sobota, 28 września 2013

Współdziałanie i autonomia.

Potrzeba autonomii, potrzeba wyboru swoich wartości, marzeń, celów. Wybór sposobu ich realizowania. Czy to jest powszechna znana nam wolność?
To ja człowiek decyduję: co i kiedy chcę robić i dlaczego, także wtedy, kiedy jestem małym człowiekiem, dzieckiem. Jeśli ktoś, coś narusza moją autonomię czuję strach, złość, niepokój, obawę.
Chcę więc zadbać o siebie i mówię NIE. To moje NIE dla drugiego człowieka jest zgodą dla mnie, jest za nim ukryte TAK dla czegoś innego, czego ja teraz potrzebuję.

Kiedy nie spełniam prośby? Wtedy, gdy prośba jest żądaniem, gdy nie widzę innego wyjścia jak się zgodzić i to nawet kosztem swojego dobra, rezygnacji z tego, czego potrzebuję. Czasem wydaje się nam, że nie możemy odmówić i zgadzamy się "dla świętego spokoju", który to spokój jest pozorny i chwilowy, bo niezaspokojone potrzeby wracają i to ze zdwojoną siłą. Mówimy TAK choć czujemy NIE.

Co wybrać? Zaspokojenie potrzeby autonomii czy równie ważnej potrzeby współdziałania z drugim człowiekiem, potrzeby wzbogacania życia człowieka.
Odpowiedź jest w "wolności."
Kiedy wiem, że wolno mi odmówić i druga strona to szanuje, choć może jej uczucia są intensywne i wpływają na mnie, to wybieram świadomie. Zaglądam w głąb serca i wiem. A kiedy nie zaglądam, kiedy nie słucham siebie, nie mam ze sobą kontaktu i nie wiem czego chcę? To co? Co się dzieje?
Cierpią na tym nasze relacje z drugim człowiekiem. Ja mówię TAK choć w głębi duszy mam ochotę powiedzieć NIE. Czuję złość, intensywność uczuć wzrasta, działam z pozycji emocji, gdzie część logiczna mózgu jest mi niedostępna. Kiedy logiczne myślenie wraca zaczynam się obwiniać, że nie tak to miało być. Aha! Poczucie winy. Ok moje natrętne myśli mnie atakują.

STOP!
Nie obwiniam się! Kiedy zrobię coś, co nie przyczyniło się do polepszenia mojego życia, to szukam potrzeby, jaką tym zachowaniem zaspokoiłam. Bo na pewno jakąś zaspokoiłam. A więc broniłam swoich granic.
To dlaczego nadal coś jest nie tak?
Bo sposób w jaki to zrobiłam nie szanował drugiego człowieka (i nie szanował moich potrzeb) i jakby trochę zerwał między nami więź, no przynajmniej ją nadszarpnął. Czyli jednak każdy człowiek chce współdziałać, byle by z własnej woli. I toczy się odwieczna walka między autonomią a współdziałaniem, wolnością a jednością.

Chcę współdziałać i czerpać z pokładów mojej wewnętrznej energii, z serca, które chce się dzielić i wzbogacać życie innych. Chcę szanować siebie samą i móc powiedzieć NIE, wtedy kiedy potrzebuję czegoś innego niż współdziałanie z innym. DZIECI mają tak samo, dlatego często słyszymy NIE, za którym jest ukryta zgoda na swoje potrzeby.

Kiedy w trakcie odczuwania silnych emocji znam swoje potrzeby, szukam ich to mam szansę znaleźć taką strategię, która pomoże mi je zaspokoić, bo tych sposobów może być wiele, byle by się tylko zatrzymać, ochłonąć, oddychać i pomyśleć nad innym rozwiązaniem. Nie chcę zatrzymywać się i fiksować na jednym jedynym rozwiązaniu danej sprawy. Chcę szukać innych, takich które działają, które uwzględniają i MNIE i DRUGIEGO.

Chcę pamiętać o tej "zasadzie", prawdzie też w relacjach z dzieckiem. A jak? A o tym może w następnym poście....

piątek, 27 września 2013

Rodzicielstwo Bliskości. Spotkanie dla rodziców William i Marta Sears w Katowicach.

Wybieram się 8 października do Katowic na spotkanie z autorami książki "Księga Rodzicielstwa Bliskości" i "Księga dziecka".

Ktoś chętny się do mnie dołączyć? Jadę z okolic Żywca. Zapraszam!

A szczegóły na stronie wydawnictwa Mamania

Myślę, że warto. Dla tych, którzy mają małe dzieci, albo wkrótce zostaną rodzicami. Ja mam dzieci w wieku szkolnym, myślę jednak, że mogę dużo skorzystać z tego spotkania, więc zachęcam i tych, którzy mają dzieci już starsze. Rodzicielstwo Bliskości jakie propagują Searsowie jest mi bliskie i może pomóc rodzicom w wielu codziennych sprawach i niepewnościach.
Z cytatu umieszczonego na zdjęciu obok wnioskuję zachętę do dbania, do szanowania potrzeb rodziców, opiekunów, a także dzieci. Dla mnie jest to wystarczająca zachęta, by pojechać i posłuchać Searsów.
Ciekawa jestem, co powiedzą o RB w stosunku do dzieci starszych. Bardzo bym chciała by i o tym było, ale nie chcę żyć oczekiwaniami. Jadę by być otwartą na rozwój, na drugiego człowieka, na byciu TU i TERAZ.

wtorek, 24 września 2013

Kiedy dziecko płacze w przedszkolu

Czasami rodzice martwią się i szukają sposobu na dziecięcy płacz, który pojawia się przy rozstaniu w przedszkolu. Nie wiedzą jak poradzić sobie z płaczem dziecka. Pytają co robić? Jak reagować? Jak pomóc dziecku przyzwyczaić się do przedszkola?

Moje dzieciaki chodzą już do podstawówki. Też przeżywają różne emocje związane ze szkołą, z relacjami szkolnymi czy z rozstaniem z mamą. Ja jestem obok, czasami codziennie w szatni, kiedy chcą to pomagam i nie myślę, że wyręczam, że taki duży, a nie umie się sam przebrać. Myślę, że to sposób na budowanie kontaktu i bliskości. Dziecko nie powie "wiesz ciężko mi, stresuję się", ale powie "ściąg mi buty." Dla mnie to okazja do bycia razem, rano jeszcze przez kilka chwil i wymyślam "śmieszne" sposoby zdejmowania tych butów. czasami odprowadzam pod salę lekcyjną choć się nie narzucam, to wychodzi od dziecka. No chyba, że i ja tego chcę, to mówię, że chcę pytam, czy dla dziecka to jest ok? No bo wiecie, może się zdarzyć, że to będzie "obciach".

O adaptacji przedszkolnej pisze Agnieszka Stein na swoim blogu, a ja pomyślałam, że być może ktoś sobie znajdzie tam coś, co go wesprze, wyjaśni pewne sprawy i może będzie inspiracją. Tak więc polecam do poczytania Agnieszka Stein

A jeszcze sobie przypomniałam! Kiedyś słyszałam, że jedna mama dała dziecku jakąś drobnostkę, która pomogła mu w adaptacji, swoją chustkę, czy coś innego. Inna dała kawę, prawdziwą i malec robił Panią przedszkolankom kawę (konkretnie to nasypywał ją do szklaneczek, nie zalewał wrzątkiem rzecz jasna), a one były zachwycone i pozwalały mu na to. A on??? Został dostrzeżony, był dla nich ważną osobą.

