środa, 27 listopada 2013

"Mamo, tato czy wiesz?"

"Mamo, tato czy wiesz?"
to bezpłatny magazyn dla rodziców z Bielska-Białej, Żywca, Cieszyna i okolic, w którym znajdziecie sporo informacji na temat tego, co ciekawego dzieje się w regionie, jak wspierać rozwój dzieci, porady specjalistów. Jest też kalendarium i inspiracje do zabawy z dziećmi:

moja dziatwa skorzystała z tej inspiracji:

i wykonała takie lampioniki:
Tylko jakaś taka nostalgia mnie dopadła, bo oni sami to zrobili i o pomoc nie poprosili ani razu. No jak to??? Jeszcze "wczoraj" mamo, mamo, pomóż, a "dziś" już sami, sami???? Już mnie nie potrzebują ;)
No nie sądziłam, że to powiem, ale oni zbyt szybko rosną. No i przede wszystkim ja też chciałam się pobawić!!!! :( Kurcze! Nie zdążyłam! No nic, chcieć to móc. Zrobię sobie takie jeszcze, a co!

Ach, jeszcze coś!

"W Mamo, tato czy wiesz?" jest co nie co o: W Sferze Mamy


No to działamy, działamy-ja, Klub Rodzica i Drogowskaz-coraz bliżej rodziny!

W temacie działań bliżej rodziny od zawsze, od początku wsparciem dla mnie był mój mąż. Czerpię sobie czasem jakąś inspirację, której autorem bywa MĄŻ i tata. Cieszę się więc, że On jest!

WDZIĘCZNOŚĆ....

Rano ucięliśmy sobie z mężem krótką rozmowę o tej mojej działalności. No czułam radość, bo dostałam wsparcie. Od razu chciało się żyć i biec świat zbawiać. No uwielbiam wprost taki napływ energii! Dzięki Ci mężu! Chcę byś to wiedział, może to przeczyta, może mu to jutro powiem (no dziś już śpi). Chce by wiedział, że wzbogaca moje życie. Chcę, by ten blog brał pod uwagę to, co robią tatusiowie, mężowie, partnerzy i wujkowie-ogólnie mężczyźni, bo nie wiem jak bardzo byśmy się my kobiety starały, to jednak dzieciom potrzebni są też ojcowie, a jeśli ich nie ma to inni bliscy męscy dorośli.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Jak dobrze wyrwać się z domu.

Jeszcze czuję ogromne zadowolenie, które wynika z zaspokojenia wielu moich potrzeb.

W sobotę po południu pojechałam do siostry. Sama. Wsiadłam w autobus, tak by delektować się spokojem jazdy, nie patrząc na znaki drogowe, nie słuchając nawigacji, by w ciszy i bez wysiłku dojechać do Krakowa.

Spędziłam z moją siostrą kilka godzin. Pogadałyśmy sobie, jak to przystało na kochające się rodzeństwo, pośmiałyśmy się oglądając film, zjadłyśmy pyszne i zdrowe kanapki z kiełkami (i nie tylko). Rano moja siostra zrobiła mi śniadanie. Przyznam się, że to nie nowość, bo ilekroć u niej jestem to dba o mnie. Znam to przyjemne uczucie radości na widok śniadania, również z własnego domu. Mój mąż często przygotowuje nam śniadania. Ostatnio nawet nasza 8-latka zaskoczyła nas sobotnim śniadaniem z odpowiednim przystrojeniem.

Ale wracam do tego, co wyzwoliło we mnie to błogie uczucie. Otóż, ten sobotni wieczór i niedzielny poranek u siostry to był czas tylko dla mnie i dla niej. Czas cieszenia się sobą, czas rozmowy, empatii, zabawy i śmiechu

Dla mnie jako mamy - czas pobycia w innej sferze niż rodzicielskiej. Mogłam stęsknić się za dziećmi i mężem, który został w Sferze Taty ze swoimi dziećmi. Mogłam, chciałam i zrobiłam coś tylko dla siebie. Jest to dla mnie taki zdrowy egoizm, który mówi, że jeżeli zadbasz o siebie samego, to będziesz miał z czego dawać innym. Napełniam więc swój kubek po to, by potem z niego odlać innym.

