś jednak wydarzyło się coś wyjątkowego, co wywołało u mnie sporo refleksji, którą się chcę podzielić, bo może komuś się to przyda. A chodzi o to co robić, a właściwie co ja staram się robić, kiedy trafiam z dzieckiem do szpitala.
Nie udaję, że nic się nie stało.
Nie namawiam, by dziecko było dzielne, by wytrzymało, by nie płakało.
PRZYTULAM
i
SŁUCHAM, pozwalam się wyżalić, wypłakać, jęczeć, choćby mi to w jeździe samochodem przeszkadzało. Całe 25 minut do szpitala. Mówię cierpliwie ile czasu jeszcze pojedziemy i tak co minutę.
Przytakuję i mówię:
"słyszę, że Cię boli, że się boisz, że nie wiesz jak to będzie, że się martwisz"
Zapewniam, że będę z dzieckiem, że nawet jeśli zostaniemy na noc, to ja zostanę z nim, na całą noc. Mówię, że nie wiem co będzie, co powie lekarz, ale ja będę z nim.
W międzyczasie i w chwilach wyciszenia, pytam jak to się stało. Rozmawiamy przez chwilkę o czymś innym, po czym znów wracamy do gwoździa programu: płacz, wycie, ból. Dojeżdżamy.
Efektem takiej postawy był spokój dziecka na izbie przyjęć i ani jednej łzy, nawet gdy lekarz dotykał bolącego ciała.
Jasne, że dzieci są różne i być może z innym dzieckiem nie byłoby tak łatwo, pomimo okazania mu wcześniejszej empatii. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby dziecko wrzeszczało w niebo głosy jeszcze w szpitalu. Jak doświadczę, to się podzielę. Chcę pamiętać, że to, co dzieje się z dzieckiem jest ważne i jeśliby płakało w gabinecie, to chciałabym umieć mu okazać zrozumienie, co być może pomogłoby w nawiązaniu z nim kontaktu.
Jeśli ja usłyszę dziecko, to jemu łatwiej będzie usłyszeć mnie samą.
Dziś jednak wydarzyło się coś wyjątkowego, co wywołało u mnie sporo refleksji, którą się chcę podzielić, bo może komuś się to przyda. A chodzi o to co robić, a właściwie co ja staram się robić, kiedy trafiam z dzieckiem do szpitala.
Nie udaję, że nic się nie stało.
Nie namawiam, by dziecko było dzielne, by wytrzymało, by nie płakało.
PRZYTULAM
i
SŁUCHAM, pozwalam się wyżalić, wypłakać, jęczeć, choćby mi to w jeździe samochodem przeszkadzało. Całe 25 minut do szpitala. Mówię cierpliwie ile czasu jeszcze pojedziemy i tak co minutę.
Przytakuję i mówię:
"słyszę, że Cię boli, że się boisz, że nie wiesz jak to będzie, że się martwisz"
Zapewniam, że będę z dzieckiem, że nawet jeśli zostaniemy na noc, to ja zostanę z nim, na całą noc. Mówię, że nie wiem co będzie, co powie lekarz, ale ja będę z nim.
W międzyczasie i w chwilach wyciszenia, pytam jak to się stało. Rozmawiamy przez chwilkę o czymś innym, po czym znów wracamy do gwoździa programu: płacz, wycie, ból. Dojeżdżamy.
Efektem takiej postawy był spokój dziecka na izbie przyjęć i ani jednej łzy, nawet gdy lekarz dotykał bolącego ciała.
Jasne, że dzieci są różne i być może z innym dzieckiem nie byłoby tak łatwo, pomimo okazania mu wcześniejszej empatii. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby dziecko wrzeszczało w niebo głosy jeszcze w szpitalu. Jak doświadczę, to się podzielę. Chcę pamiętać, że to, co dzieje się z dzieckiem jest ważne i jeśliby płakało w gabinecie, to chciałabym umieć mu okazać zrozumienie, co być może pomogłoby w nawiązaniu z nim kontaktu.
Jeśli ja usłyszę dziecko, to jemu łatwiej będzie usłyszeć mnie samą.
środa, 2 marca 2016
Wyjątkowa mama
Taki zwyczajny poranek. Jem śniadanie. Nie przepraszam, to chyba jednak nie było tak jak zazwyczaj. Dziś wyjątkowo przy śniadaniu przeglądałam książkę w poszukiwaniu konkretnego rozwiązania. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, ku mojemu głębokiemu wzruszeniu, odnalazłam małą, żółtą karteczkę, a na niej kilka słów od córki.
Z jednej strony podziękowania za to, że piorę jej ubrania, gotuję i jeżdżę z nią do szkoły i kościoła. Kartka sprzed kilku lat. Uśmiech na mojej twarzy i uczucie radości żywe właśnie dziś, tu i tera, też kiedy to piszę. Zwłaszcza, że wczoraj natknęłam się na podobny list, od tego samego dziecka, znaleziony podczas porządków w szafce pod umywalką. Tak po prostu, w łazience. Dlaczego tam? Może dostałam go właśnie podczas prac domowych i zabiegana wsunęłam do półki razem z klamerkami, by wczoraj go dostać ponownie. By znów się wzruszyć, poczuć radość i wdzięczność, nie tylko za zwyczajne prace domowe, ale także za wysiłek jaki włożyłam w swoją zmianę.