Dzieci potrzebują być widzialne, stale pytają nas dorosłych o zdanie i proszą o uwagę: "mamo popatrz!", "ładnie narysowałem?" itp. To tak jakby prosiły o potwierdzenie, że są. I właśnie tego dzieci potrzebują. Potwierdzenia swoich uczyć, nazwania ich "widzę, że płaczesz, jest Ci smutno, bo boisz się iść do przedszkola bez mamy?" A my dorośli się tego boimy, że jak potwierdzimy to spadnie na nas lawina płaczu. Może i tak, bo ktoś w końcu dziecku pozwoli prawdziwie czuć to co czuje i widzi go. Dzięki takiemu przyzwoleniu, proces adaptacji może się skrócić, albo my rodzice i dzieci spojrzymy na tą sytuację z innego, jaśniejszego punktu widzenia. Bo pozwolimy na prawdziwość.

A i jeszcze jedna refleksja. Gdy już na prawdę mamy tego dziecięcego płaczu dość, to może warto spróbować zadzwonić do przyjaciela i wygadać się, wyżalić, zadbać o siebie, naładować baterię. Wtedy będzie nam łatwiej pomóc dziecku...i sobie! Tak mi się wydaje, próbujcie. Trzymam kciuki!

To co działa u jednych, u drugich może nie wypalić, bo każda rodzina jest inna, wyjątkowa i niepowtarzalna! Dziś się coś uda jutro nie. To okazja do powstawania nowych pomysłów i kreatywności.


sobota, 21 września 2013

Refleksje powarsztatowe. O szkole i nie tylko.

Jeszcze żywe mam w pamięci wspomnienie dzisiejszych warsztatów, jeszcze żywe są moje uczucia zadowolenia, radości, ekscytacji, bo po raz kolejny dzięki spotkaniu z czlowiekiem, odkrywam w sobie coś nowego. Coś, dzięki czemu, będę szła przez życie lżej, a może nawet polecę jak motyl na wietrze. Mam świadomość, że potrwa to chwilę i znów za moment zniżę loty, by kolejny raz coś zobaczyć i odkryć, by się rozwijać i unieść na wietrze.

Warsztaty, spotkania, rozmowy są dla mnie po to, by dzielić się swoim życiem i doświadczeniem. I mam taką nadzieję, że może ktoś z tego weźmie coś dla siebie, co sprawi, że choć na jakiś czas, jego życie będzie bogatsze. I ja zabieram sobie okruszki tych ważnych ludzkich spraw, to, czym dzielicie się ze mną, co dla Was jest ważne, a co mnie ubogaca.

Dziś wiele rzeczy mnie wzbogaciło. Jedna z nich jest mi dość bliska. To sprawy szkoły. Moje dzieciaki chodzą do szkoły podstawowej i czasami są chwile, kiedy to szkolne życie mnie uwiera. Wiem, że wtedy to nie SZKOŁA jest winna, to nie ludzie tam pracujący są powodem moich uczuć. To ja sama i tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje uczucia. Zdarza się, że coś co się wydarzy w szkole, coś z czym przychodzą do domu dzieci, jest jakby iskrą, po które zaczyna płonąć ogień moich uczuć. Wiem, że za tymi uczuciami stoją moje potrzeby. Wiem, że po drugiej stronie, czyli w szkole są ludzie ze swoimi potrzebami, że tylko patrząc na nich, na ich uczucia i szukając potrzeb dochodzę do prawdy. Nie oceniam, nie krytykuję, tylko wtedy, gdy szukam potrzeb swoich i drugiej osoby. Wtedy też łatwiej jest mi znaleźć drogę do siebie i do drugiego, łatwiej nawiązać rozmowę, łatwiej budować kontakt, łatwiej jest mi być w dialogu.

Już wcześniej szukałam w sobie tego zrozumienia sytuacji szkolnych, a dziś się w nim utwierdziłam, otworzyłam na drugiego, usłyszałam, klapki mi z oczu spadły. Dziś już wiem, to nie ze szkołą buduję relacje a z człowiekiem, którego tam spotykam i chcę mu dawać empatię i też tego od innych potrzebuję, i współdziałania i obustronnego usłyszenia. Wiem, że inni mogą pomóc mi zaspokoić te potrzeby, tylko gdy proszę, a nie żądam, i przede wszystkim nie muszą!


środa, 18 września 2013

Empatia od dziecka

Byłam dziś smutna. Moja córka przyszła od kolegi radosna i zadowolona. Po chwili patrzy na mnie ii mówi: "mamo, jetseś smutna?" A ja, że nie, że spałam i to chyba temu, choć w rzeczywistości chyba byłam smutna. Nic nie mówiłam, w ciszy sprzątałam naczynia po obiedzie i myślałam o przyczynach mojego smutku a może zniechęcenia. Znałam je i w myślach szukałam sposobu na danie sobie tego, czego potrzebuję. Nic mi nie przychodziło do głowy i nagle...

Córa nie odpuściła i znów zapytała. Postanowiłam, że tak, przyznam co czuję.
"No ok, jestem smutna"
 a ona: "może jesteś smutna a nie wiesz dlaczego?" 
Ja: "no chyba tak"

I wiecie co? To wystarczyło. Uwaga mojego dziecka i zauważenie mnie, zupełnie intuicyjne i bezinteresowne pomogło. Przyłączyła się do sprzątania, pomogła poodkładac namiejsce naczynia. Podziękowałam jej mówiąc: "wiesz, z Tobą poszło mi to szybciej i przyjemniej" i humor się mi poprawił, co od razu dało się odczuć.

Tak więc dzieci chcą nam pomagać, chcą być potrzebne, a na miarę swoich możliwości odpowiadać na nasze potrzeby. Potrafią nas wesprzeć i obdarzyć empatią. To oczywiście nie to samo co manipulowanie dzieckiem, by pomagało. Wtedy na pewno nie jest tak miło i bezinteresownie, a czasem jest to robione z obawy przed odrzuceniem, dezaprobatą, karą i tego wręcz nie znoszę, nie chcę i na to się nie zgadzam!

Zabawa dobra na wszystko

No tak mi przyszło do głowy, że zabawa jest "lekiem na całe zło". Jednak po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno? No wiecie, mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony wierzę, że to idealny sposób na dotarcie do dziecka, a z drugiej znam też wiele innych dróg by zbudować silną więź z dzieckiem. Tak więc pozostanę przy ty, że kiedy nic innego "nie działa" warto pomyśleć o zabawie. Każdy jednak ma swoje sposoby.