No bo jak "(...) miłować bliźniego, jak siebie samego" skoro dla siebie tak mało się robi, tak czasami mało siebie samą darzy uznaniem, szacunkiem, prawie wcale nie zauważa, może nawet nie akceptuje, i czy w ogóle kocha?

No więc w odpowiedzi na to powyższe pytanie "jak?" odpowiadam, że ja to robię właśnie tak, że czasami jadę do siostry sama. Pomyślałam, że na co dzień warto by było dbać o siebie w drobnych sprawach. Poczytać ulubioną książkę, wyjść na spacer, zapisać się na, tak teraz modną, "zumbę" lub wodny aerobik. A może jeszcze coś zupełnie innego. Wiem jedno: dbanie o siebie pomaga i wróciłam wypoczęta.

To co mi pomogło, to również świadomość odpowiedzialności za siebie samą i zadbałam o siebie. Jadąc wiedziałam, że mój mąż sobie poradzi, że na pewno znajdzie sposób, by głodnym nie chodzić i dzieciom umrzeć z głodu nie da ;) Po prostu zdjęłam ze swoich ramion ten ciężar bycia idealną we wszystkim i odpowiedzialną za wszystko i każdego. Pomyślałam, że wcale nie muszę im wszystkiego przygotowywać, gotować obiadu na czas, kiedy mnie nie będzie, przypominać o wszystkim. Dadzą radę. I tak się też stało. Nawet po powrocie czekał na mnie rosół. Wyjeżdżając, wychodząc, "zostawiając" na chwilę tatę i dzieci daję im przestrzeń do bycia razem. Nie dzwonię by zapytać czy mają obiad, czy wiedzą gdzie są ubrania, by przypomnieć o zadaniu domowym. Dzwonię by powiedzieć, że dojechałam, że idę na warsztaty, że wracam. Dzwonię by powiedzieć, że ich kocham. To jest ta moja odpowiedzialność za siebie, która wyraża się w uwolnieniu innych ode mnie, od mojej idealności i nieomylności. Daję też sobie pozwolenie na to by inni, tata mógł zrobić to co chce, sam beze mnie.

A co oni beze mnie robili? Robili domowy makaron. Mój mąż jest w tym mistrzem. Ja nie wiem jak to się robi, choć jestem przekonana, że gdybym chciała, to bym zrobiła. No ale daję wykazać się tacie. Dzieci oczywiście mu pomagały. Uwielbiają to robić i to właściwie one o tym przypomniały. I tu mi przychodzi taka refleksja, że znam takich facetów, co to kuchni się nie boją i takie kobietki, które wolą do kuchni nie zaglądać. Chodzi chyba o to, by robić to co się chce i co wzbogaca życie danej rodziny i pasuje wszystkim jej członkom.

A co ja jeszcze dla siebie w niedzielę zrobiłam?

No bo "mój czas" nie skończył się na wizycie u siostry. Ciąg dalszy miał miejsce tu: FIGA
Tam odbyły się warsztaty na temat samodzielności u dzieci, które poprowadził psycholog wychowawczy Jarek Żyliński.
To był czas rozwoju, spotkania się z innymi rodzicami, bycie wśród ludzi o podobnych wartościach, czas dzielenia się tym, co dla mnie i innych ważne. Czas wspierania rodzicielstwa.
Spotkanie się z ludźmi tam obecnymi wzbogaciło moje życie i za to jestem wdzięczna i sobie, że zdecydowałam się tam być i innym, że byli i chcieli się dzielić swoimi wartościami, doświadczeniami i wiedzą.

Polecam to miejsce.

Zachęcam do dbania o siebie. Zachęcam do znalezienia swojego miejsca, czasu i przestrzeni dla siebie, by móc dawać innym.

PS. nie zawsze miałam świadomość, że warto o siebie dbać, dbać o zaspakajanie potrzeb. Raczej wpojono mi, że należy się poświęcać, co prowadzi do frustracji i stresu, który odbija się na relacji z bliskimi.
Cieszę się, że to się zmienia, że świadomość mam teraz inną, co nie znaczy, że nie dbam o bliskich.
Teraz dbanie i dawanie innym ma inny wymiar, jest to dawanie z serca, a nie z powinności.

