sobota, 11 czerwca 2016

Czy da się nie teroryzować rodziny sprzątaniem?

Dziś sobota. W moim rodzinnym domu był to czas porządków. Tak tym nasiąkłam, że trudno jest mi to porzucić. Co tydzień zamęczam i siebie i moich bliskim dawką porządkowego stresu. Byłabym szczęśliwa, gdyby każdy z nich: dwie córki, syn i mąż w godzinę posprzątali wszystko co w tygodniu porozrzucali. Ja sama oczywiście z natury, rutyny, przyzwyczajenia i wewnętrznego przymusu sprzątam ile się da!

Takie marzenie, by o drugiej po południu usiąść przy kawce z bliskimi w czystym mieszkaniu.

Mam jeszcze inne, takie nie do pogodzenia z tym pierwszym. Wolność, radość, szczęście każdego z moich domowników. Każdy chce robić co innego. Mąż woli kosić trawę. Dzieci biegać, skakać, bawić się. O nie sprzątać. Ja, dziś akurat chcę pisać. I właśnie to robię. Kiedy już napiszę, to może przyjdzie mi ochota na sprzątanie. Może nawet ogarnę dom, jak co tydzień, z największego bałaganu, nie wchodząc w szczegóły. Pewno nawet kurzy nie zetrę. Pozbieram tylko zabawki, skarpetki, buty, kartki i gary wrzucę do zmywary. Odkurzę, umyję podłogę w kuchni i gotowe! Co więcej, kiedy nic nie wymagam, to i moi bliscy sami przychodzą i pytają co pomóc lub sama proszę o pomoc, mówię co by mi pomogło, co warto jeszcze zrobić. Zawsze podając konkretne i precyzyjne wskazówki. Przyznam się, że cały czas się tego podejścia cierpliwie uczę. Staram się być dla siebie życzliwa, kiedy sobie nie radzę, kiedy popłynę, nakrzyczę i wyleję wiadro żali, że nikt mi nie pomaga. Idealnie nie jest, ale przecież nie ma być idealnie, tylko rozwojowo. I tak chyba jest. Czasami popełnię błąd, przeproszę, powiem o co mi chodziło i posłucham też drugiej strony. Uczę się cały czas.

I....

Chyba byłoby mi bez tego mojego nowego życia smutno: bez bałaganu, rumoru dzieci i męża. Niech już tak będzie jak jest. Ja też w sobotę wolę wyjść do ogrodu, plewić jarzyny, łapać promienie słońca, widzieć uśmiech bliskich i sąsiadów, słyszeć gwar życia.

Jest takie powiedzenie: "robota nie zając, nie ucieknie". Za to czas płynie nieubłaganie, dlatego warto go tak wykorzystać, by dać z serca na maxa:

BUDUJĄC RELACJE

Jasne, że można je budować nawet sprzątając. Dla mnie osobiście ważne jest, bym pamiętałą, że warto sprzątając szanować i siebie i drugiego.

Po pierwsze: nie zmuszać!
Po drugie: pytać co w danej chwili jest dla człowieka ważne.
Po trzecie: szukać rozwiązać dobrych dla wszystkich.

Tak więc, kiedy już zrobiłam to, co było dla mnie teraz ważne (czyli pisanie), zabieram się za sprzątanie. Aż mi się chce.

I o to chodzi, by się chciało, a nie musiało!

 

piątek, 15 kwietnia 2016

Ekologiczne torby szyte przez Strefę Mamy

Jak już pisałam... mój czas bywał okrojony, ponieważ rozwijam swoją kolejną pasję: SZYCIE

I tak oto mi to wychodzi. A to tylko część tego, co było, co jest i co, mam nadzieję jeszcze będzie.