Na początku warto jednak przyjrzeć się dziecku i spróbować odgadnąć w jakim stanie ono jest. Bo jeżeli się smuci, płacze, "zamyka w sobie", albo złości, czyli jest pod wpływem silnych emocji, to najpierw warto dotrzeć do tych emocji i pomóc dziecku je nazwać i poszukać razem z nim potrzeby. Dzieci czasem płaczą a nie do końca wiedzą o co im chodzi. Czasem jedna sprawa wywołuje u dziecka płacz, a tak na prawdę tych spraw nagromadzonych może być kilka i jak już płacze, to nagle te wszystkie sprawy się domagają wypowiedzenia, te wszystkie kłopoty chcę być wypłakane. Więc warto dać dziecku okazję i przestrzeń do płaczu, być obok, przytulić, zapytać "smutno Ci? I nic, po prostu na chwilę być, a potem pomóc zgadnąć skąd ten płacz, bo: "wczoraj mama się nie zgodziła bawić się z Julką i dziś też nie, a koleżanka ze szkolnej ławki popychała ją, inne się z tego śmieją, a jeszcze siostra nie chce się dzielić zabawkami, a brat wrzeszczy <nie ruszaj>, tak, przez to wszystko Ci smutno?"

Nie szukam od razy gotowego rozwiązania na płacz, smutek, złość. Czasami poszukanie przyczyny smutku, czyli jakieś dziecięcej niezaspokojonej potrzeby, wystarczy i nie jest powiedziane, że od razu mam je zaspakajać, chodzi o ich wypowiedzenie, a czasem dziecko samo znajduje sposób, by je zaspokoić. I nagle z wielkiego płaczu, przechodzi w śmiech, znacie to?

To dorosły jest potrzebny dziecku by pomóc mu poradzić sobie z intensywnymi emocjami. Kiedy dziecko jest "zalane" emocjami, nie myśli logicznie, działa z poziomu uczuć i czasem może np. kogoś uderzyć, bo w danym momencie nie znalazł innego sposobu wyrażenia tej emocji. To my rodzice, "pożyczamy" dzieciom nasz mózg. Pokazujemy co można zrobić, kiedy nas "roznosi". Można powiedzieć: "widzę, że jesteś strasznie zły, choć idziemy na coś skoczyć, albo walnijmy ręką o poduszę!" To co działa w jednej rodzinie może okazać się niewypałem u innych. Warto opracować swój sposób na rozładowanie emocji. Kiedy one opadną, wtedy zaczyna się prawdziwa, swobodna zabawa, w której nie ważne jak się wygląda i czy dzwoni telefon, wiem to trudne. Warto spróbować.


Patrzyłam ostatnio na moją siostrę, która na urodzinach rocznej siostrzenicy biegała z nią na rękach po ogrodzie i bawiła się z dziesięciolatką, ośmiolatką i ponad sześcioletnim siostrzeńcem. Wyglądali na zadowolonych. Na twarzy dzieci oczywisty uśmiech, a co ciekawe na twarzy siostry też, radosny i spontaniczny. Zazdrościłam im tej zabawy, tej chęci do biegania, tej spontaniczności. Wyszłam do nich, zrobiłam kilka zdjęć a potem pomyślała, że się dołączę. Oczywiście dzieci nie miały dość. Uszanowały jednak potrzebę odpoczynku cioci. Po przerwie bawiliśmy się już razem. Nie udawała, na prawdę nie potrafiłam ich znaleźć ani dogonić. Żałuję, że wtedy akurat ból w szyi przeszkadzał mi w zabawie.



Dodam, że zawsze zazdrościłam siostrze tego spontanicznego wejścia w świat dziecięcy. Tej więzi jaka ich łączy i tego ciepła i szacunku. To, że dorosła ciocia zakłada na buzię maskę kotka, schodzi na czworaka i udaje kota dla dzieci jest niesamowitą frajdą. To wejście w ich świat i schylenie się do ich poziomu. Wiecie jak wygląda świat z poziomy metra lub mniej??? Zniżcie się, zobaczycie, że jest inny niż nasz. A to, że jestem mamą swoich dzieci, bywa czasem największym utrudnieniem. Bo to ja mam być niby poważna i mówić co wolno a co nie. Nie lubię tego. Nie lubię tego mojego zaprogramowania, tego mojego wewnętrznego dysku twardego, który tak ciężko zrestartować. Jednak czasami się udaje i wtedy wolę się z nimi śmiać, żartować, podążać za śmiechem. Tak, uwielbiam się z nimi śmiać, nawet z tego co ich śmieszy najbardziej, a są to słowa: "siku", "kupa", "bąki" no i ukochane bekanie na żądanie. Śmieję się razem z nimi! Uwielbiam odbijać z nimi w piłkę i bawić się w piasku. Kocham się z nimi turlać po łóżku i siłować. Boskie są zabawy paluszkowe, masaże placów z rymowankami. A i jeszcze kocham z nimi śpiewać. W ogóle uwielbiam nucić piosenki i śpiewać razem z radiem. I oni też to robią! A i jestem ekspertem w teatrzyku pluszakowy! Dzięki tej zabawie przerabiamy wiele trudnych emocji. I dziś rano moja córka sama coś przerobiła. Miała do dyspozycji tylko swoje dłonie, które się kłóciły o czesanie włosów, o to, że czasem to boli, a mama chce by włosy były upięte, a dziecko woli rozpuszczone. Jedna dłoń to mama, druga to córka. Ja stoję obok i ją czeszę. Nic nie mówię, bo wiem, że w ten sposób ona oswaja się z tym, co jest dla niej trudne. Pozwalam jej powiedzieć wszystko, bo to dzieje się w świecie zabawy i nie wykracza poza jego granice. Pomaga natomiast oswoić się z rzeczywistością, przerobić to, co trudne, wypowiedzieć złość, ból, frustrację. Prawda, że lepsze to niż, gdyby wybuchła awantura, padły przykre słowa i krzyki? A tak, potraktowałam to z uśmiechem i akceptacją.

Jedynej rzeczy, której nie robię to nie gram w Farmę. Dzięki Farmie, mój syn znalazł bliski język z moją drugą ciocią. No nie wiem, czy kiedyś się przekonam do gier.

Zazdroszczę więc póki co kilku rzeczy tym, co mają ciepłe relacje z dziećmi poprzez to, co kochają robić:

poprzez granie na komputerze, czy innych sprzętach
poprzez wodne zabawy na materacu (no gdyby woda miała 36 stopni i dno widoczne jak w basenie, to kto wie)
poprzez bieganie bez końca w berka
poprzez gry planszowe (czasem nad chińczykiem zasypiam)
poprzez wspólne czytanie książek (tu też zasypiam, no góra 10 min daję radę)

Te wszystkie rzeczy otwierają drzwi do dziecięcego świata. Poprawiają relacje dorosły-dziecko. Pomagają dziecku zrozumieć świat.

Na warsztatach z Lawrence J. Cohenem usłyszałam, że dzieci się nie naśmiewają np. z niepełnosprawnych, bawiąc się i udają niepełnosprawnego. Oni w ten sposób pojmują świat, uczą się go, oswajają się z nim, biorą na siebie to co świat przynosi. Więc udają niepełnosprawną osobę, udają, że mówią w obcym języku, że są lekarzami, żołnierzami czy nauczycielami itp.To nam dorosłym wydaje się, że dziecko się naśmiewa a rzeczywistości ono zachowuje się zupełnie naturalnie.

czwartek, 12 września 2013

Wdzięczność

Wdzięczność - mój sposób na szczęście. Jeden z wielu. Teraz ważny, bo kiedy okazuję wdzięczność sobie czy innym, to czuję radość, bo moje potrzeby i potrzeby innych są zaspakajane. To jest takie zamknięte koło, ale nie błędne koło, a raczej rozwojowe.