środa, 20 listopada 2013

W mojej Strefie Mamy nadchodzą zmiany-tatusia i męża do dzieła zapraszamy!




Kilka dni temu padł mi komputer. Na szczęście mój mąż sprawił, że już mam na czym pracować i jestem mu za to bardzo wdzięczna. Cały dzień nad tym siedział i starał się, bym mogła pracować na sprzęcie, który chodzi szybciej niż ślimak. No i chodzi znacznie szybciej niż winniczek.

Ta awaria dała mi do myślenia. Otworzyło oczy na sprawy, które mogę załatwić bez używania komputera i tak odhaczyłam ze swojej listy "do zrobienia" masę zaległych spraw, co dało mi wielką radość. Z różnych powodów odkładam coś na później i tak dochodzi do sytuacji, w której nawarstwia się masę zaległości.
Dziś mam już zaspokojoną potrzebę efektywności, choć była rozciągnięta w czasie

Takie nieoczekiwanie zdarzenia powodują, że człowiek ma okazję "przejrzeć na oczy".

Przejrzałam i zobaczyłam, że mój mąż to gość, który naprawi wszystko. No niby to wszyscy wiemy, bo jak się zabawka zepsuje, to tatuś naprawi, sklei, skręci. Jak serwisant nawala, to mąż poprawia. Zupełnie nie nakręcamy gospodarki, od lat ten sam piec CO, ta sama zmywarka, kuchenka, no ok, może pralkę mamy nową, ale za naście lat dopiero drugą. To tylko taki maleńki wycinek z życia taty. To co robi na co dzień, choć zapewne powiedziałby, że nie zauważalne przeze mnie, jest dla mnie ważne, jest tego cała masa drobnych spraw, gestów, czynów. Kurcze, szkoda, że nie umiem darzyć uznaniem, okazać wdzięczność za każdym razem, gdy się pojawi okazja. Ale dość użalania się nad sobą.

Teraz już wiem, co można zmienić.

chcę częściej mówić mojej drugiej połówce, że darzę go uznaniem, że jestem mu wdzięczna, że go potrzebuję, że chcę być blisko niego i że go po prostu KOCHAM,
KOCHAM BO JEST.

To jest blog, który z tytułu nawet sugeruje, że będzie o mamach, dzieciach i już. No i tak chyba do tej pory było. Na szczęście to początki i okazja do pisania o tacie, tatusiach, mężach, partnerach i ich roli w życiu rodziny, jeszcze będzie.

Dziś tylko dodam, że kiedy mój mąż ostatnio wyprawiał naszą czeladkę do szkoły, to okazało się, że to co ja mozolnie osiągam w 40 minut on załatwił w 20! Okazało się, że dzieci potrafią samodzielnie wykonać wiele czynności, tak trudnych chociażby jak uczesanie sobie samej dwóch kucyków (dziewczę ma 8 lat). Ok a może to nie takie trudne, a ja mamuśka myślę, że beze mnie to moja familja zginie?!

OK! oddaję trochę odpowiedzialności za siebie samego moim dzieciom i mojemu mężowi i dzielę się z nim naszymi dziećmi. O nie, nawet mówię o MOICH dzieciach! Przecież one nie są ani moje, ani nasze (no szybciej nasze niż moje). One po prostu SĄ!

A I CO NAJWAŻNIEJSZE:     BIORĘ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SIEBIE.

To będzie trudne:
  1. nagle przyznać, że beze mnie świat się nie zawali, a co gorsza, może będzie lepiej funkcjonował ;)
  2. że ja sama jestem odpowiedzialna za siebie samą i ponoszę z tego tytułu wszelkie konsekwencje
No to trzymajcie kciuki czy też módlcie się za mnie proszę, jeśli chcecie wspierajcie. Bo tak jak już wyżej wspomniałam, to i tak ja jestem ODPOWIEDZIALNA, więc modlić się będę za siebie sama też.


czwartek, 14 listopada 2013

Przemęczona, sfrustrowana mama wg. Jesper Juula.

Wzięłam sporo na swoje barki.

Początkowo: bo tak należy, trzeba, nie ma wyjścia.

Później: bo tak wybrałam. A właściwie taki sprytny zabieg zafundował mi mój rozum, bo serce, co jakiś czas, upominało się o swoje.