ZMIANA
Zmianę, która była też dla nich. Zmianę, która jest dla NAS, dla naszych pięknych, trwałych więzi i budowania codziennych prawdziwych relacji, w których każde uczucie jest ważne i dla każdej potrzeby znajdujemy czas, by chociażby się jej przyjrzeć i postarać się ją kiedyś spełnić.
Ta zmiana spowodowała, że nauczyłam się mówić dzieciom, że są wyjątkowe, niepowtarzalne i kochane za to, że po prostu są. Kiedyś myślałam, że wystarczy, iż ja to wiem, a dzieci będą to czuły. Może tak, a może warto to od czasu do czasu im to powiedzieć. Ja się ucieszyłam, kiedy ten list dostałam i dziś ponownie, gdy go w zakamarkach książki odnalazłam. Dlatego myślę, że i oni się cieszą, kiedy takie ode mnie dostają. Przechowują je jako cenne skarby w pudełkach, pamiętnikach, albo pod poduszką. Są więc dla nich dość wartościowe. Dodają sił, budują poczucie własnej wartości, cieszą, czy pocieszają w trudnych chwilach.
Jak dobrze, że wpadłam na pomysł pisania krótkich liścików do dzieci. Na kolorowych karteczkach, małych kwadratowych lub w kształcie serduszka, a czasami na kartce w kratkę.Już od dłuższego czasu nic nie napisałam. Może dziś to zrobię, by powiedzieć im co czuję.
Każda mama jest wyjątkowa i niepowtarzalna, tak jak każdy człowiek i to dlatego, że po prostu jest. Bez oceniania, bez wyliczania zasług, wad czy zalet.Wyjątkowa to nie znaczy lepsza, a po prostu inna, niepowtarzalna. Dla dziecka wieź z rodzicem jest nie do zastąpienia i choć nasze zachowanie ma znaczenie to ten rodzaj miłości jest, warto by był, bezwarunkowy. To nie znaczy, że mam się na wszystko godzić i przymykać oczy na to, co mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Otwieram oczy, przyglądam się temu,co się dzieje, rozmawiam, szukam drogi, po której mogę iść z przyjemnością zarówno ja jak i drugi człowiek
Z jednej strony podziękowania za to, że piorę jej ubrania, gotuję i jeżdżę z nią do szkoły i kościoła. Kartka sprzed kilku lat. Uśmiech na mojej twarzy i uczucie radości żywe właśnie dziś, tu i tera, też kiedy to piszę. Zwłaszcza, że wczoraj natknęłam się na podobny list, od tego samego dziecka, znaleziony podczas porządków w szafce pod umywalką. Tak po prostu, w łazience. Dlaczego tam? Może dostałam go właśnie podczas prac domowych i zabiegana wsunęłam do półki razem z klamerkami, by wczoraj go dostać ponownie. By znów się wzruszyć, poczuć radość i wdzięczność, nie tylko za zwyczajne prace domowe, ale także za wysiłek jaki włożyłam w swoją zmianę.
ZMIANA
Zmianę, która była też dla nich. Zmianę, która jest dla NAS, dla naszych pięknych, trwałych więzi i budowania codziennych prawdziwych relacji, w których każde uczucie jest ważne i dla każdej potrzeby znajdujemy czas, by chociażby się jej przyjrzeć i postarać się ją kiedyś spełnić.
Ta zmiana spowodowała, że nauczyłam się mówić dzieciom, że są wyjątkowe, niepowtarzalne i kochane za to, że po prostu są. Kiedyś myślałam, że wystarczy, iż ja to wiem, a dzieci będą to czuły. Może tak, a może warto to od czasu do czasu im to powiedzieć. Ja się ucieszyłam, kiedy ten list dostałam i dziś ponownie, gdy go w zakamarkach książki odnalazłam. Dlatego myślę, że i oni się cieszą, kiedy takie ode mnie dostają. Przechowują je jako cenne skarby w pudełkach, pamiętnikach, albo pod poduszką. Są więc dla nich dość wartościowe. Dodają sił, budują poczucie własnej wartości, cieszą, czy pocieszają w trudnych chwilach.
Jak dobrze, że wpadłam na pomysł pisania krótkich liścików do dzieci. Na kolorowych karteczkach, małych kwadratowych lub w kształcie serduszka, a czasami na kartce w kratkę.Już od dłuższego czasu nic nie napisałam. Może dziś to zrobię, by powiedzieć im co czuję.
Każda mama jest wyjątkowa i niepowtarzalna, tak jak każdy człowiek i to dlatego, że po prostu jest. Bez oceniania, bez wyliczania zasług, wad czy zalet.Wyjątkowa to nie znaczy lepsza, a po prostu inna, niepowtarzalna. Dla dziecka wieź z rodzicem jest nie do zastąpienia i choć nasze zachowanie ma znaczenie to ten rodzaj miłości jest, warto by był, bezwarunkowy. To nie znaczy, że mam się na wszystko godzić i przymykać oczy na to, co mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Otwieram oczy, przyglądam się temu,co się dzieje, rozmawiam, szukam drogi, po której mogę iść z przyjemnością zarówno ja jak i drugi człowiek
Subskrybuj:
Posty (Atom)