Dziś jestem na etapie bycia wdzięczną za ogrom maleńkich spraw, może tak małych, że komuś będą się wydawać błahe, ale nic to, mnie to nie martwi, bo ja czuję radość i siłę w sobie!

Kiedy przeczytałam wpis na blogu Uwolnić Myśli Niechciane poczułam radość, bo wiele moich potrzeb zostało zaspokojonych w trakcie jego czytania.

Potrzeba wspólnoty, bo słyszę głos kogoś, kto jest mi bliski w swoich wartościach, choć go nie znam osobiście. Bo to mi mówi, że jest takich osób więcej, osób które żyją uważnie, wsłuchują się w siebie i innych, zwalniają tempo życia, by pomyśleć, pomedytować czy się pomodli. A co do modlitwy, prośby do Pana Boga, to jest ona właśnie taka, jaką chcę w sobie mieć. A ja bym tu jeszcze dodała wdzięczność, za małe i duże sprawy.
Potrzeba jasności: bo te słowa uporządkowały, to co mam w sercu.

Czuję więc wdzięczność, bo:

żyję, bo jestem, bo się kolejnego dnia obudziłam, wstałam o 6-stej rano, byłam w sklepie po świeże pieczywo, czuję się dobrze, jestem zdrowa, mam siłę na dany dzień,


bo moja praca daje mi radość, bo mam pasję, bo załatwiłam coś ważnego, bo mam odwagę w sobie spełniać swoje marzenia, bo są ludzie, dla których mój blog jest może czasem inspiracją,

bo bawiłam się wczoraj wieczorem z dziećmi, przytulaliśmy się, bo pomogłam córce odrobić zadanie domowe z matematyki i sprawiło nam to radość,

bo dziś rano ze spokojem w sercu przygotowywaliśmy się do wyjścia do szkoły
bo przygotowałam słoiki na zimowe zaprawy
bo piekę chleb
bo odpisałam na kilka ważnych dla mnie i dla innych maili
bo piszę ten post
bo potrafię się śmiać z dziećmi
bo potrafię wejść w dziecięcy świat i tam być z nimi na równi, a czasami przyznać, że czegoś nie wiem, nie potrafię, że coś zapomniałam, że się mylę, że nie potrafię grać na grach komputerowych i chętnie przyjmę lekcję od dzieci, że często wielu rzeczy nie chce mi się robić.

Wymieniać można by wiele i będę to robić w ciągu dnia, by łapać energię.
A kiedy przyjdą inne emocje, frustracja, złość, smutek czy żal, przyjmę je, pomyślę, poszukam potrzeby, znajdę strategie na ich zaspokojenie i będę wdzięczna i za nie, bo one są częścią mnie i dbają o to, by żyło mi się lżej! Choć w chwili trudnych emocji jest nam ciężko, to tylko po to, by ten stan zmienić i znów wrócić do równowagi.

POLECAM:

"Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia" Liv Larsson

środa, 11 września 2013

Warsztaty "Pobaw się ze mną"

Cieszę się bardzo, że znów będę miała okazję się spotkać z rodzicami, by móc im opowiedzieć o roli zabawy w życiu dziecka, by odkryć tajniki tej dziedziny życia człowieka, która jakby nie do końca jest doceniana.

Sama będąc na szkoleniu prowadzonym przez Lawrenca J. Cohena, autora książek "Rodzicielstwo przez zabawę" i "Siłowanek" odkryłam wiele aspektów, o których nie miałam pojęcia, a które teraz pomagają mi zrozumieć siebie i dziecko. Na co dzień wykorzystuję tą wiedzę w relacjach z moimi dziećmi: najstarszą 10-letnią córką, średnią 8-lenią i 6,5-lenim synem. Podążam za śmiechem i żartami, skaczę na trampolinie udając lwa, zamieniam się rolami, bawię się "w służącą i króla/księżniczkę", siłuję się i figluję, wspólnie rysuję, a dziś będę się bawić w "dziecko", które jest ich przyjacielem i przyszło w odwiedziny.  Na co dzień jestem mamą, która zapraszam, dzieci swoje i nie tylko, do wspólnej zabawy w kuchni, gdzie gotujemy i razem pieczemy. Każdą chwilę swojego życia spędzanego z dziećmi staram się wykorzystywać na bycie razem. Kiedy wykazują zainteresowanie moją ogrodniczą pasją, to razem siejemy, sadzimy i zbieramy plany naszych upraw i to też jest dla nich zabawa. Nie odganiam ich, bo "się pobrudzą", czy rozsypią ziemię, czy mąkę. Ta otwartość owocuje, bo sami ze swej inicjatywy, np. rozsypaną ziemię chcą posprzątać. A szkolną fasolkę, wykiełkowaną w słoiku sami w ogrodzie zasadzili i już niedługo ją zbierzemy.

A wracając do warsztatów to serdecznie na nie zapraszam, chętnie posłucham jak Wy się bawicie.
A może tego nie robicie i potrzebujecie przyjść by usłyszeć, że nie jesteście sami, że ten "wstręt" do zabawy mają i inni (czasami ja też go mam i to jest zupełnie naturalne) i zastanawiacie się, co zrobić by się przełamać???

Zapraszam, przyjdźcie, bądźmy dla siebie inspiracją!

BEZPŁATNE WARSZTATY

"POBAW SIĘ ZE MNĄ...czyli radzimy sobie z nieśmiałością, smutkiem, wstydem, strachem, agresją i złością"

KIEDY?

21 września (sobota) 
GODZ. 10-12  

GDZIE?

Łodygowice, koło Żywca.
Zamek (Sala kominkowa)
ul. Plac Wolności 5

ZAPISY:

TEL. 604 187 548
TEL. 880 028 880

Na warsztatach będzie mowa o tym:
  • "Skąd się biorą emocje i jak wpływają na życie nasze i naszych dzieci"
  • Jak poprzez zabawę budować u dziecka poczucie własnej wartości i wiarę w siebie
  • Jak radzić sobie z trudnymi emocjami tj. złość, strach, agresja, nieśmiałość, wstyd, lękliwość, smutek
  • Trochę praktycznych ćwiczeń "jak, w co się bawić" by budować z dzieckiem więź i być z nim w bliskiej relacji
JEŚLI:
  • Chcesz by Twoje dziecko było odważniejsze?
  • Chcesz mu pomóc radzić sobie z agresją?
  • Chcesz się zbliżyć do dziecka, odbudować nadszarpniętą więź?
  • Potrzebujesz pomysłów "w co się bawić?
  • Chcesz wyjść z "domowych pieleszy", poznać i wymienić się doświadczeniami z innymi rodzicami?
  • Szukasz inspiracji, wsparcia, empatii?
  • Chcesz podzielić się swoimi pomysłami na zabawę?

To serdecznie zapraszam wraz z Łodygowickim Klubem Rodzica  na warsztaty POBAW SIĘ ZE MNĄ.