Zresztą co tu wiele pisać.

Przeczytajcie wywiad z Jesperem Juulem:

http://tygodnik.onet.pl/kultura/zmianamama/fmcz1

Wywiad znalazłam na http://uwolnicmysliniechciane.blogspot.com/

Dziękuję Marta Be za umieszczenie go w tak czytelnym miejscu!

wtorek, 12 listopada 2013

Trudne sprawy, silne emocje. Złość. Agresja. Frustracja.

1. O agresji. Skąd ona się bierze?

Po-warsztatowe refleksje.

Złość, agresja, frustracja. Trudne sprawy, silne emocje, zwłaszcza, gdy dotyczą własnego dziecka, gdy dotyczą bliskich osób, lub ludzi za których jesteśmy odpowiedzialni, gdy spoczywają na nas obowiązki zawodowe.

To są po prostu uczucia.
Nie oceniam ich. Staram się. Czasami się nie udaje. Zaczynam od nowa.
Choć nauczono mnie oceniać.
Warto nie oceniać ludzi.
Warto nie oceniać zachowań.
Warto szukać potrzeb, jakie stoją za zachowaniem.
Warto dbać o siebie i swoje granice, swoją wolność, integralność. Jak to robić, by nie krzywdzić?

Jak trudno jest opanować emocje, kiedy jest się rodzicem dziecka, którego dotyka agresja.
Jak trudno jest poradzić sobie z problemem agresji, kiedy jest się nauczycielem, wychowawcą, opiekunem.
Jak trudno słuchać "że moje dziecko znowu kogoś ugryzło".
Jak przykro patrzeć, kiedy rodzeństwo "się bije".
Jak ciężko dogadać się z drugim, kiedy w sercu tyle intensywnych i trudnych emocji.

Kiedy stoję przed jakąś sytuacją, która jest dla mnie trudna, czy to jestem dzieckiem, czy dorosłym, z którą sobie nie radzę, np.

i ja i mój brat w tym samym momencie chcemy zagrać w tą samą grę, na tym samym komputerze, a mamy tylko jeden.


czuję:

niepokój, rozdrażnienie, niepewność, niechęć, przytłoczenie

moje ciało daje mi sygnały:

ścisk w żołądku, szybsze krążenie, mimowolne drganie mięśni w nogach, szybszy oddech, gotuję się do akcji

bo potrzebuję:

rozwoju, zabawy, bycia wziętą pod uwagę, sama chcę zadecydować, kiedy i co chcę robić (sama wybieram sposób zrealizowania mojego celu), potrzebuję szacunku, zrozumienia.

 Boję się, że to, czego ja chcę nie jest tak ważne dla drugiej osoby jakbym chciała.

W panice i popłochu szukam w swojej głowie sposobu pokonania przeszkody, jaka stanęła mi na drodze do tego, czego bardzo chcę, czego potrzebuję.

To w jaki sposób zareaguję zależy od tego, czego do tej pory się nauczyłam, co wyniosłam z domu rodzinnego, ze szkoły, z grupy rówieśniczej, ze społeczeństwa w jakim żyję. Działam, niesie mnie energia, która jest życiową energią, która dba o mnie.

Jak ją spożytkuję?
W jakim kierunku poniesie mnie ta życiodajna siła?
Czy wybiorę troskę i szacunek o siebie i drugiego? Czy też poniesie mnie ku destrukcyjnej agresji, która nie da mi pełnego zadowolenia i doprowadzi do poczucia winy? A może zadbam tylko o siebie, poczuję, że wygrałam, że racja jest po mojej stronie?

I będzie mi z tym dobrze, bo w tym właśnie momencie i mając tą wiedzę, którą mam, mogę wybrać tylko takie działanie?

Może kiedyś przyjdzie refleksja, że gdybym wiedziała wtedy, to co wiem teraz, to bym tak nie postąpiła. I to chyba jest rozwój.

Ja przeżywam swoją złość na swój sposób, a moje dzieci uczą się ode mnie naśladując mnie i innych bliskich. TO DAJE MI DO MYŚLENIA, to popycha mnie do szukania konstruktywnych sposobów wyrażania złości.