I są sowy

I serca, które powędrowały już do pewnej uroczej Pani


I była kurka, która znalazła już nowy dom

I są flanelowe poduszeczki z serduchem

A dawno temu z recyklingu powstał taki oto komplet na dziecięcy prezent

I piórniki dla córek


A dla syna, na specjalne zamówienie, piórnik traktor



A wszystko okraszone miłością i troską o szczegóły, by cieszyło oczy i serca najbliższych.
Są i tacy, co od dawna namawiają mnie na szersze dzielenie się moimi dziełami, więc powolutku zaczynam to realizować, wystawiając co nie co na portalu allegro np. tu: do kupienia


Dziecko w szpitalu

Ostatnio piszę sporadycznie, ponieważ moje zdrowie troszkę szwankowało. Kiedy dochodziłam do siebie, próbowałam wyprowadzić dom na prostą, a że wiosna mnie goniła, to i ogród i rabatka warzywna też domagała się ogarnięcia. Tak więc pośród różnych czynności wybierałam to co było w danym momencie dla mnie ważna, pilne itp. tak więc na pisanie już przestrzeni zostawało niewiele.

Dziś jednak wydarzyło się coś wyjątkowego, co wywołało u mnie sporo refleksji, którą się chcę podzielić, bo może komuś się to przyda. A chodzi o to co robić, a właściwie co ja staram się robić, kiedy trafiam z dzieckiem do szpitala.

Nie udaję, że nic się nie stało.
Nie namawiam, by dziecko było dzielne, by wytrzymało, by nie płakało.

PRZYTULAM
i
SŁUCHAM, pozwalam się wyżalić, wypłakać, jęczeć, choćby mi to w jeździe samochodem przeszkadzało. Całe 25 minut do szpitala. Mówię cierpliwie ile czasu jeszcze pojedziemy i tak co minutę.

Przytakuję i mówię:

"słyszę, że Cię boli, że się boisz, że nie wiesz jak to będzie, że się martwisz"

Zapewniam, że będę z dzieckiem, że nawet jeśli zostaniemy na noc, to ja zostanę z nim, na całą noc. Mówię, że nie wiem co będzie, co powie lekarz, ale ja będę z nim.

W międzyczasie i w chwilach wyciszenia, pytam jak to się stało. Rozmawiamy przez chwilkę o czymś innym, po czym znów wracamy do gwoździa programu: płacz, wycie, ból. Dojeżdżamy.



Efektem takiej postawy był spokój dziecka na izbie przyjęć i ani jednej łzy, nawet gdy lekarz dotykał bolącego ciała.

Jasne, że dzieci są różne i być może z innym dzieckiem nie byłoby tak łatwo, pomimo okazania mu wcześniejszej empatii. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby dziecko wrzeszczało w niebo głosy jeszcze w szpitalu. Jak doświadczę, to się podzielę. Chcę pamiętać, że to, co dzieje się z dzieckiem jest ważne i jeśliby płakało w gabinecie, to chciałabym umieć mu okazać zrozumienie, co być może pomogłoby w nawiązaniu z nim kontaktu.

Jeśli ja usłyszę dziecko, to jemu łatwiej będzie usłyszeć mnie samą.

środa, 2 marca 2016

Wyjątkowa mama

Taki zwyczajny poranek. Jem śniadanie. Nie przepraszam, to chyba jednak nie było tak jak zazwyczaj. Dziś wyjątkowo przy śniadaniu przeglądałam książkę w poszukiwaniu konkretnego rozwiązania. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, ku mojemu głębokiemu wzruszeniu, odnalazłam małą, żółtą karteczkę, a na niej kilka słów od córki.

Z jednej strony podziękowania za to, że piorę jej ubrania, gotuję i jeżdżę z nią do szkoły i kościoła. Kartka sprzed kilku lat. Uśmiech na mojej twarzy i uczucie radości żywe właśnie dziś, tu i tera, też kiedy to piszę. Zwłaszcza, że wczoraj natknęłam się na podobny list, od tego samego dziecka, znaleziony podczas porządków w szafce pod umywalką. Tak po prostu, w łazience. Dlaczego tam? Może dostałam go właśnie podczas prac domowych i zabiegana wsunęłam do półki razem z klamerkami, by wczoraj go dostać ponownie. By znów się wzruszyć, poczuć radość i wdzięczność, nie tylko za zwyczajne prace domowe, ale także za wysiłek jaki włożyłam w swoją zmianę.