WAŻNE:

Warsztaty planowane są dla dorosłych, ale jeżeli bardzo chcesz być i warunkiem przyjścia jest obecność na warsztatach Twojego dziecka, to serdecznie zapraszamy. Skontaktuj się z nami byśmy mogły przygotować dla niego przestrzeń do zabawy.

czwartek, 5 września 2013

Słowa mają moc!

Każdy o tym wie, że słowa mają moc, choć czasami zapominamy, więc warto sobie to co jakiś czas odświeżyć. No to mamy mały restart. Dziś rano zainspirowała mnie na fejsie Monika Żyrafa udostępniając ten link i zrestartowałam się i przypomniałam sobie pewną historię:

W kontekście hasła "słowa mają moc":

Moja córka mówi mi:
"Kocham Cię, wiesz cały czas Ci to mówię"


I tu mama zorientowała się, że chyba dziecko dawno nie słyszało tych słów. No bo wiecie, takie szybkie "kocham Cię, dobranoc", czy "też Cię kocham". To nie to samo, co odpowiedzieć z przytuleniem się do dziecka, albo z żarcikiem typu: "Ty mnie kochasz, ja nie wierzę? Jak to? W ogóle nic nie słyszałam, nigdy! ;)"

Po tej krótkiej refleksji mówię:

"Też Cię kocham, chociaż Ty chyba potrzebujesz, bym Ci to częściej mówiła, bo ostatnio chyba rzadziej to słyszysz, tak???"

Córcia: "No"

Ja: "No to teraz pobawimy się w <mówię kocham Cię> Ile razy chcesz to usłyszeć?"

Córuchna:
"36 razy"

I mówiłam jej pod rząd 36 razy, a to z uśmiechem, a to z łaskotaniem po plecach, a to śpiewając, a to szepcąc. Śmiałyśmy się przy tym, figlowałyśmy, byłyśmy blisko.

Taki miałyśmy poranek. Taki zabawowy i w duchu rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy, bo nie broniłam się, mówiąc, że przecież Ty wiesz, że Cię kocham.


środa, 4 września 2013

Oj ta szkoła...

No i teraz jest to temat nr 1.
Szkoła lub przedszkole.

Mnie dotyczy szkoła. Naczytałam się różnych opinii, wywiadów, artykułów i od 3 lat mam, za pośrednictwem dzieci, do czynienia ze szkołą. Wiele rzeczy tam mnie "uwiera". Staram się docierać do tego, dlaczego i szukać najlepszych sposobów na radzenie sobie z tym.

Uwierają mnie oceny, kary i nagrody, zmuszanie do jedzenia obiadu, zakaz wychodzenia na przerwę lub do toalety. Dziwicie się? Jest to szokujące? Jak to nie można wyjść na przerwę? No nie wiem jak!!!
Dziś się o tym dowiedziałam od mojego pierwszaka, a jeszcze wczoraj pisałam o empatii dla szkoły.
Ok, nadal to podtrzymuję, bo złością nic nie osiągnę. A może Pani poprosiła ich o pozostanie w sali tylko na chwilkę, zanim wróci, a może powód był inny, taki, który gdyby go usłyszeć, to byśmy to zrozumieli i nawet poparli??? Kto wie?! A przede wszystkim nie ma co uogólniać. To było wszak jeden raz, na jednej przerwie no i w końcu znam tylko jedną wersję!

Najpierw dam empatię sobie, potem szkole.

Jestem zaniepokojona i smutna, bo potrzebuję wierzyć, że kiedy dzieci są w szkole to są bezpieczne, mogą iść do toalety, a na przerwie zwyczajnie się pobawić, pobiegać po korytarzu (za moich czasów nie do pomyślenia! biegać??? Nie ma mowy).

W ubiegłym roku, Pani powiedziała dzieciom by nie chodzić do WC na lekcji, bo chodzili co chwilę, tzn. zdarzyło się to jeden raz, na jednej lekcji. OK, może miała kłopot z ogarnięciem dzieci, może potrzebowała w spokoju poprowadzić lekcję, a tu co nóż, któryś chciał siku. Rozumiem, to trudne. Może czuła, że to już zakrawa w zabawę i wybrała taką strategię, która w danym momencie była jej dostępna, czyli zakaz dla wszystkich. Tylko u licha, skąd wie, któremu naprawdę się chce siku???? A nawet jeśli chcieli się pobawić, to byłoby super się zorientować i dać dzieciom choć na 5 minut szansę na dziką zabawę. Np.wszyscy idziemy do WC i szeptem (no bo w końcu w salach obok są lekcje) mówimy I wanna go to toilet! I wanna go to toilet!

No i dałam się ponieść szakalim myślom, że nie dołożyłam starań, by poszukać dzieciom innej szkoły, może Montessori (o której nawiasem mówiąc dowiedziałam się dopiero rok temu, że taka jest niedaleko mnie), a może nauczanie domowe (to odkrycie to w ogóle świeżutkie).

No nic. Wrzesień się zaczął, dziś pierwszy dzień odrabiania zadania, którego nienawidzę!!!! Bo psuje cały dzień, bo nie można po południu z dziećmi się swobodnie bawić, ani nigdzie daleko jechać, bo zadanie! No chyba, że najpierw go odrobisz a potem pojedziemy. Ok, ale jak tu go odrabiać, kiedy dziecko po powrocie marzy tylko o zabawie, po dniu "uziemienia", kiedy chce ochłonąć od ocen i przymuszania i chce zwyczajnie pogadać, cieszyć się lub smucić z powodu tego co przeżyło.

Ok, teraz już wiem, czego potrzebuję. Skoro na ten moment nie zmieniam dzieciom szkoły, to, tak jak kiedyś, usiądę z nimi do zadania domowego z ciekawością, zainteresowaniem, może dołożę jakąś swoją małą inspirację, urozmaicenie, tak by było weselej. Może opowiem jakąś historyjkę, pożartuję, tak by ten czas był przyjemnością i dla nich i dla mnie. Może nawet wtrącę jakąś nowatorską metodę nauczania domowego, tak na zasadzie korków.

Tak więc, empatia dla szkoły.

Szkołę tworzą ludzie i tak jak ja mają potrzeby i one są dla mnie równie ważne jak moje. Wychodzę im na przeciw. Wierzę, że większość a nawet wszyscy chcą dbać o dzieci, zależy im na ich rozwoju i zdobywaniu umiejętności i wiedzy. Starają się. To ja jako rodzic proszę, by Pani od angielskiego opowiedziała mi co się wydarzyło, że podjęła decyzję o zakazie wychodzenia do WC. Może okazać się, że dowiem się czegoś, co zmieni mój punkt widzenia. Podobnie zresztą jak przy zakazie wychodzenia z klasy na przerwie. Może to było dla ochrony dzieci. Rozmawiam i szukam z nauczycielem wspólnego rozwiązania, dobrego dla wszystkich. Po drugie stronie jest człowiek, a gdybym to ja była tym nauczycielem??? Hmmm...

A od dzieci słyszę też:
że Pani od matematyki jest fajna, bo pozwala wyjeżdżać na margines i pisać po zeszycie czym się chce!
Brawo dla Pani!
że Pani od przyrody uczyła tatusia i mówi: "już nic nie mówcie, bo wychodzi na to, że uczę dzieci moich dzieci" i serdecznie się uśmiecha
że zadania domowe w pierwszej klasie są krótsze niż w zerówce
że religia jest z ulubioną Panią
że ksiądz uwielbia z nimi żartować i siłuję się na rękę a jak odchodził do innej parafii, to dzieciom łzy ze smutku po policzkach płynęły

A ode mnie: kiedy rozmawiam z nauczycielami o moich potrzebach i proszę o pomoc, to ZAWSZE JĄ OTRZYMUJĘ, nie odbijam się od ściany, mogę śmiało powiedzieć, że mam bliski kontakt z ludźmi, pracującymi w tej szkole, no przynajmniej z tym, z którymi rozmawiam, spotykam się na szkolnym korytarzu.

WIĘC CHOĆ CZASAMI MNIE COŚ UWIERA, TO JEDNAK OGÓLNIE JEST OK!!!

A kiedy uwiera, to znak, że moje potrzeby dają sygnał. Moje potrzeby i ja, a nie drugi człowiek jest odpowiedzialny za mnie samą!

Chyba nie jest tak źle!

Ciężka praca, ale wiem, że warto, bo to my tworzymy szkołę.
Szkoła to my: dzieci, nauczyciele i także rodzice.

Było mi ciężko dzisiaj. Czas wakacyjnego rozleniwienia minął. Wróciła szkoła i obowiązki, oceny i to z czym mi trudno. Kiedy szukam w tym wszystkim swoich potrzeb i odpowiadam na nie znajdując strategie na ich zaspakajanie, a nie zmieniając rzeczywistości (choć może wpłynę na zmianę rzeczywistości) czy ludzi, jest mi łatwiej.

Potrzebowałam to napisać, by mieć jasność, by dać sobie empatię i ludziom, z którymi wchodzę w relacje.

Natychmiast to posprzątaj!

Natychmiast to posprzątaj!
No i coś Ty narobił!
Teraz to sprzątaj, Ty...

i może jeszcze coś, choć już nie pamiętam, bo od dawna tego nie używam, choć z dzieciństwa pamiętam.

Teraz mówię:

Wywróciło się, rozsypało, posprzątamy, pomogę Ci. Albo dam ci odkurzacz, chcesz posprzątać?

Dziś:

Spadła ze stołu temperówka pełna ostróżek, drobniutkich jak pył.
Powiedziałam, o rozsypało się.

I zapytałam:
Chcecie to poodkurzać?

I byłam gotowa zrobić to bez ich pomocy, sama. Właściwie to nawet chciałam to posprzątać, ale najpierw jakoś tak samo mi wyskoczyło to powyższe pytanie. I super!

Kolega mojego syna:

"Ja chcę"

i poszedł po odkurzacz, posprzątał i zapytał, czy mogą jeszcze posprzątać w swoim domku, bo akurat sobie zbudowali z koca, na ławie.

Piszę, to po to, by Wam dodać otuchy, że nawet jeśli mamy inne odruchy, to czasem warto się tym nie przejmować, nie obwiniać się, tak to już jest. Warto to natomiast zmieniać. Z czasem nabierzemy innych nawyków, takich, które budują a nie niszczą relacje z dzieckiem.

Kiedy już sobie uświadomiłam, że to co mówię, krzywdzi i mnie i dziecko, burzy naszą więź i niszczy nasze relacje, zrywa kontakt, to szukam innych strategii, wprowadzam je w życie. Daję sobie czas na zmianę. Nie obwiniam się i nie robię sobie wyrzutów. Po prostu jeśli się pomylę, zrobię coś "po starem" to znaczy, że jeszcze potrzebuję coś zmienić, poprawić, rozwijać swoje umiejętności.

A z czasem zapominam języka przemocy i w to miejsce pojawia się język otwartości i akceptacji. On wsiąka w nas i już inaczej nie potrafimy.

wtorek, 3 września 2013

Sześciolatki czy siedmiolatki w szkole

Zaczął się wrzesień, a właściwie to już w sierpniu, wielu rodziców odczuwało, a może nadal czuje jakiś niepokój związany z pójściem dziecka do pierwszej klasy, a może do drugiej. Każdy chce zadbać o swoje dziecko i swoje samopoczucie tak, jak najlepiej potrafi. Jedni nie posyłają dziecka sześcioletniego do pierwszej klasy, a inni to robią. W mediach pojawiają się różne opinie, wywiady, sondaże, a Ty rodzicu tego słuchasz, ocierasz się o to i masz z tego WIELKĄĄĄĄ głowę. Masz serce pełne obaw i szukasz strategi na poradzenie sobie z tym, na zaspokojenie swoich potrzeb i potrzeb dziecka.


Chcesz być usłyszanym, chcesz być branym pod uwagę i to jest zupełnie ok, jest to zrozumiałe, choć Ty czasami widzisz, że ludzie, którzy mogą w tej kwestii Ci jakoś pomóc, nie słyszą tego.

A wystarczyłoby może, gdyby ktoś Cię obdarzył empatią???

Kiedy moja córka szła do pierwszej klasy, mając wtedy 7 lat, a właściwie jeszcze nie pełne, bo urodziła się w połowie listopada, byłam pełna obaw. Nie znałam tej szkoły.
Gdy weszłam do niej jeszcze w sierpniu, wszystko było dla mnie nowe, obce, szokujące i wielki, ogrom przestrzeni, kilka pięter, ciemna piwnica, w której są szatnie. Kurcze, czułam się jakbym to ja miała 7 lat. Mała, przestraszona, sama. Czy ktoś sobie mógł wtedy wyobrazić, że to dla mnie było NIEZNANE? Nie wiem, nikogo o nic nie prosiłam i nikomu nic nie mówiłam. Byłam z tym sama i dałam sobie radę.

Jak dbałam o córkę:
Moja córka chyba też była sama, choć byłam obok niej. Odprowadzałam ją do klasy, codziennie przez kilka miesięcy, tak długo jak chciała, choć nie pamiętam ile to trwało, nie było to dla mnie uciążliwe. Było to naturalne. Razem poznawałyśmy tą szkołę, nauczycieli, dzieci i ich rodziców. Razem wchodziłyśmy do nowego świata, do nowej społeczności.

O siebie zadbałam tak, że rozmawiałam z nauczycielką, za każdym razem, gdy tego potrzebowałam i ona zawsze dla mnie miała czas i uszy i serce otwarte i ja też usłyszałam ją i jej obawy i potrzeby. Bo i dla niej było to coś nowego. Nie zna przecież tych dzieci, no w każdym bądź razie nie wszystkie. Nie zna rodziców, a chce budować z nimi bliskie i otwarte relacje. Daje nam rodzicom na "dniach otwartych" ksero z książek o wychowaniu, o tym, co ważne, czego potrzebuje dziecko i rodzic i jak warto o to dbać.
Jak jeszcze dbałam o siebie? Czytałam tzw. "czytanki" dla rodziców na końcu każdej części książki z pakietu dla dzieci. Dla mnie one były wartościowe i zaspokajały moją potrzebę bycia w kontakcie, potrzebę rozwoju i chyba bezpieczeństwa.