ZMIANA

Zmianę, która była też dla nich. Zmianę, która jest dla NAS, dla naszych pięknych, trwałych więzi i budowania codziennych prawdziwych relacji, w których każde uczucie jest ważne i dla każdej potrzeby znajdujemy czas, by chociażby się jej przyjrzeć i postarać się ją kiedyś spełnić.

Ta zmiana spowodowała, że nauczyłam się mówić dzieciom, że są wyjątkowe, niepowtarzalne i kochane za to, że po prostu są. Kiedyś myślałam, że wystarczy, iż ja to wiem, a dzieci będą to czuły. Może tak, a może warto to od czasu do czasu im to powiedzieć. Ja się ucieszyłam, kiedy ten list dostałam i dziś ponownie, gdy go w zakamarkach książki odnalazłam. Dlatego myślę, że i oni się cieszą, kiedy takie ode mnie dostają. Przechowują je jako cenne skarby w pudełkach, pamiętnikach, albo pod poduszką. Są więc dla nich dość wartościowe. Dodają sił, budują poczucie własnej wartości, cieszą, czy pocieszają w trudnych chwilach.

Jak dobrze, że wpadłam na pomysł pisania krótkich liścików do dzieci. Na kolorowych karteczkach, małych kwadratowych lub w kształcie serduszka, a czasami na kartce w kratkę.Już od dłuższego czasu nic nie napisałam. Może dziś to zrobię, by powiedzieć im co czuję.

Każda mama jest wyjątkowa i niepowtarzalna, tak jak każdy człowiek i to dlatego, że po prostu jest. Bez oceniania, bez wyliczania zasług, wad czy zalet.Wyjątkowa to nie znaczy lepsza, a po prostu inna, niepowtarzalna. Dla dziecka wieź z rodzicem jest nie do zastąpienia  i choć nasze zachowanie ma znaczenie to ten rodzaj miłości jest, warto by był, bezwarunkowy. To nie znaczy, że mam się na wszystko godzić i przymykać oczy na to, co mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Otwieram oczy, przyglądam się temu,co się dzieje, rozmawiam, szukam drogi, po której mogę iść z przyjemnością zarówno ja jak i drugi człowiek



środa, 10 lutego 2016

Odbudować relacje

Czasami bywa tak, że rodzeństwo ma ze sobą nie po drodze. Kłócą się, sprzeczają, szturchają, obrażają, a możne nawet biją. Dla nas dorosłych staje się to uciążliwe, bo chcemy by między nimi była zgoda, by panowała harmonia i wzajemny szacunek, no przynajmniej tak w 80%. Zaczynamy się zastanawiać co się dzieje, co sprawia, że akurat teraz jest im trudniej się dogadać. Chcemy im pomóc odzyskać wzajemne bliskie relacje, obudować między nimi kontakt.



Nie, nie tak

Nawykowo więc sięgamy po upominanie, krytykowanie jednego czy drugiego, nakazujemy, by zachowywały się tak jak my chcemy, czyli jak to według nas powinno wyglądać. Cel zaczyna uświęcać środki.Zapominamy, że mamy do czynienia z człowiekiem i wrzucamy go w schemat niemądrego, niedoświadczonego dziecka, które nie wie jak się zachować, dlatego my mądrzejsi rodzice mu powiemy i wyegzekwujemy co trzeba. No i to nie działa. Dzieci kłócą się jeszcze bardziej i w dodatku tracą kontakt z rodzicami, zostają na polu bitwy same, niewysłuchane, niedostrzeżone, nieakceptowane, bezradne.

 
To jak?

Odpowiedź jest prosta i zaraz ją podam. Jednocześnie dodam, że dla mnie samej bywa trudna do zrealizowanie. Trudna, ale wykonalna. Wypróbowałam takie działanie wiele razy i za każdym razem pomogło, co oczywiście i niestety nie skasowało dziecięcych kłótni raz na zawsze. Szkoda! Takie życie - wymaga od rodziców nieustannej kreatywności, która możliwa jest tylko i wyłącznie wówczas, kiedy rodzic potrafi o siebie samego się troszczyć, dbać i nie odstawia siebie i swoich potrzeb na szary koniec.