Po kilku tygodniach szkoła była mi bliska, a właściwie ludzie w niej pracujący. To nie znaczy, że ze wszystkim się zgadzam, że moje wartości są bliskie tej szkole, ale to chyba nie możliwe i wcale bym tego nie chciał, bo w końcu świat jest różnorodny i ludzie też. To co mnie pomagało, to moje nastawienie i intencja jaką w sercu noszę.

Jak dbałam o dziecko to już wyżej pisałam, choć dopiero, kiedy poszła do szkoły moja druga córka, okazało się, że potrzeby tej pierwszej, 7-latki były większe, choć ja o nich wówczas tak do końca nie wiedziałam, choć coś przeczuwałam. Dowiedziałam się dopiero, gdy jej siostra poszła do pierwszej klasy, bo ona mówi, czego potrzebuje i co jej przeszkadza i wówczas okazuje się, że i tej starszej też pewne rzeczy przeszkadzały. Więc czy 6-latka, czy 7-latka, to potrzeby są te same!

Każda z nich potrzebowała być usłyszaną, zauważoną, każda chciała mieć poczucie bezpieczeństwa w szkole i w domu, akceptacji taką jaka jest! Intuicyjnie im to dawałam, choć czasem "społeczeństwo" podpowiadało co innego. Jestem sobie wdzięczna, że posłuchałam swojego głosu, że z nimi chodziłam do szkoły, odprowadzałam do klasy, czekałam na Panią. Po prostu byłam.

Druga córka poszła jako sześciolatka. Byłam przy niej tak jak przy poprzedniej, choć pochłonięta jeszcze większymi obawami, bo przecież wszyscy wokoło odradzają posyłanie 6-latków do szkoły. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, co by było, gdyby poszła jako 7-latka? Czy byłaby emocjonalnie bardziej przygotowana??? Tego nie dowiem się nigdy, bo taka sytuacja nie będzie miała miejsca. Przecież czasu nie cofnę i wcale nie chcę.

To czego chcę, to być przy niej, kiedy mnie potrzebuje i wiek nie ma tu znaczenia! Ona potrzebuje jasności co do tego z kim ma lekcje, o której po nią przyjadę, ile tych lekcji jest i gdzie się odbędą, na kogo może liczyć, gdy mnie nie ma w szkole. Jednym słowem dziecko, potrzebuje mieć jasność. Dbam o to by ją miała. Dbają o to też nauczyciele. Zawsze gdy poprosiłam, gdy powiedziałam jakie ja mam obawy, co widzę i co słyszę od dziecka, to zawsze z drugiej strony dostałam empatię i byłam wysłuchana, dostałam pomoc. Wiem, nie zawsze tak jest. Nie każdy może się pochwalić takimi wspomnieniami i z tego powodu czuję smutek, bo chcę wierzyć, że świat i ludzie są sobie bliscy i mogą na siebie liczyć.

Opowiem jeszcze o sytuacji, gdy moje wspomnienia nie są właśnie takie kolorowe. Gdy w ubiegłym roku mój syn miał rozpocząć zerówkę, okazało się, że jest w innej grupie, niż ja chciałabym by był. Raz czy dwa poprosiłam o zmianę. Usłyszałam, że to raczej niemożliwe. I tu zaczęły szaleć w mojej głowie szakale myśli. Oceniłam szkołę, osądziłam nauczycielkę i sekretarkę. Wyrok zapadł. Moje intencje były nacechowane wielkim żalem. Nie miałam w sobie empatii dla tych osób. Miałam żal i smutek w oczach. I co się wydarzyło???? To niewiarygodne, ale jednak mnie zauważona. Zapytała mnie Pani dlaczego jestem smutna. Odpowiedziałam, że jest mi przykro, bo prosiłam o zmianę grupy, ale okazuje się, że się nie da. Trudno. Smutek wyrażę, wybrzmi a ja poszukam innej strategii. A może okaże się, że to i lepiej, że będzie w tej grupie. Początkowo miałam w sobie sporo nieprzychylnych intencji i myśli. Potem, gdy emocje opadły znalazłam w sobie empatię dla siebie i Pań ze szkoły. Dlatego wiem, że nasze myśli i intencje tworzą świat wokół nas. Nie byłam zbyt przychylnie nastawiona i pewno te moje "prośby" były odbierane jako atak lub żądanie.
Tak jak mówię, emocje opadły, we mnie pojawiła się zgoda na to co ma być. Zrozumiałam, że nie to w jakiej grupie był Krzyś jest najważniejsze, a to jak ja jestem z nim.
I co się okazało? Za kilka dni w tej drugiej grupie zwolniło się miejsce i Krzyś przeszedł do niej.

Domyślam się, że nie chciano, nie umiano mnie w szkole usłyszeć. Zdarza się. Ale czy to, aby na pewno jest wina szkoły, ustawy, przepisów??? A może mój język był nie do usłyszenia???

I jeszcze o sześciolatku w szkole:

Mój syn poszedł dziś do pierwszej klasy. Ma 6 lat i 7 m-cy. Zna tą szkołę już od dawna. Chodził tam najpierw ze mną, gdy odprowadzałam do szkoły pierwsze dziecko, potem drugie, a on jeszcze uczęszczał do przedszkola. Potem uczęszczał tam do zerówki, jadł obiady na szkolnej stołówce, sporadycznie spędzał czas na świetlicy, a czasami prosił mnie by mógł tam zostać na dłużej. Wie, gdzie jest szatnia, sala gimnastyczna, biblioteka, świetlica. Po prostu czuje się tam komfortowo. Przeszedł solidną aklimatyzację, na co jego siostry akurat szansy nie miały i to zapewne budzi w rodzicach obawy. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe ściany. Może potrzeba więcej czasu na adaptację, na poznanie się wzajemne dzieci i nauczyciela, rodziców i nauczyciela, dzieci i szkolnego miejsca, by poczuć się jak u siebie. Może rzecz nie w tym czy 6-latki czy też 7-latki do szkoły, a problem w tym, że tak mało mówi się o potrzebach wszystkich tych osób, które biorą udział w szkolnych relacjach????

Nie, przepraszam, mówi się, tylko jakim językiem? Takim którego te strony nie słyszą!

Moim marzeniem jest, by w szkole panował język porozumienia bez przemocy, by każdy człowiek w szkole mógł być sobą, by potrzeby każdego były tak samo ważne dla wszystkich!

By dziecko, które potrzebuje jasności, było brane pod uwagę.
By dziecko, które potrzebuje więcej czasu i spokoju, mogło z tego skorzystać.
By dzieci miały szansę na swobodna zabawę i wykorzystanie swego potencjału i energii.
By rodzice i nauczyciele mogli liczyć na siebie, umieli się usłyszeć i dać sobie empatie.
By był to miejsce rozwoju dla każdego.

Co mogę zrobić by moje marzenie się spełniło?