A więc to, co nam pomaga to zwyczajne słuchanie każdego uczestnika konfliktu. Bycie mediatorem, albo cierpliwym słuchaczem tych awantur. Jasne, że wkraczam gdy dochodzi do rękoczynów. Rozdzielam z troską i miłością, a nie złością, bijące się rodzeństwo. Taki ideał - komu się uda, temu lżej na sercu. Trening czyni mistrza, ale mistrz nie może iść na emeryturę i zakończyć kariery. Nic z tego.

Rodzic mediator

Rodzic mediator powie:

"widzę, że macie jakiś problem. Co się dzieje?"
i słucha jak to jeden przez drugiego wykrzykuje swoje bóle, że:
  • on to zawsze...
  • a ona to nigdy...
  • bo on mnie nigdy nie słucha
  • a ona to zawsze mnie bije
  • to oni na mnie cały czas krzyczą i dlatego ja teraz nie podam jej tego plecaka itd, itp.
Czasami mediator/słuchacz dodaje:

  • aha, jesteś wściekły
  • jest Ci smutno, bo chcesz, żeby Ci pomagano
  • jesteś zły, bo chcesz, żeby mówiono do Ciebie spokojnie
Czekam i słucham, aż wyraźnie się dzieciaki rozluźnią. Zobaczę uchodzące z ciała napięcie, a nawet usłyszę "uff"czy dostrzegę ulgę, bo na przykład zaczną się uśmiechać.

Inny sposób

Zauważyłam, że bardzo pomocne w radzeniu sobie z rodzeństwem bywa wysłuchanie i danie empatii każdemu dziecku z osobna. Znajduję odpowiedni czas i miejsce zapewniające prywatność, by w 100% wsłuchać się w trudne emocje, jakie dzieciaki noszą w sobie i przeżywają w związku z relacjami z bratem czy siostrą. Bywa, że wtedy "wychodzą na jaw" i inne niełatwe sprawy związane na przykład ze szkołą, z kontaktami z kolegami czy inne. Takie wysłuchanie i pozwolenie dziecku na wypłynięcie jak z wulkanu nagromadzonych uczuć i spróbowanie poszukania potrzeb jakie za tymi emocjami są, bardzo wzmacnia dziecko, uspakaja je, daje siłę do pokonywania życiowych trudności. Wówczas kłótnie z rodzeństwem są jakby łagodniejsze. Może nie znikną od razu, ale nie chodzi o to, by zniknęły, choć jest to może marzenie niejednego rodzica, ale o to, by umieć je konstruktywnie rozwiązywać.

Tak więc, to co mogę dziecku dać to:
  1. empatia, słuchanie, akceptacja trudnych uczuć
  2. wspólne poszukanie potrzeb, znalezienie tego, o co dziecku chodzi (czy może chce umieć się z rodzeństwem dogadać, chce, by oni czasami go wysłuchali, pomagali mu itp.)
  3. zainspirowanie do znalezienia sposobu na otrzymanie tego, czego dziecko potrzebuje (no. pytając dziecko czy teraz ma jakiś pomysł co zrobić, a jeśli nie, to można zapytać "a co Ty na to, by ...." i tu dopiero zaproponować nasze rozwiązanie, pamiętając, że dziecko ma prawo go nie zrealizować
 Najważniejsza jest moja obecność i szczera chęć wysłuchania, nawet jeśli nie znajdziemy od razu rozwiązania, to dziecko wie, że jest dla mnie ważne ze wszystkim co czuje i czego potrzebuje. Samo dostrzeżenie jego przeżyć i potrzeb jest bardzo dla niego ważne. Na dany moment ważniejsze niż konkretne rozwiązanie. Na sposoby i strategie może przyjść czas ciut później.