Zacznę od empatii w domu, do dzieci, do męża, do siebie. Bo to, co jest w naszym małym świecie idzie dalej. Idę do szkoły i daję empatię i o nią proszę, bez żądań, bo inni mogą, choć nie muszą zaspakajać moich potrzeb, bo to ja sama jestem odpowiedzialna za swoje uczucia i potrzeby.

poniedziałek, 2 września 2013

Mój rozwój, moja strategia

Dziś zainspirowała mnie pewna blogerka, mama, która zna i zgłębia NVC (Porozumienie bez Przemocy), która obdarzyła moje posty kilkoma komentarzami. Jej słowa, jej blog lovespatient jest mi bliski. Czuję radość, bo moja potrzeba wspólnoty może być zaspokojona, bo choć nadal w dużej mierze poprzez internet, to jednak jest to dla mnie wspólnota. Był też taki czas, kiedy czerpałam wsparcie wyłącznie z bloga Moniki Żyrafy, który tu też polecam! Teraz potrafię odnaleźć, albo mnie odnajdują inni blogerzy i blogerki, do których sięgam po wsparcie, empatię i po zaspokojenie potrzeby wspólnoty.

Wspólnota ludzi, którzy chcą być blisko drugiego człowieka i świadomie do tego dążą, poprzez pozbywanie się ze swych myśli (choć czasami nie jest to takie łatwe):

ocen
osądów
krytyki

a zastępują to:

słuchaniem
byciem blisko
uważnością
empatią

Nie byłoby to uczciwe, gdybym nie wspomniała o tym, że w życiu codziennym jest obok mnie sporo ludzi, którzy ze swej natury postępują i żyją w duchu porozumienia bez przemocy, tak zupełnie intuicyjnie, mają wielkie serca i szeroki pogląd na to, co się wokół nich dzieje. Mają dłuuuugą szyję i sporo widzą i ogromne serca dla ludzi z którymi chcą budować bliskie relacje.

I tak by się rozwijać, by swą i innych (mojej rodziny, bo "strategia" wisi na lodówce) intuicyjną drogę NVC pogłębiać, stworzyłam, pod wpływem chwili zestaw "przypominaczy":

Karteczka "Uśmiechnij się" nie jest rozkazem, bo akceptuję to, że ktoś akurat w chwili jej czytania, może nie mieć powodu do radości, może czuć złość, czy smutek. Dlatego jest też karteczka o akceptacji każdego uczucia, nawet takiego, które może czasami, dla niektórych być trudne, jak np. złość. Wtedy warto dać wyraz i tym trudnym emocjom.

To nie znaczy, że akceptuję każde zachowanie, które się pojawia pod wpływem złości. Nie zgadzam się na krzywdzenie innych czy siebie samego, choć jestem w stanie obdarzyć siebie czy innych empatią i zrozumieniem w sytuacji, kiedy się to zdarzy. Nie czynię więc wyrzutów, nie obwiniam, a szukam i podpowiadam (sobie i innym) co można by zrobić, by nasze życie pod wpływem złości (czy innego uczucia) było bogatsze, by sposoby wypowiadania uczuć nas wzbogacały, by czyniły nasze życie takim, jakim chcielibyśmy by było.

Karteczek chyba będzie więcej!

niedziela, 1 września 2013

Co działo się u nas w wakacje...

Myślałam o tym co napisać. Mam trochę jakby pustkę w głowie. Moje uczucia są rozbiegane, poplątane i zmieszane. Raz czuję radość, raz żal, smutek i strach o przyszłość, o to co będzie za miesiąc, rok, dwa. Nie umiem się ogarnąć, więc pomyślałam, że napiszę o tym, co się dzieje teraz, bo przecież:

to co było jest już za nami
przyszłości nie znamy
a teraźniejszość jest i na tym się skupiam

Teraz wspominam letni czas, choć to też "za nami" to jednak jest to coś, z czym warto się podzielić. To czas zabawy dzieci z dziećmi, dzieci z dorosłymi, to czas wspierania, słuchania, empatii i dostrzegania potrzeb małych i dużych.

To czas bycia świadomym rodzicem, takim, który się myli i potrafi przyznać do błędu i go naprawić. To czas, kiedy warto wspominać to co nam się udało, z czym warto się dzielić, by pokazać, że świat jest piękny, że ludzie potrafią ze sobą budować bliskie więzi, choć czasami się im nie udaje i wtedy można się zatrzymać, pomyśleć, złapać oddech i wyciągnąć wnioski i coś naprawić, zrobić to innym razem inaczej, lepiej, tak by być w bliskiej relacji.

Tak właśnie teraz myślę, choć może jutro będę już kimś innym :)

A póki co chcę pamiętać o tym, co w wakacje mnie wzruszało:

Kiedy byłam małą dziewczynką uwielbiałam bawić się w dom i najlepiej organizować sobie różne graty na domek, więc wakacje, po raz pierwszy, pod namiotami okazały się powrotem do dzieciństwa.

Od początku fascynowali nas mieszkańcy campingu - mrówki
i cykady, które w nocy się pojawiały a nad ranem cykały rytmicznie i ciepło
oraz pająk ulubieniec taty i dzieciaków, a jak się później okazało i on nas polubił, bo na gapę się z nami do domu zabrał, ku przerażeniu pewnej mamy
Wszędzie mama potrafiła znaleźć coś, co przypomni jej zabawę w dom z dzieciństwa. Oryginalny eco-wieszak.
A wieczorem czas na lekturę "Dialog zamiast kar":
I obiadek w wykonaniu dzieci
A po obiadku czas na zabawę, którą od lat dzieciom serwują tatusiowie. A ja im za to DZIĘKUJĘ.
A, że dzieci bawić się chcą...
No ale co dobre, szybko się kończy więc wracamy:
Choć u nas nadal dobrze, bo to jest dziś post o tym, co mnie wzbogaca i cieszy, a cieszy mnie widok dzieci bawiących się w dość oryginalny sposób, gdzie beczka, jak widać, lepsza od komercyjnego basenu :)

A zabawa w "męskie sprawy" z tatą ciekawsza niż wszystko inne!
A ciasta mamy i babci robią tego lata furorę, aż zaczęłam piec dwa na raz.

A co poza tym????
Były i pyszne swojskie owoce

i warzywa i nowy pomysł na ich zjedzenie
i trochę pracy przy pomidorach z pomocą dzieci
I byli tacy, co dokonali żywego odkrycia. I mama była przy dzieciach i dzieliła ich pasję, tak na prawdę, z zachwytem, nad nowym życiem i myśli sobie dziś, że to było dla dzieci ważne, bo mama widzi, że oni koty lubią, że dbają o nie i karmią i przytulają. I cieszę się, bo sercem z nimi jestem.
A dla siebie mama odkrywa coś nowego książkowego, choć z czytaniem marnie, bo czasu brakuje. Wakacje jednak się skończyły, więc i czasu dla mamy teraz będzie ciut więcej.

A na zakończenie było jeszcze pływanie, nurkowanie i skakanie w basenie

i rzece
i jazda na rowerach
i trochę pracy w naszym SferoGardenie
a potem radość na widok małego człowieka zajadającego się pomidorami z własnej uprawy


I w te wakacje ważna była dla mnie moja rodzina, moje siostry i siostrzenica, ulubienica wszystkich i małych i dużych, cioć i wujków, kuzynów i kuzynek!
Wakacje się skończyły. Idzie jesień, złota, szeleszcząca, a jak deszczowa, to może i będzie czas na poczytanie, na nadrobienie zaległości rozwojowych. Może będzie czas na spacery, na zbieranie żołędzi i kasztanów i złotych liści. Będzie czas na to by być!